kan1

2 kaniowski batalion saperów

Z tradycji 2 stargardzkiego batalionu saperów

2 KANIOWSKI BATALION SAPERÓW
ORGANIZACJA I FORMOWANIE

kan22 kaniowski batalion saperów został utworzony na podstawie rozkazu dowódcy 2 DSP gen. Bronisława Prugara – Ketlinga z 23.12.1939r. Miejscem jego formowania było Centrum Wyszkolenia Saperów w Les Ponts de Cé niedaleko Angers, siedziby rządu polskiego. Głównym organizatorem jednostki był mjr Teodor Rzewuski, a pierwszymi żołnierzami byli saperzy 1 Dywizji Grenadierów, pozostałe uzupełnienie nadchodziło z ośrodka zapasowego dywizji w Parthenay. Szkolenie specjalistyczne obejmowało głównie przeprawy (na rzece Loarze), fortyfikacyjną rozbudowę terenu oraz minerstwo, które ze względu na braki materiałowe stało na najniższym poziomie. Dobry poziom prezentowało szkolenie ogólnowojskowe. Do ważnych zadań tego okresu należała również ochrona obiektów rządowych w Angers oraz pełnienie służby reprezentacyjnej przy prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej. W książce Mieczysława Borchólskiego „Z saperami generała Maczka” na str. 41-43 autor opisał swoje wrażenia z pierwszych tygodni szkolenia 2 bsap.

„… Otrzymałem przydział do 1 kompanii saperów, której dowódcą był kapitan Zawisza. Kompania koszarowała w odległości około kilometra od Saint Gemmes, w miasteczku Les Ponts de Cé nad piękną rzeką Loarą.

Stamtąd tramwajem można było dojechać do Angers. Przez cały marzec szkoliłem pluton i dopiero teraz miałem możność zetknąć się ze sprzętem i wyposażeniem francuskim. Moje rozczarowanie było ogromne. Umundurowanie żołnierzy było stare i niepraktyczne, owijacze i spodnie często z granatowego sztruksu, większość sprzętu saperskiego przestarzała, nieprzydatna, bez żadnych nowości, ulepszeń, nie przystosowana do nowej, innej niż pierwsza wojny. W Polsce mieliśmy lepszy sprzęt, lepsze uzbrojenie i wyposażenie. Na tym tle dochodziło nieraz do burzliwych dyskusji między młodszymi oficerami, a starszymi, którzy nie „wąchali prochu”, a teraz sprawowali dość wysokie funkcje wojskowe. Cóż, starali się utrzymać i podnieść na duchu młodych, którzy realnie i raczej pesymistycznie oceniali sytuację.

kan3Żołnierze, których szkoliliśmy, to poborowi, Francuzi pochodzenia polskiego. Muszę przyznać, że na ogół byli dobrymi żołnierzami. Mówili dobrze po polsku i polskość zachowali. Może byli mało zdyscyplinowani, ale solidni, uczciwi i pracowici, mieli chyba cechy środowisk, z jakich się wywodzili. Zachowywali się dość „demokratycznie”, często z francuska do oficerów zwracali się per „wy”, ale byli posłuszni, chętni i co najważniejsze, obdarzali nas dużym zaufaniem. Wynikało to też z sytuacji politycznej i okoliczności, w jakich polskie wojsko było organizowane. Opieraliśmy się na organizacji francuskiej. Nie było różnicy w żołdzie podoficerów zawodowych i rezerwy. Żołd ten był niestety bardzo niski i krzywdzący podoficerów zawodowych. Było normalne, że żołnierze codziennie fasowali czerwone wytrawne wino, około pół litra do obiadu, a może nawet i więcej. Poza tym pili wieczorem w kafejkach, które zawsze były pełne wojska. Warunki te nie stwarzały możliwości zorganizowania karnego i dobrego wojska. Tłumaczono nam, że ważniejsza jest dyscyplina wewnętrzna Szkolili się też oficerowie. Były kursy, zapoznawanie się ze sprzętem, uzbrojeniem, a także ćwiczenia aplikacyjne w terenie.

… Trzydziestego marca 1940 roku na stadionie w Angers odbyła się piękna uroczystość. Przed wyjazdem na front, dwa bataliony saperów, wchodzące w skład dwóch dywizji piechoty, zostały zaprzysiężone przez biskupa polowego księdza Gawlinę. W uroczystości wziął udział prezydent Władysław Raczkiewicz i Wódz Naczelny generał Sikorski, który dowódcom batalionów wręczył przywiezione z Polski sztandary pułkowe”.

Po przysiędze (jeszcze przed wyjazdem do strefy przyfrontowej) batalionowi nadano nazwę „2 kaniowski batalion saperów”.

Obsada najważniejszych stanowisk etatowych batalionu przedstawiała się następująco:

  • Dowódca batalionu – mjr Teodor Rrzewuski
  • Adiutant – ppor. Kazimierz Kukielski
  • D-ca 1 kpmpanii – kpt. Jan Zawisza
  • dowódcy plutonów – por. Włodzimierz Siwiński
  • ppor. Tadeusz Protejko – Leszczyc
  • ppor. Jan Koryl
  • ppor. Marian Jankowski
  • D-ca 2 kompanii – kpt. Wacław Szewczyk
  • dowódcy plutonu – por. Witold Wierzchowski
  • ppor. Wacław Rospondek
  • ppor. Marian Ptasiński

Działania zbrojne i internowanie

W drugiej połowie maja nastąpiło przegrupowanie transportem kolejowymi w rejon Colombey les Belles, gdzie batalion kontynuował szkolenie, które zostało niespodziewanie przerwane. Około 13 czerwca ponownie batalion został przegrupowany transportem kolejowym do rejonu Belfort, tam też 2 DSP została podporządkowana dowódcy francuskiego 45 Korpusu. Otrzymała zadanie obrony kotliny Belfortu. Przez cztery dni miano prowadzić rozbudowę fortyfikacyjną terenu, natomiast pozostałe dni miały być wykorzystywane do szkolenia wojsk. 13 czerwca o godz. 15.00 nadeszła instrukcja dla 2 DSP, w której sprecyzowano jej udział w rozbudowie pozycji obronnej. Dowódca dywizji otrzymał dowództwo części południowej tzw. „odcinka centrum” obrony. Następnego dnia z dywizji odszedł 5 pułk z oddziałem rozpoznawczym dla wzmocnienia oddziału wydzielonego płk Duluca, co nie wpłynęło na zmianę zadań dla 2 DSP, ale ją poważnie i jak się okazało bezpowrotnie osłabiło. W konsekwencji 5 pułk z oddziałem został stracony. W dniu 14 czerwca, po rozpoznaniu terenu, przystąpiono do rozbudowy fortyfikacyjnej planowanego rejonu obrony (m. Belfort). Saperzy byli przydzieleni kompaniami do dyspozycji dowódców odcinków, gdzie pod kierunkiem swoich d-ców kompań wykonywali zapory p.panc., oczyszczali przedpole, wykonywali zawały leśne itp. Prace trwały przez cały dzień 15 czerwca, niestety zmiana sytuacji na froncie spowodowała, że cały trud 2 DSP, w tym i 2 kbsap., okazał się daremny. Francuzi zdecydowali się porzucić Belfort, gdyż oddziały niemieckie podeszły pod Vesoul i Gray, co spowodowało zagrożenie 8 Armii, a tym samym od strony zachodniej 2 DSP. Niemcy znaleźli się w odległości ok. 60 km. Zaczęły napływać często niewykonalne rozkazy od dowódcy armii gen. Laure. Ze względu na zachowanie bojowej wartości sił dywizyjnych i z powodu zmieniającej się sytuacji taktycznej gen. Prugar – Ketling część rozkazów nie mógł zrealizować. Natomiast jego propozycje wykonania zwrotu zaczepnego nie zostały przez dowództwo armii, a później i korpusu, zaakceptowane. W godzinach wieczornych 8 Armia francuska znalazła się w niemieckich kleszczach, od czoła stała 7 Armia niemiecka a od tyłu z zachodu oddziały Guderiana. Nocą 2 DSP przegrupowała swoje siły. Zagrożona z trzech stron, manewrowała w kierunku południowym.

Batalion zabezpieczał marsz 2 DSP. Wysiłek saperów był bardzo duży, ubezpieczano w ciężkich warunkach przegrupowanie poszczególnych kolumn dywizyjnych. Na postojach natomiast budowano wszelkiego rodzaju zapory przeciwpancerne. Ponieważ zagony Guderiana odcięły siłom 45 Korpusu drogę odwrotu, dowódca korpusu nakazał przerwać marsz w kierunku Pontarlier. Polecił w nocy 17/18 czerwca zorganizować obronę na wzgórzach Clos du Doubs i stoczyć tam bitwę. W zależności od jej wyników miano albo przebijać się w kierunku południowej Francji lub przejść granicę Szwajcarii.

kan4Dywizja zorganizowała dwa odcinki obrony; północny i południowy. Pierwszy kontakt z nieprzyjacielem nastąpił 18 czerwca o godz. 13.30. Rozgorzała bitwa obronna, która trwała dwa dni, mimo przewagi ogniowej wroga i wielkiej ruchliwości sił niemieckich, nie udało się im przełamać polskiej obrony ani otoczyć broniących się jednostek. Trzeba wspomnieć, że dywizja broniła się na odcinku 18 km. Nie pozwolono także na jej odcięcie od granicy ze Szwajcarią. W ferworze walki batalion rozbudowywał rejon obrony 2 DSP, następnie jako odwód dowódcy dywizji, batalion obsadził drugą linię obrony w rejonie La Mine- Girode-Courtefontaine. W międzyczasie 18 czerwca 1940 r. o godz. 17.00 dowódca batalionu uczestniczył w odprawie z dowódcą dywizji, gdzie w czasie głosowania opowiedział się za przejściem do Szwajcarii – jedynie dowódca artylerii dywizyjnej był za przebijaniem się na południe Francji. Odprawy jednak nie skończono ponieważ dowódca dywizji został pilnie wezwany do dowódcy korpusu, gdzie zapadły decyzje o obronie wzgórz Clos du Doubs. Po powrocie gen. Prugar – Ketling wydał rozkazy zgodnie z zaleceniami dowódcy korpusu. Decyzja gen. Daille podyktowana była wytworzoną sytuacja militarną, niekorzystną dla 45 Korpusu. Ostateczną decyzję przejścia granicy szwajcarskiej gen. Prugar- Ketling podjął w godzinach popołudniowych 19 czerwca 1940 r. Za podjęciem tej decyzji przemawiały argumenty w postaci braku amunicji, wyczerpanie fizyczne żołnierzy, ograniczenie strat ludzkich do minimalnych oraz postawa posła polskiego w Bernie, który wręcz nalegał na podjęcie tej decyzji. O godz. 19.30 na odcinku północnym i o godz. 20.00 na odcinku południowym nastąpiło opuszczenie stanowisk bojowych.

W nocy z 19 na 20 czerwca batalion stanowił straż tylną głównych sił 2 DSP, zajmując stanowiska obronne w Trévillers i Chauvillers. Po wykonaniu zadania osłony odwrotu 2 DSP 20 czerwca batalion przekroczył granicę szwajcarską w m. Epiguerez, przekroczenie nastąpiło w szyku zwartym z bronią w ręku. Za batalionem przeszli oficerowie 45 Korpusu i dowództwo 2 DSP w honorowej asyście spahisów. Rozlokowali się oni w miejscowości Saignelegier. Tu batalion uczestniczył w podniosłej uroczystości. Na zbiórce przy dźwiękach orkiestry dywizyjnej odśpiewano hymn Polski. Odbyła się także defilada pododdziałów dywizyjnych, którą przyjął dowódca 45 Korpusu francuskiego i dowódca 2 DSP w obecności pułkownika armii szwajcarskiej. Postawa i zdyscyplinowanie Polaków spotkało się z uznaniem obserwujących operację przejścia granicy dziennikarzy z różnych państw. Ogółem z saperów zostało internowanych 18 oficerów i 667 szeregowych. Batalion złożył 3 rkm, 445 kb i 13 pistoletów.

W Szwajcarii saperzy batalionu wspólnie z pozostałymi żołnierzami 2 DSP znosili trudy internowania. Zatrudniani byli do wszelkiego rodzaju prostych i ciężkich prac. Wielu z nich mogło skorzystać z form różnorodnego wielopłaszczyznowego kształcenia. Wśród żołnierzy rozwijała się szeroka działalność kulturalna, sportowa i religijna. W kaplicy Dominikanów w Ilanz, 3 kompania saperów zgrupowana w m. Graubünden, umieściła ufundowany przez siebie ryngraf Matki Bożej.

kan5 kan6

Internowanie skończyło się wraz z klęską Niemiec. Część żołnierzy powróciła do Polski, część wybrała tułaczą dolę.

Wyróżnienia i odznaczenia

W uznaniu zasług dla wysiłku zbrojnego dowódca korpusu gen. Daille wyróżnił batalion w swoim rozkazie w dniu 06.08.1940 r.

Rozkaz Ogólny No 10
generała korpusu Daille
dowódcy 45 Korpusu Armii

Batalion saperów – minerów No 186 2 –ej Dywizji Polskiej – pod dowództwem majora Rzewuskiego opóźnił znacznie posuwanie się nieprzyjaciela w dniach 17-18-19 czerwca w St. Hippolyte- Trévillers- Damprichard przez budowę umocnień, przeszkód przeciwpancernych i niszczeń dokonanych w obliczu nieprzyjaciela. W nocy z 19 na 20 czerwca, stanowiąc straż tylną najważniejszej części dywizji, umożliwił tej wielkiej jednostce wykonać manewr bezpiecznie i w porządku. Niniejsza „cytacja” nadaje „Croix de Guerre”

Daille
(pieczęć okrągła 45 Corps d’ Armée
Le General Commandant)

kan7Croix de Guerre jest odznaczeniem sięgającym rodowodem pierwszej wojny światowej. Ustanowiony został w 1915 roku jako wyróżnienie wszystkich bez względu na stopień żołnierzy, których czyny bojowe uhonorowane zostały pochwałą w rozkazie. W zależności od rangi rozkazu na wstążce odznaczenia nakłada się odpowiednie oznaki i tak:

  • za pochwałę w rozkazie armii przysługuje palma brązowa
  • wyróżniony pięciokrotnie w rozkazach tego szczebla otrzymuje palmę srebrną (pięć palm brązowych zastępuje palmę srebrną)
  • za pochwałę w rozkazie korpusu – gwiazdka złocona
  • za pochwałę w rozkazie dywizji – gwiazdka srebrna
  • za pochwałę w rozkazie brygady bądź pułku – gwiazdka brązowa

W 1939 r. wstążkę zieloną z pięcioma czerwonymi paskami zmieniono na czerwoną z czterema paskami zielonymi. W armii francuskiej nie praktykowano odznaczania typu krzyżem związków taktycznych (krzyżem mogą być odznaczane oddziały).

Zrobił to wspomniany już gen. Daille, który wyróżnił w swoim rozkazie całą 2 DSP oraz jej poszczególne jednostki.

Z 2 kaniowskiego batalionu saperów indywidualnie Groix de Guerre z gwiazdką brązową zostali wyróżnieni:

  • mjr Teodor Rzewuski
  • st.sierż. Józef Kurylcio
  • sierż. Jan Gotfryd
  • plut. Marozalski
  • kpr. Emil Adamski
  • kpr. Kazimierz Spancerski
  • sap. Stefan Hejna

Z polskich odznaczeń Krzyż Walecznych otrzymali saperzy:

  •  por. Włodzimierz Siwinski
  •  por. Jan Szewczyk
  •  ppor. Apolinary Trębski
  •  kpr. Józef Zubek
  •  kpr. Władysław Markocki
  •  kpr. Witold Sokołowski
  •  st. sap. Marian Baran
  •  sap. Proszałowicz

Sztandar Batalionu

Sztandar BatalionuTak jak dziwne i złożone są losy ludzkie, tak dziwne i złożone są losy symboli, które ludziom w ich życiowej drodze towarzyszą. W 1918 roku w ogarniętej wojną i rewolucją Rosji trwała walka o zachowanie polskich formacji wojskowych. II Korpus Polski wykonywał marsz z Sorok pod Kaniów. Zabezpieczający to przemieszczenie jego 2 pułk inżynieryjny wykonał najtrudniejsze zadanie tej operacji, przeprawił cały Korpus przez rzekę Dniestr. Wyróżniający się wyszkoleniem i dyscyplina pułk zasługiwał na specjalne wyróżnienie. 26 marca 1918 roku wiceprezes Związku Wojskowych Polaków 4 Armii rosyjskiej por. Rząśniecki w obecności gen. Józefa Hallera wręczył pułkowi sztandar. 11 –go maja 1918 r. II Korpus stoczył z Niemcami słynny bój pod Kaniowem. W bitwie tej dowodzony przez kpt. inż. Artura Górskiego 2 pułk inżynieryjny odparł wdzierające się do miejscowości Stepańce oddziały niemieckie i obsadził prawe skrzydło stanowisk obronnych pod wsią Jamczycha. Niestety w godzinach popołudniowych gen. Haller przyjął propozycje warunków honorowej kapitulacji. Około godziny 16.00 walka na głównych kierunkach została przerwana. Nazajutrz dowódca pułku zebrał pułk na zbiórce i po oddaniu honorów nastąpiło oddzielenie sztandaru od drzewca. Płat sztandaru został podzielony na 960 kawałków, które rozdano na przechowanie żołnierzom pułku. Środek sztandaru z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej zabrał dowódca- mjr Górski. Orzeł i drzewce zostały spalone….

Po złożeniu broni pułk został internowany. Oficerowie trafili do obozu w Brześciu nad Bugiem, a szeregowi do Güstrow, gdzie przebywali do 15.11.1918 roku. Po zwolnieniu większość z nich wróciła do służby w Wojsku Polskim zasilając 2 a później 3, 9 i 13 b.sap.

W maju 1921 r. mjr Artur Górski przystąpił do formowania 2 pułku saperów. 8 listopada 1921 r. w kaplicy osobistej Naczelnego Wodza w warszawskich Łazienkach, w obecności dowództwa pułku, kompanii honorowej i prawie całego korpusu oficerskiego, Naczelnik Państwa marszałek Józef Piłsudski wręczył 2 pułkowi saperów jako pierwszemu wśród pułków saperskich nowy sztandar. Był to sztandar zupełnie nietypowy. Dowódca pułku nie zapomniał o owych 960 częściach spod Kaniowa, które prawie wszystkie udało mu się zebrać. Zostały one wszyte w środek nowego sztandaru. Na te okoliczność sporządzono na pergaminie odpowiedni akt, który zakuto w drzewcu. Dekretem Naczelnego Wodza nr 3528/21  Dz. Rozk. tajne ne 12 pkt. 115) pułk otrzymał miano – „2 pułku saperów kaniowskich”.

kan9W 1929 roku pułk został przeformowany na 2 bsap. by ponownie w sierpniu 1939 r. stać się baza dla nowo formowanego 2 pułku saperów. W obliczu klęski wrześniowej sztandar został przewieziony do Węgier, gdzie nastąpiło jego przekazanie ówczesnemu attache wojskowemu przy poselstwie RP w Budapeszcie ppłk Emisarskiemu. Oficerem, który dokonał tego wyczynu był Emil Tokarz. Uprzednio okucia i akta wręczenia sztandaru zostały przez niego ukryte w Tarnopolu. 30 marca 1940 r., właśnie na ten uratowany sztandar złożył przysięgę batalion saperów 2 Dywizji Strzelców Pieszych gen. Prugara – Ketlinga. Ponieważ sztandar 2 batalionu saperów był jedynym w 2 DSP dlatego był też przez pewien czas również znakiem bojowym całej dywizji. Przeszedł z batalionem chlubny szlak bojowy kampanii francuskiej aż do internowania w Szwajcarii. Po internowaniu sztandar został zdeponowany w Muzeum Polskim w Rapperwil. W 1953 r. powrócił do Polski. 7 maja 1957 roku został wyeksponowany w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

Andrzej SZUTOWICZ

Literatura:

  • Mieczysław Borchólski „Z saperami generała Maczka” wyd. MON 1990 r. str. 41,42,43
  • Józef Smolinski „2 Dywizja Strzelców Pieszych” (Francja – Szwajcaria) W-wa 1992 r. str. 72,75,227,238,243
  • Józef Smolinski „Wojsko Polskie we Francji” Wyd. „Egros” W-wa 1995 str 37-46
  • Adam Szugajew „Saperzy w służbie Polsce” Londyn 1985 r. str. 326,327,328.
  • Henryk Bagiński „Wojsko Polskie na Wschodzie 1914 –1920” Wyd. Gryf Wyd.II W-wa 1990 r. str. 373, 376
  • Kazimierz Santor „Opowieści wrześniowych sztandarów” Instytut PAX W –wa 1990 r. str. 348. 349
  • Jerzy Pająk „Saperzy II Rzeczypospolitej” Skrypt W-wa 1991 r. str. 28, 179-183.
Rewers wersji z maja 1923 roku - obowiązywała do 31.12.1922 r.

Choszczeńskie pieniądze

Już od początku I Wojny Światowej w całych Niemczech wystąpił dokuczliwy brak drobnego pieniądza. Zmusiło to kasy miejskie do emitowania pieniędzy zastępczych. Występowały one w różnych formach, zarówno jako pieniądze metalowe jak i papierowe. Zdarzały się, choć rzadko, również pieniądze ceramiczne.

Jednak najbardziej popularnym stał się pieniądz papierowy, nazywany w literaturze fachowej notgeldem. Miał on istotną przewagę nad innymi rodzajami pieniądza. Jego produkcja była stosunkowo tania. Rząd pruski, mimo, że nie udzielił formalnej zgody na taki proceder, nie ingerował, wprost przeciwnie, działania te następowały przy jego cichej aprobacie. Taki stan rzeczy spowodował, że coraz więcej miast wykorzystało tą możliwość poprawy swojego budżetu. W miarę upływu lat, obok kas miejskich, emisją swoich własnych środków płatniczych zajęły się różne instytucje, zakłady przemysłowe, czy też osoby prywatne.

Sytuacja ekonomiczna Niemiec po klęsce w I Wojnie Światowej doprowadziła do jeszcze większego pogłębienia się tego procesu. Miasta próbowały, drukując własne pieniądze, osłabić oddziaływanie, szalejącej w Niemczech na początku lat dwudziestych, hiperinflacji.

Emitenci, w miarę drukowania kolejnych, coraz większych nominałów, przestali dbać o szatę graficzną. Coraz częściej banknoty drukowano jednostronnie, na złej jakości papierze, bez powszechnych wcześniej zabezpieczeń w postaci znaków wodnych.

Choszczno (Arnswalde) też zapisało swoją kartę w historii papierowego pieniądza zastępczego. Pierwsze notgeldy o nominałach 25 i 50 fenigów pojawiły się w naszym mieście w maju 1917 roku, jeszcze w czasie trwania wojny.

Z drobnymi zmianami, zależnymi od rodzaju papieru, stempli, koloru napisów i tła, te dwa nominały obowiązywały do początku 1923 roku, kiedy to szalejąca hiperinflacja zmusiła władze miasta do emisji jednostronnych banknotów o nominałach 500.000 i 1 mln marek.

Już pół roku później, w październiku 1923 roku, pojawiły się banknoty 20 mln, 50 mln, a w listopadzie tego roku 100 mln marek. W ostatnim dniu października miasto wyemitowało banknoty o nominałach 5, 10, 20 mld marek, których ważność ustanowiono na 4 dni do 3.11.1923 r.

Choszczeńską ciekawostką, tego schyłkowego okresu funkcjonowania w Niemczech notgeldów, była emisja prywatnych pieniędzy, które o nominałach 5, 10, 20, mld oraz 500 mln i 1 mld, dwukrotnie dla swoich pracowników, w listopadzie i grudniu, z czterodniowym terminem ważności, wyemitowali właściciele cukrowni /Zuckerfabrik/.

Hołub Czesław, Skwara Marian, Papierowy pieniądz zastępczy na Pomorzu Szczecińskim 1914 – 1924, Stargard Szczeciński, 1988.
Mener Hans, Das Papiernotgeld von Meclenburg und Pommeren, 1985.
Notgeldy ze zbiorów autora

Awers wersji z maja 1923 roku - obowiązywała do 31.12.1922 r.

Awers wersji z maja 1923 roku – obowiązywała do 31.12.1922 r.

Rewers wersji z maja 1923 roku - obowiązywała do 31.12.1922 r.

Rewers wersji z maja 1923 roku – obowiązywała do 31.12.1922 r.

Wersja z sierpnia 1923 roku (bez awersu) - obowiązywała do 31.12.1923 r.

Wersja z sierpnia 1923 roku (bez awersu) – obowiązywała do 31.12.1923 r.

Sławomir Giziński

K. Granzow, „Letzte Tage in Pommeren” Munchen 1985.

O pewnym czołgu

Studiując materiały dotyczące walk na Ziemi Choszczeńskiej w lutym 1945 roku natrafiłem w kilku publikacjach na zdjęcie przedstawiające czołg na tle choszczeńskiego kościoła.

Już krótkie spojrzenie pozwala stwierdzić, iż na zdjęciu znajduje się niemiecki ciężki czołg Pz.Kpfw. VI Tiger Ausf.B, uważany przez wielu wówczas, jak również przez wielu dzisiaj, za jeden z najskuteczniejszych czołgów tamtej wojny. Wyrazem tych opinii była nazwa, która przylgnęła do tego czołgu – Tygrys Królewski.

W jaki sposób ten czołg znalazł się w tym miejscu? Z jakiej jednostki pochodził? Kto był jego dowódcą? Jakie były jego dalsze losy? Te pytania nie dawały mi spokoju przez dłuższy czas.
Okazało się, że można w literaturze przedmiotu znaleźć odpowiedzi na wszystkie.

Tygrys Królewski

Był to ostatni z dużych niemieckich czołgów wprowadzonych do użytku w czasie trwania wojny. Jego produkcję rozpoczęto pod koniec 1943, a pierwszą walkę stoczył na terenie ZSRR w maju 1944. Ogółem do końca wojny wyprodukowano maksymalnie 487 maszyn / źródła podają liczby od 478 sztuk/. Tygrys Królewski był ulepszoną wersją czołgu Tygrys, przedni pancerz został pochylony – podobnie jak w Panterach i w rosyjskich T-34. Spośród wszystkich czołgów biorących udział w wojnie Tygrys Królewski miał najcięższy pancerz: przedni 150 mm, nachylony pod kątem 40 stopni; przód wieży – 180 mm; boki i tył 80 mm. Dzięki tak silnemu opancerzeniu przedniej części czołgu był on odporny na atak od czoła każdej alianckiej broni. Dwie główne wersje tego czołgu różniły się nieznacznie wyglądem wieży. Bardziej zaokrąglona z przodu, wcześniejsza, nieznacznie mniejsza z powodu cieńszego pancerza była wieża typu: popularna nazywana „Porsche”. Natomiast wersja cięższa, o grubszym pancerzu i trochę szersza nosiła popularną nazwę „Henschel”. Czołg na naszym zdjęciu należał niewątpliwie do tego drugiego typu Tygrysa Królewskiego i uzbrojony był w potężną jak na ówczesne czasy armatę kal.88 mm. Mimo swoich niewątpliwych zalet czołg ten miał również wady. Był konstrukcją bardzo zaawansowaną jak na ówczesne czasy a jednocześnie nie do końca dopracowaną. Mały zasięg operacyjny, ciężar, znaczne rozmiary, częste usterki oraz znikoma ilość, w porównaniu do tysięcy radzieckich T 34, IS 2, czy też amerykańskich Shermanów nie pozwoliło odegrać tym czołgom znaczącej roli w końcowej fazie wojny.

503 Batalion Czołgów Ciężkich Waffen SS

Analiza materiałów źródłowych nie pozostawia żadnych wątpliwości, iż czołg przedstawiony na zdjęciu należał do 503 Batalionu Czołgów Ciężkich Waffen SS /nie należy go mylić z 503 Batalionem Czołgów Ciężkich/.

Batalion ten, powstał ze 103 Batalionu Czołgów Ciężkich Waffen SS, który po utworzeniu w listopadzie 1943 roku walczył wyposażony w Tygrysy I na terenie Jugosławii a następnie od stycznia do września 1944 przebywał w Holandii. Jesienią 1944 roku sprowadzony został do Niemiec i przezbrojony w Tygrysy Królewskie. Prawie w pełnym ukompletowaniu /39 na 45 czołgów/, 25 stycznia 1945 roku, batalion transportem kolejowym udał się na front wschodni, na którym od dziesięciu dni Rosjanie z powodzeniem rozwijali swoją ofensywę. W trakcie transportu batalion rozdzielono na dwie grupy. Pierwsza z nich w składzie 12 czołgów została skierowana w rejon Choszczna, druga zaś w rejon linii obrony Kostrzyń – Gorzów. Interesująca nas grupa 12 Tygrysów Królewskich 28 stycznia wyładowała się na dworcu kolejowym w Reczu z zadaniem wsparcia rubieży obrony Kalisz – Drawno. 31 stycznia w walkach pod Radęcinem Niemcy stracili jednego Tygrysa. Z 3 na 4 lutego w nocy, jako pierwsza do Choszczna trafiła grupa 4 Tygrysów z Drawna, które tam były naprawiane po walkach o Radęcin. Od rana, czołgi te, powstrzymywały na wysokości Koplina natarcie Rosjan z kierunku Zamęcin – Gleźno. Po przybyciu pozostałych 7 czołgów pod dowództwem samego dowódcy 503. Schwere SS-Panzer Abteilung, SS-Sturmbannführera Herziga, w drugim uderzeniu udało się zatrzymać Rosjan na tej linii. Jeden z czołgów jednak, w wyniku ostrzału dział przeciwpancernych, został uszkodzony /układ przeniesienia napędu/ i na holu przyciągnięto go pod kościół w Choszcznie.

I to najprawdopodobniej ten czołg, dowodzony przez SS-Untersturmführera Karla Brommana znajduje się na naszym zdjęciu.

6 lutego miasto zostało ostatecznie okrążone. W pętli znalazło się 11 Tygrysów Królewskich. Dzięki operacji „Sonnenwende”, która wymaga oddzielnego opracowania, 8 Tygrysów wyprowadziło kolumnę cywilnej ludności i część walczących oddziałów z okrążonego miasta w nocy z 17 na 18 lutego. Trzy brakujące Tygrysy zostały zniszczone w trakcie walk 9 lutego w okolicy Suliborka. Jednak niestety, mimo, iż ledwo zdolny do jazdy również czołg dowodzony przez Karla Brommana był tym, który opuścił okrążone miasto.

SS-Untersturmführer Karl Bromman

Karl BrommanPo walkach na terenie Ziemi Choszczeńskiej Karl Bromman wraz ze swoim czołgiem walczył do 27 marca na terenie Trójmiasta. To w trakcie tych walk Bromman zniszczył 65 czołgów i pojazdów opancerzonych i to niestety głównie należących do polskiej I Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte, która w trakcie tych walk straciła 69 z 73 czołgów. Za swoje wyczyny Bromman został odznaczony 29.04.1945 Krzyżem Rycerskim, którego, jak wspomina /w 1999 roku/, nigdy nie otrzymał, gdyż przebywał wtedy w szpitalu polowym. W trakcie walk o Gdynię i Sopot stracił oko.

Jego osiągnięcia bojowe, 66 zniszczonych czołgów i dział pancernych, niestety głównie kosztem polskich pancerniaków, postawiły Brommana na 20 – 22 miejscu na liście najskuteczniejszych niemieckich dowódców czołgów w II Wojnie Światowej. Po wojnie, do emerytury pracował jako technik dentystyczny w Kilonii.

Sławomir Giziński

M. Bryja, J. Ledwoch, Jednostki Waffen SS 1939-1945, Warszawa 1996 r.,
K. Granzow, Letzte Tage in Pommeren, Munchen 1985.
F. Morke, Der Kampf um der Kreis Arnswalde im Jahre 1945, Getynga 1973.
G. Gramlow, H. Voigt, Als Arnswalde brannte, Berlin 1968.

Rys. J. Magnuski. Samolot IŁ-2 w barwach polskich.

IŁ – 2 pod Świeciechowem

Las od Święciechowa do Netkowa nadal świadczy o rozgrywającym się tu w lutym i marcu 1945 roku wojennym dramacie. Liczne transzeje, wykopy po ziemiankach oraz leje po pociskach potwierdzają ważność dawnego odcinka frontu. Najgroźniejsze dowody tj. odłamki i niewybuchy występują tu jak grzyby. Nic dziwnego, że teren ten dość chętnie odwiedzany jest przez mniej lub bardziej doświadczonych poszukiwaczy. Nie odstrasza ich ustawa zabraniająca amatorskiej archeologii. Niestety, doświadczenia wynikające z obserwacji tego terenu, jakby potwierdzają jej słuszność. Prowadzone na własną rękę poszukiwania „owocują” kolejnymi, wyciągniętymi niebezpiecznymi przedmiotami. Obawa przed konsekwencjami powoduje, że nie są one zgłaszane do odpowiednich służb. Pozostawione, lekko przykryte ziemią, potęgują tylko zagrożenie. Ustawa jednak nie zabrania spacerów i obserwacji. Historyczną atrakcyjność tego terenu potęguje, nie tylko fakt przełamania tu niemieckiej obrony, dużego nagromadzenia w tamtym czasie wojsk i sprzętu, a także przebywanie tu znanych „książkowych” wojskowych. (Np. na wieży kościoła w Lubieniowie przebywał dowódca 1 APanc Gw gen. Katukow, a samym uderzeniem wojsk radzieckich kierował osobiście marsz. Żukow). Wycieczka po tym terenie, to także mała lekcja fortyfikacji polowej.

Ciekawość naszą wzbudziło, pochodzące z tego okresu, stanowisko pod haubicę. Wyraźne wykopy i wały uwidoczniają miejsce na działo oraz na magazyn amunicji i ukrycie dla obsługi. Doskonały materiał do naszego cyklu o fortyfikacjach Drawna, Drawna dlatego, że znajduje się ono na terenie gminy, a konkretnie kilkadziesiąt metrów od szosy odcinka Święciechów – Żółwino. Miejsce to wskazał nam p.Adam Hołownia- pasjonat tych terenów. Nic więc w tym dziwnego, że wspólnie przeprowadziliśmy tam mały rekonesans. Stanowisko jest doskonale zachowane i odpowiednio obwałowane. Schodząc z bocznego lewego wału, nasza uwaga skupiła się na kilkunastometrowej ziemnej bruździe. Bliższe oględziny miejsca i pierwsze znaleziska; blachy, stopione kawałki aluminium, porozrywane łuski, ślady spalenizny. Dochodzimy do wniosku, że obok stanowiska artyleryjskiego spaść musiał samolot. Ślady spalenizny i porozrywane łuski świadczą o dramaturgii zdarzenia. Zataczając coraz większe kręgi, znajdujemy inne jego fragmenty. Na ostatnią blachę natrafiliśmy ponad 50 m. od miejsca wypadku. Zebraliśmy wszystko w jedno miejsce i nic nie wydumaliśmy, oprócz tego, że na pewno tu spadł samolot. Pomoc „przyszła” z Bydgoszczy. Naszym odkryciem zainteresował się pracownik Pomorskiego Muzeum Wojskowego p. Arkadiusz Kaliński. Po przyjeździe do Drawna spróbował określić przynależność znalezionych resztek. Niestety, dostarczały one zbyt mało informacji. Musieliśmy ponownie wrócić do „źródła”. Wzmocnieni dodatkowo przez doświadczonych „odkrywców” PiotraViolettę Ochocińskich z Torunia, zaczęliśmy szukać dalszych śladów. Intuicja kobiety wygrała. Okazało się, że najwięcej dodatkowych elementów było w wykopie artyleryjskim. To tam zostały znalezione blachy pancerne, które wstępnie wskazały na radziecki samolot JŁ-2. Ale pewności jeszcze nie było. Wszystkie części zostały wyłożone; od domniemanego przodu czyli blach pancernych, poprzez blachy kabiny, porozrywane łuski …, aż do elementów drewnianych ogona. Takie ułożenie coraz bardziej przekonywało o trafności pierwszej diagnozy. Za JŁ’em –2 przemawiały nie tylko blachy przedniego kadłuba, ale także łuski po amunicji: 23 mm, 12,7mmm, 7,62mm. Czerwony pasek na jednej z blach świadczył, że samolot został wykonany również z materiałów pochodzących z pomocy amerykańskiej dla ZSRR, a nieliczne elementy drewniane utwierdziły nas tylko w przekonaniu, że samolotem tym był radziecki JŁ-2.

W okresie II wojny światowej wyprodukowano tysiące tych samolotów, przez Rosjan zwanych „latającym czołgiem”, a przez Niemców „czarną śmiercią”. Armia Czerwona posiadała te JŁ-y już z chwilą wybuchu wojny z Niemcami w czerwcu 1941 r. Doświadczenia pierwszych miesięcy tej wojny spowodowały modyfikacje, głównie w postaci wprowadzenia dwumiejscowej, opancerzonej kabiny. Miejsce drugie przeznaczone było dla tylnego strzelca. Wprowadzono także silniejsze uzbrojenie: w skrzydłach dwa działka kal. 23 mm oraz dwa km. kal.7,62mm., a także w części tylnej 1 km. kal.12,7mm (stąd łuski). Zabierał do 600 kg. bomb, 8 (po 25kg.) pocisków rakietowych. Wersję zmodyfikowaną rozpoczęto produkować seryjnie w sierpniu 1942 r. Samolot przeznaczony był do wykonywania ataków szturmowych na cele naziemne. Przy osiągach 404km/h, pułapie 6000 m. oraz zasięgu 600 km. okazał się bardzo skuteczną maszyną. Silnik samolotu rzędowy AM38 (AM38F), chłodzony cieczą, posiadał moc 1770 KM. Samolot ważył 4525 kg, był długi na 11,6 m., wysoki 3,4m., rozpiętość skrzydeł wynosiła 14,6 m. Piloci radzieccy chętnie latali na JŁ-2, a to głównie za sprawą opancerzonej kabiny. Opanowali oni sztukę działania bojowego na wysokość ok. 6 m nad ziemią. „Nasz” JŁ nie miał szczęścia, sądząc po braku innych śladów w chwili zderzenia nie było większego wybuchu, gdyż najprawdopodobniej nie miał na sobie bomb i amunicji rakietowej. Czy powracał z wykonywanego zadania- tego niestety możemy się tylko domyślać. Nie znany pozostaje nadal przydział bojowy samolotu, nic nie wiemy o członkach załogi. Niestety radzieckie materiały faktograficzne dotyczące działań w tym obszarze, są mało szczegółowe. Dlatego należy uznać, że pełnej historii tego rozbitego (straconego) samolotu nigdy się nie dowiemy.

JŁ-2 spod Święciechowa jest czwartym samolotem, którego szczątki zostały znalezione w okolicach Drawna. Z tej czwórki jest on drugim po B-17 rozpoznanym pod względem typu. Część znalezionych resztek JŁ-a została przewieziona do bydgoskiego muzeum, pozostałe części samolotu zostaną wyeksponowane w sali tradycji jednostki.

Andrzej Szutowicz
Marian Twardowski

szczatki samolotu il

Literatura:
Janusz Magnuski. Prezentuj broń. Oręż żołnierza polskiego 1939-1945 s. 280-281 Wyd. Horyzonty

Na wrześniowiej wojnie w 3 batalionie saperów wileńskich

Wprowadzenie*** 

20, 21 września 1939 r. doszło pod Kamionką Strumiłową (w II RP; woj. Tarnopol, 6,5 tyś mieszkańców) do zapomnianej dziś bitwy. Było to 3 dni po wejściu Armii Czerwonej na teren polskich Kresów Wschodnich. Siły radzieckie podchodziły już pod Kamionkę. Znajdujący się w tym rejonie polska Grupa Operacyjna Dubno (d-ca płk Stefan Hanka – Kulesza) zamierzała przejść w kierunku granicy rumuńskiej. Ponieważ uznano, że Polska nie jest w stanie wojny z ZSRR postanowiono uderzyć na blokujące Polaków siły niemieckie (44 niem. DP, inne źródła podają 4 Dyw. Lekka). Wola przebicia się była ogromna. Jednak pierwsze uderzenie nie powiodło się, ponowiono natarcie,które tym razem było skuteczne. Linie niemieckie zostały rozerwane, droga na południe otwarta. W zasadzie typowy dla Kampanii Wrześniowej przypadek, który może dlatego trudny jest do uchwycenia. Tymczasem wydaje się, że w bój pod Kamionką Strumiłową znacznie zaangażowani byli saperzy, co oznaczać może konieczność wprowadzenia pewnych korekt w dzieje tej bitwy. Na pewno pod Kamionką znalazł się batalion radiotechniczny, który gdzieś po drodze wszedł w skład improwizowanego Oddziału Zmotoryzowanego. Drugim pododdziałem saperów był 3 batalion saperów wileńskich lub jego kompanie. Jednak o tym fakcie źródła milczą. Tak się złożyło, że o udziale batalionu w bitwie napisał w swoich wspomnieniach były mieszkaniec Stargardu Szcz. śp Andrzej Kiewlicz. Przytoczone epizody oraz osoba autora bezspornie potwierdzają autentyczność relacji. Andrzej Kiewlicz był miłośnikiem polskich kresów z których pochodził. Współzałożycielem koła Towarzystwa Miłośników Grodna i Wilna w Stargardzie Szcz. Nestorem turystyki polskiej, na stałe związanym z kołem PTTK węzła PKP Stargard Szcz. Lubił poezję, nie tylko wspaniale recytował ale także pisał wiersze. Był głęboko wierzącym i temu także dał świadectwo w wspomnianych wspomnieniach. Co najważniejsze, czuł się przede wszystkim saperem. Niestety nieszczęśliwym saperem. Mimo, że brał udział jako saper w kampanii 1939 roku, forsował Nysę Łużycką w 1945 r. nie został dostrzeżony przez jednostki saperskie do których wytrwale, wielokrotnie, osobiście i listownie zwracał się z prośba o kontakt. Bez rezultatu. Nie był zapraszany na spotkania, akademie, rozprowadzenia. Niniejsze wspomnienie, które spisał i przekazał w 1996 r. „młodym saperom” omal nie wylądowało w koszu. Wyciągnięto je z pliku papierów przeznaczonych do zniszczenia w jednostce saperskiej odznaczonej za forsowanie Odry Orderem Virtuti Militari. Co świadczy, że do niej też swego czasu „zapukał”.

Wspomnienia kpr. Andrzeja Kiewlicza z wojny 1939 r.

Pierwsze dni wojny 1939 r. w Wilnie

Alarm poderwał wszystkich na nogi. Śpieszę się, pakuję do plecaka wszystko co żołnierz ma i dopinając guziki z kolegami biegnę na plac koszarowy, ustawiamy się dwójkami – na zbiórce.

W trzecim batalionie saperów wileńskich wstawał jasny, pogodny dzień 1-go września 1939 roku. Na placu z całym „naczalstwem” czekał dowódca naszej kompanii kpt. Wacław Głowacki. Padły krótkie komendy: „BACZNOŚĆ, KOLEJNO ODLICZ” i wsłuchaliśmy się w słowa dowódcy: „Żołnierze dziś o godz. 4.45 rozpoczęła się wojna! Niemcy napadli na Polskę„. Wielu mechanicznie spojrzało na zegarki, dochodziła 5.30.Od tej pory czas biegł szybko.

Jako kapral d-ca drużyny kompanii szkolnej zostałem włączony w tok przyjmowania i mundurowania napływającej rezerwy. W trakcie tych czynności zostałem wezwany do dowódcy batalionu ppłk. Wacława Damrosz, który oświadczył iż wie, że jestem ze wsi i znam się na koniach dlatego kieruje mnie z paroma saperami do miasteczka po zakup niezbędnych koni do taboru. Otrzymałem kilka tysięcy złotych i po niemałych kłopotach kupując 16 koni rozkaz wykonałem.

Mimo wielkiego chaosu cała akcja przyjęcia żołnierzy przebiegła dość sprawnie. Z dniem 15 września mieliśmy odchodzić do cywila, a tu okazało się, że nie wiadomo kiedy to nastąpi. Oficjalnie przedłużono nam służbę wojskową do niewiadomego okresu.. Nastrój panował dobry bo myśleliśmy, że wojna długo nie potrwa.

W eszelonie

Po załadunku batalionu na pociąg (trzy kompanie), 7 września wieczorem wyjechaliśmy z Wilna. Pierwszym docelowym punktem miał być Brześć. Ponieważ odkryły nas samoloty niemieckie i istniała obawa nalotów bombowych, na noc zatrzymaliśmy się w lesie gdzieś w okolicach Czeremchy. Do ataku samolotów nie doszło. Na drugi dzień około południa, gdy zbliżaliśmy się do Brześcia, nadleciało ich kilka. Rzucali bomby i ostrzeliwali nas z karabinów maszynowych. Wszyscy żołnierze opuszczali wagony i kładli się na nasypach torowisk.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem charakterystyczny gwizd spadających bomb i huk ich wybuchów. Większość z nas położyła się na plecach i obserwowała krążące samoloty. Widać było jak bomby błyszcząc w promieniach słońca z gwizdem spadały w naszym kierunku i wtedy przewracaliśmy się brzuchem do ziemi. Z trwogą oczekiwaliśmy na ich detonacje. Na szczęście spadały niecelne i nie wyrządzały nam szkód. Rannych zostało jednak paru żołnierzy i to tych którzy odbiegli dalej od torów. Na przedmieściu Brześcia staliśmy cały dzień i mieliśmy możliwość wejścia do zbombardowanego miasta. Tego rodzaju obrazy zobaczyliśmy po raz pierwszy. Zwalone i palące się domy przedstawiały straszny widok. Zapamiętałem jeden niesamowity. Na podwórku między domami przygotowano prowizoryczny schron. Niestety trafiła w niego bomba. Porozrywana konstrukcja zmieszała się z ciałami ludzi, a na dachu przybudówki rzucone było rozszarpane dziecko. Widok ten dał nam obraz rzeczywistości wojny. Tam też zobaczyłem i inny obrazek: na wewnętrznej stronie stojącej jeszcze ścianie zbombardowanego domu, wisiał cały dość dużych rozmiarów obraz J. Piłsudskiego. Patrzył na nas swym posępnym wzrokiem.

Naloty w Dubnie

Pojechaliśmy dalej na południe, pod Lwów do Dubna W Dubnie rozładowaliśmy się. Byliśmy tu parę dni, zapoznając się z budową i walorami twierdzy, z której w zasadzie nie korzystaliśmy. Obozowaliśmy przy niej w parku. Tam ponownie przeżyliśmy bombardowania i ostrzał z samolotów. Straty były minimalne tj kilku rannych. W czasie jednego nalotu rozerwała się obok bomba opryskując nas ziemią i ogłuszając hukiem. Wtedy to spotkałem się z paniczną reakcją niektórych żołnierzy. Jeden saper z mej drużyny nie wytrzymał nerwowo, gdy wszyscy padali na ziemię kryjąc się nawet pod zwykłym krzakiem, on nie mógł tego wytrzymać, wstawał i biegł wystawiając się na cel. Paru żołnierzy siłą musiało go trzymać, przygniatając do ziemi.

Kierunek – Kamionka Strumiłowa

Po opuszczeniu Dubna kierowaliśmy się na wschód, gdzie miała być formowana obrona przed Niemcami lub ewakuacja tzw. szosą zaleszczycką do Rumunii. Nie byliśmy już sprzętowo klasyczną jednostką saperską, wszystko zostało w Dubnie, teraz jako piechota szliśmy szosami odpoczywając po wsiach. Dostaliśmy większy przydział amunicji do karabinów i po parę granatów. Pewnej nocy, gdy zmęczeni marszem szliśmy szosą przez las, trawiaste boczne nasypy jakby ożyły rumieniąc się ognikami. Były to robaczki świętojańskie. Utworzyły nam ten widok w momencie gdy idąc w marszu zasypialiśmy.

Świt zastał nas gdy wychodziliśmy z lasu. Podchodziliśmy Bugu, nad nim most, dalej było widać zabudowania, była to Kamionka – Strumiłowa. 

Wychodzących z lasu witał i jakby jednocześnie nas żegnał stojący obok swego sztabu dowódca pułku szwoleżerów płk. Stefan Hanka – Kulesza (w tym czasie dowódca Grupy Dubno przyp. A. Sz.). Na czele kompanii jechał konno kapitan rezerwy, który był już nam znany jako nic nie mający w sobie żołnierza. Siedział na koniu jak męczennik z odparzonymi pośladkami i chyba drzemał. Po przejściu przez most, nie zmieniając szyku doszliśmy do pojedynczych domków przedmieścia Kamionki. Na prawo od szosy było pole z kartoflami, dalej był lasek. Na obrzeżach tego lasku ukazały się samochody ciężarowe. Nie rozpoznano ich z powodu odległości. W pewnym momencie widać było przy nich ruch, ale nikt na to nie reagował. 

Bój

W jednej chwili usłyszeliśmy strzały z karabinu maszynowego i gwizd kul. Kompania zwaliła się do przydrożnych rowów, nie rozpoczynając obrony. Kule karabinów maszynowych wzbiły pył, nie dając się podnieść. Po pierwszym ochłonięciu udało się nam przejść na lewą stronę szosy, która nieco wyższa dawała pewne schronienie. Teraz widzieliśmy, że był to oddział niemiecki. Nasza bierność ośmieliła Niemców, którzy w szybkim tempie ruszyli do ataku. Sytuacja stawała się groźna. W końcu odezwały się polskie karabiny, zmusiły Niemców do położenia się na ziemi. Ja ze swoją drużyną znalazłem się za budynkiem stojącym najbliżej szosy.

Obok węgła drewnianego budynku leżała kupka siana, za którą ułożyłem się zrobiłem podpórkę i zacząłem ostrzeliwać Niemców. Zauważyłem, że pojedynczo przebiegają między dwoma kępkami drzew. Odczekiwałem moment, gdy Niemiec wyskakiwał, brałem go na muszkę i… strzał. Według mojej oceny każdy był celny. Tak powtarzałem najmniej kilka razy. W pewnej chwili obok mnie z prawej strony, zaryła się kula karabinu maszynowego, dotknąłem ją – była gorąca. Jednocześnie jakby mechanicznie przekręciłem się w lewo za węgieł budynku. 

W tym samym momencie od kul niemieckich moja kupka siana poruszyła się i rozprysła. Wtedy uświadomiłem sobie, że ta pierwsza kula była przymiarką do mego strzeleckiego stanowiska. Po odkryciu go został zlikwidowany przez ich obserwatora, ale mnie już tam nie było. Na czole wystąpiły mi kropelki potu, który otarłem z westchnieniem do Boga i Matki Boskiej Ostrobramskiej, której ryngraf (był na piersiach) dostałem od stryja w Wilnie tuż przed opuszczeniem miasta.

W tym czasie zaszły na naszą korzyść nieoczekiwane okoliczności. Otóż z tyłu za nami skryta obrzeżem lasu odezwała się polska artyleria. Strzały były celne, w kolumnie samochodów niemieckich widać było wyraźne zamieszanie. Całkowity chaos nastąpił w chwili gdy pocisk artyleryjski trafił w ich samochód amunicyjny. Olbrzymi huk i rozpryski zgromadzonych tam samochodów świadczyły o celności ognia. To pozwoliło naszej kompanii ochłonąć, padły komendy „bagnet na broń i naprzód do ataku”. Przechodziliśmy szosę i z ogromnym hurra ruszyliśmy do przodu padając od czasu w bruzdy kartofliska (gdyż trwał ostrzał od strony niemieckiej). Ich żołnierze, którzy wyrwali się do przodu, zaczęli uciekać wystawiając się na cel naszym karabinom. Tu wyszedł, nasz niedostatek np. w mojej drużynie miało bagnety tylko 3- ech, 4-ech żołnierzy. Gdy dobiegliśmy do pierwszych zabitych lub rannych Niemców, pierwszym moim odruchem było zdjęcie bagnetów i uzupełniałem nimi mych żołnierzy. W pewnej chwili zauważyłem w przysiadzie Niemca, który miał broń krótką złożoną na ziemi, a w prawej ręce trzymał chusteczkę powtarzając „ich bin oficer, ich bin oficer”. Biegnący obok z lewej strony saper z mojej drużyny wziął go na cel, podbiłem lewą ręką jego karabin i strzał padł w górę. Nakazałem dwóm żołnierzom odprowadzić go na tyły. Strzelałem do każdego Niemca w walce, do poddającego się nie mogłem strzelać tym bardziej, że wiedziałem iż był to oficer. Później widziałem go rozmawiającego z naszym dowództwem. Uciekających przed nami Niemców spotkała inna jednostka także saperska, która przeprawiła się przez Bug. Walka zakończyła się naszym zwycięstwem, gdyż reszta Niemców poddała się i została rozbrojona, do niewoli wzięliśmy 76 –ciu.

Zapamiętane epizody

Oprócz tego parę epizodów utkwiło mi mocno w pamięci.

Z chwilą gdy ruszyliśmy do ataku, z prawej strony obok mnie biegło dwóch młodych podporuczników, jeden z nich został trafiony w oko. Padając, spojrzał jednoocznym niesamowitym wzrokiem. Drugi krzycząc „Romek, Romek!!”. zatrzymał się chwilę przy nim. Zaraz potem szybko z karabinem w ręku dogonił mnie, „kapralu, nie macie trochę amunicji?” – błagalnie zapytał. Ponieważ zawsze starałem się mieć zapas, podałem mu dwa zestawy po 5 sztuk.

Drugi epizod, nastąpił przy kończącej się już bitwie. Zobaczyliśmy pod dużym drzewem leżącego żołnierza niemieckiego. Widać było, że był poważnie ranny, popatrzył na nas i odezwał się po polsku „Bracia, rodacy ja też jestem Polakiem ze Śląska”- zaraz umarł. Staliśmy chwilę oszołomieni – to było straszne. Zapoczątkowana przez naszą jednostkę bitwa o Kamionkę – Strumiłową z pomocą innych polskich jednostek została wygrana, zajęto miasto. Nocleg ze swoją drużyną mieliśmy pod stogiem siana, na przedmieściu.

Po bitwie

Pomimo wielkiego zmęczenia, nim zasnąłem odmówiłem jeszcze część różańca. Z mojej drużyny nikt nie zginął ani nie był ranny. Kolega ze szkoły podoficerskiej kpr. Wojtecki dostał sześć kul w żołądek, zabrany został do szpitala ale o jego losie już nic nie wiedziałem, wątpliwe czy przeżył. Była to nasza pierwsza prawdziwa bitwa i niestety ostatnia. Dalej losy potoczyły się już szybko. Marsze i postoje w lesie, gdzie całą noc przetrwaliśmy pod nękającym ogniem artylerii niemieckiej. Przy dość ładnej pogodzie i wielkiego skomasowania wojska polskiego w Rawie Ruskiej, nadszedł rozkaz zakończenia działań. Zgodnie z umową Mołotow – Rubentrop Rawa – Ruska miała przynależność do Związku Radzieckiego. Niemcy, którzy wcześniej weszli, musieli się wycofać wraz z rozbrojonymi jeńcami z jednostek polskich. Olbrzymi chaos, Niemcy obstawili wszystkie drogi i całą swą potęgę kierowali szosą na Jarosław, gdzie wg. ich zapewnień miała być segregacja i wydania odpowiednich zaświadczeń oraz rozpuszczana do domów. Ten dzień zapamiętałem na zawsze – był to 25 wrzesień 1939 rok. 

Na własna rękę

We trójkę tj. ja i koledzy kaprale już nie istniejącego 3 -go batalionu saperów wileńskich Żuk Jan z Wilna i Rodowicz Zygmunt z Łap postanowiliśmy nie iść w kierunku wyznaczonym przez Niemców. Przeskoczyliśmy przez płot do ogrodu obsadzonego kukurydzą i krzakami porzeczek, położyliśmy się pod ich gałęziami postanawiając czekać aż się ściemni. Do wieczora było jeszcze dość daleko. Po pewnym czasie wszedł jakiś pan, który okazał się prywatnie właścicielem ogrodu a służbowo nauczycielem w szkole. Był na tyle dobry, że dostarczył nam picie, trochę żywności i przyniósł mapę wg. której wyznaczyliśmy dalszą drogę. Wyszło. 250 km. (do Brześcia), skalkulowaliśmy; 5 dni po 50 km na dobę. Gdy się ściemniło, a na ulicach już był spokój, nauczyciel wyprowadził nas pod górkę w stronę lasu, pokazał nam drogę i tam rozstaliśmy się. Wyszliśmy na szosę zupełnie pustą i maszerowaliśmy po żołniersku. Na sobie mieliśmy umundurowanie z tym, że pasami głównymi opasaliśmy mundury pod płaszczami, do tego mały plecak i zrolowane na ramieniu koce, w tych nieznanych nam okolicach liczyliśmy się z zimnem. 

Gdzieś około godziny 24.00 usłyszeliśmy warkot czołgów. Przed nami wyjechał łazik patrolowy. Zatrzymaliśmy się – Gdzie idziemy? „Domoj” odpowiedziałem znając język rosyjski. Kapitan był wielce roztropny „No tak – tak, wsio haraszo”.

A my poszliśmy dalej. Jak liczyliśmy do Brześcia doszliśmy po pięciu dniach, tu Ruscy nas na dobre zatrzymali i wszystkich, którzy dążyli do domu wsadzili do wagonów towarowych. W nocy zaryglowano je, pociąg ruszył i skierował się na wschód w niewiadome – do domu wracałem zupełnie inną trasą i to nieprędko.

Andrzej Kiewlicz
saper 3 bat. sap. Wileńskich,
późniejszy saper 2 AWP.
Uczestnik forsowania Nysy Łużyckiej

Wprowadzenie*** 
Andrzej Szutowicz

Sawczynski - karykatura

Kuzyn Marszałka. Komendant. Olimpijczyk. Porucznik piechoty. „Nowe” postacie z Oflagu II B Arnswalde.

1. Kuzyn Marszałka

1.1. Józef Hipolit Zajkowski (urodzony w 1898 roku w Sawejkach, zmarł 10 marca 1945 r.). Prawnik, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Oficer rezerwy WP. Kapitan. Do 1939 roku kierownik Zakładu Prawa Cywilnego USB. Zmobilizowany w 1939 r. Brał udział w kampanii wrześniowej. Po klęsce w niemieckiej niewoli. W latach 1939-45 jeniec wojenny w Oflagach II B Arnswalde i II D Gross Born. Zmarł w nieznanych okolicznościach w czasie ewakuacji obozu wiosną 1945 r.. Bliski kuzyn marsz Józefa Piłsudskiego. Matki ich tj Maria z Billewiczów Piłsudska i Stanisława z Billewiczów Zajkowska były rodzonymi siostrami. Żona Aleksandra Zajkowska była asystentką na Wydziale Filozofii USB. Mieli córkę Marię.

Źródła:

2.Komendant Szkoły Podchorążych Artylerii

Sawczynski22.1. Sawczyński Adam Tymoteusz (ur. 22 VIII 1892 r. we Lwowie – zm.21 III 1975 r. w Londynie). Pułkownik artylerii Wojska Polskiego (1936) Ojciec Henryk (1861 – 1923) był znanym lwowskim historykiem. Adam Tymoteusz po ukończeniu gimnazjum we Lwowie został powołany do służby wojskowej w armii austriackiej, gdzie ukończył szkołę oficerską artylerii. W I wojnie światowej 1914-1918. walczył na froncie rosyjskim i włoskim. Porucznik. Od XI 1918 w WP. W wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 dowodził baterią potem dywizjonem 12 pap. Za wykazane męstwo odznaczony został VM kl. V. Awansowany na kapitana artylerii po wojnie zweryfikowany do stopnia majora ze starszeństwem od 1 VI 1919. Nadal służył na stanowisku d-cy 1-go dywizjonu 12 pap w Tarnopolu. Po 1926 został przeniesiony do Centrum Wyszkolenia Artylerii na stanowisko wykładowcy. 1 I 1928. został podpułkownikiem. W latach 1928-1929 był d-cą baterii szkolnej, potem d-cą dywizjonu szkolnego w Szkole Podchorążych Artylerii w Toruniu (1929-1931). W 1931 został dowódcą 2 dak w Dubnie, a w latach 1934-1935 był wykładowcą taktyki artylerii w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. Następnie od 1 VIII 1935 do 16 VI 1936 dowodził 18 pal w Ostrowi Maz. 1 I 1936 r. pułkownik. Z dniem 23 VI 1936 mianowano go komendantem Szkoły Podchorążych Artylerii w Toruniu. W wojnie obronnej 1939 był d-cą artylerii dywizyjnej 41 DP Rez. Walczył nad Narwią i Bugiem oraz na Lubelszczyźnie. Po kapitulacji dostał się do niewoli niemieckiej. Przebywał w oflagach II B Arnswalde i w II C w Woldenbergu, gdzie był starszym III batalionu jenieckiego. 

W Oflagu II B w Choszcznie położył duże zasługi w rozwój działalności kulturalnej wśród jeńców. Jego pobyt w Oflagu zauważyli również Niemcy. Twórca „Teatru Symbolów” ppor. Witold Korzeniowski zapamiętał taką scenę związaną z Pułkownikiem; „Pułkownikowi Adamowi Sawczyńskiemu z okazji święta artylerii niemieccy artylerzyści (obok obozu były koszary niem. dywizjonu art.) przysłali owoce, biszkopty i dwie butelki wina. Ordynans doręczył również list, w którym pozdrawiali oni pułkownika – artylerzystę. Załączając skromny upominek, pragnęli w ten sposób podkreślić istniejące braterstwo broni.

Pułkownik Sawczyński na odwrocie tego listu – innego papieru nie miał – podziękował za list, zaznaczając jednocześnie, że daru w istniejącej sytuacji przyjąć nie może. Wtedy zjawili się reprezentanci artylerzystów z zamiarem przekonania pułkownika, że Niemcy nie prowadzą już wojny z Polską, że załatwienie konfliktu należy teraz do polityków i dyplomatów. Nie widzą więc powodu, by odmawiał uczczenia wspólnego święta artylerzystów, zwłaszcza on, jak im wiadomo, wybitny artylerzysta. Pułkownik grzecznie, ale stanowczo wyjaśnił, że wojna nie jest skończona, że Niemcy w chwili obecnej są wrogami Polski i Polaków, że docenia intencje artylerzystów, ale na tym i na jego wdzięczności sprawa się kończy. Niemcy nie spodziewali się takiej reakcji, byli speszeni, trzasnęli obcasami i wycofali się”. Ponieważ w Oflagu brakowało jedzenia a jeńcy chodzili wiecznie głodni czyn płk Kawczyńskiego urósł do rangi bohaterstwa.

W niewoli należał do grona najbardziej czynnych wykładowców i animatorów życia naukowego. Prowadził i inspirował badania nad dziejami kampanii wrześniowej 1939. Po ewakuacji jeńców 25 I 1945 Oflagu II C znalazł się na terenie Niemiec. Po oswobodzeniu pozostał na Zachodzie. Osiadł w Londynie.Pracował w Instytucie im. gen. W. Sikorskiego. Był wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Historycznego, redaktorem wydawnictwa Polskie Siły Zbrojne w II wojnie światowej, t. 1, Kampania wrześniowa 1939. W latach przedwojennych cieszył się opinią doskonałego oficera z racji swej znajomości rzemiosła artyleryjskiego. Choć nie był oficerem dypl. był wykładowcą w WSWoj. Był też znakomitym wychowawcą młodzieży szczególnie w okresie kierowania Szkołą Podchorążych Artylerii w Toruniu. Zmarł w wyniku obrażeń poniesionych w wypadku drogowym. Jego prochy sprowadzono do Polski i złożono na cmentarzu Salwadorskim w Krakowie. Odznaczony Krzyżem orderu Virtuti Militari kl. IV i kl. V, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia polski, Krzyżem Walecznych, Złotym Krzyżem Zasługi.

Źródła:

  • Roczniki oficerskie 1924,1928,1932; R. Rybka – K. Stepan. Rocznik oficerski 1939. Kraków 2006; J. Łukasiak. Szkoła Podchorążych Artylerii w Toruniu 1923-1939. Pruszków 2000; J. Kuropieska. J. Wspomnienia oficera sztabu 1934-1939.Kraków 1984; Zb. Moszumański. Centra Wyszkolenia Obrony Przeciwlotniczej /1921-1939/. Pruszków 2003; J. Żuralski. 18 Pułk Artylerii Lekkiej. Pruszków 1994; J. Olesik. Oflag II C Woldenberg. W-wa 1988; H. Tomiczek – M. S. Zarudzki. Jeniecka konspiracja wojskowa w oflagu II C Woldenberg. Poznań 1989.
  • (inf. Tadeusz Łaszczewski)
  • http://www.stankiewicz.e.pl/index.php?kat=31


3. Olimpijczyk

3.1. Szempliński Kazimierz Włodzimierz (ur. 07 I 1899 r. – zm.31 III 1971 r.) mjr Wojska Polskiego, reprezentacyjny szpadzista warszawskiej Legii, olimpijczyk z Berlina (1936). W Wojsku Polskim od listopada 1919. Ukończył kurs szkoły podchorążych piechoty. W w wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 w 21 pułku piechoty „Dzieci Warszawy”. Po wojnie zweryfikowany w stopniu por. z starszeństwem od 1 VI 1919. Nadal służył w 21 pp w Warszawie. Awans na stopnia otrzymał 1 I 1928. Około 1929 roku został przeniesiony do 30 pp „Strzelców Kaniowskich” w warszawskiej Cytadeli, do 1935 był d-cą 1 kompanii w 1 batalionie, potem komendantem obwodowym Przysposobienia Wojskowego przy 30 pp. W okresie międzywojennym był znanym szermierzem. Uczestniczył w turniejach w Belgii i Francji. W 1930 zdobył na turnieju w Legie w Belgii brązowy medal w turnieju drużynowym. Olimpijczyk, był członkiem drużyny szermierczej na olimpiadzie w Berlinie w 1936. W mistrzostwach Europy w szermierce w Paryżu w 1937 zajął 4 miejsce. 

W wojnie 1939 był adiutantem d-cy 30 pp 10 DP Armia Łódź. Walczył na szlaku bojowym 30 pp. 14 IX 1939 z grupą żołnierzy i oficerów przebił się do Warszawy. Brał udział w obronie Warszawy. Po kapitulacji stolicy od 30 IX 1939 w niemieckiej niewoli. Jeniec Oflagu II B Arnswalde, potem od IX 1940 Oflagu II C Woldenberg, gdzie był aktywnym organizatorem życia sportowego. Po uwolnieniu z niewoli wrócił do kraju. Mieszkał w Warszawie. Był działaczem sportowym. Zmarł w Warszawie.

Odznaczony: Krzyżem Walecznych, Srebrnym Krzyżem Zasługi, Medalem Niepodległości 

Źródła:

4. Porucznik piechoty

4.1. Albiński Tadeusz Julian (ur. 13 II 1910 r. – zmarł 5.02.1989 r. w Warszawie). Porucznik Wojska Polskiego. W 1930 r. ukończył szkołę średnią. Następnie od X 1930 r. do VIII 1931r. w Szkole Podchorążych Piechoty w Różanie a od X 1931r. do VIII 1933 r. w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Maz. – Komorowie. Promowany na stopień podporucznoka 15 VIII 1933 r. z przydziałem do 22 pp w Siedlcach na stanowisko d-cy plutonu. W 1936 r. przeniesiony został do 30 pp w Warszawie, gdzie pełnił funkcję d-cy plutonu w 6 kompanii 2 baonu. 19 III 1939 awansowany do stopnia porucznika. W wojnie obronnej 1939 r. początkowo d-ca plutonu, potem d-ca 201 kompanii 4 baonu 30 pp. Walczył w obronie Warszawy. Po kapitulacji w niewoli niemieckiej. Przebywał w Oflagach XIA Osterode, IIA Prenzlau, IIB Arnswalde, IID Gross Born. Haliną z Fijałkowskich, mieli trzech synów: Andrzeja (ur. 1934), Tadeusza (ur. 1935) i Romana (ur. 1940r.). Pochowany na cmentarzu Wawrzyszewskim. Za męstwo wykazane w kampanii wrześniowej odznaczony Krzyżem Walecznych.

Źródła:

Zebrał: Andrzej Szutowicz

Jesco von Puttkamer 2

Jasieński Rybogryf w Kosmosie

W 1962 r. inżynier Jesco von Puttkamer otrzymał propozycję od słynnego Wernhera von Brauna przyłączenia się do programu Apollo. „Przyjdź do nas, lecimy na księżyc!” ­– miał powiedzieć baron von Barun do barona von Puttkamera. Oczywiście propozycja została przyjęta. Tak oto potomek starego pomorskiego rodu, rozpoczął swoją przygodę z kosmosem, która trwała do jego śmierci 27.12.2012 r.

Pochodził ze starego pomorskiego rodu Puttkamer, którego korzenie sięgają wieków średnich. Co jest ciekawe, von Braun miał także „stary“ rodowód i może nie w takim zakresie jak Puttkamer, ale również posiadał kaszubskie korzenie. Jego babka, Eleonora Wilhelmina Jeannetta von Braun (1842-1928), mimo że urodzona na Mazurach, wywodziła się z Gostkowskich z Komaszewa.

O pochodzeniu rodu

Według legendy Puttkamerowie wywodzą się z rodziny wojewody pomorskiego Święcy. Choć dzisiaj ta legenda bywa często kwestionowana, to ślady wojewody są widoczne w imionach kolejnych pokoleń Puttkamerów, co dotyczy również współpracownika von Brauna, gdyż imię Jasco jest odpowiednikiem swojskiego Jaśka; występuje ono także wśród imion przodków, podobnie jak Swenzo, czyli Święca. Ewolucyjne przejście ze Święcy widać na przykładzie dziejów Nożyna, kiedy to w 1315 r. wieś tę otrzymał od margrabiego Waldemara rycerz Kazimierz Święca z Tuchomia. W dokumentach z 1390 r. wymienia się jako właściciela wsi Puttkamera, a w 1523 r. właścicielem jest Swentze Putkummer. Ogólnie uważa się, że Jesco von Puttkamer reprezentuje linię trzecią rodu wywodzącą się od potomków Swenco (1387–1417) z Nożyna (Groß Nossin) gałąź Wolinia (Wollin) – młodsza gałąź Nossin, odnoga (oddział) Jasień (Jassen). Według genealogów polskich „Jeśko, przodek Puttkamerów, miał urząd podkomorzego, czyli koronnego szambelana (…), stąd iego potomkowie w państwie niemieckim od urzędu nazwani Puttkamerami”. Spinem wszystkich gałęzi rodu jest herb rodziny Rybogryf* z zawołaniem Artificiosa non Durant” czyli „sztuczne nie jest trwałe”.

Przodkowie

Georg Dietrich Puttkamer (1681-1752)Georg Dietrich baron von Puttkamer (1681–1754) był drugim synem Fabiana Gottlieba Bogumiła von Puttkamer (ok. 1650 r. – zginął w pojedynku 1684 r.) z m. Wolinia k. Słupska, i Heleny Bogumiły Puttkamer z.d. von Polenz (zm. 1690 r.). Georg Dietrich von Puttkamer był dwukrotnie żonaty. Pierwszy raz z Esther Anna von Somnitz (ur. 1697 r.), po jej śmierci poślubił Annę Katarzynę Puttkamer (von Strassburg). Do służby wojskowej zaciągnął się w wieku 16 lat. Początkowo służył w Brandenburgii, potem w Danii, następnie znalazł się w służbie rosyjskiej (1702 r.). Walczył w wojnie północnej. Ostatecznie od 1706 r. aż do emerytury w 1741 r. służył w polskim wojsku koronnym. Doszedł w niej do stopnia generała porucznika. Dzięki uzyskanym w czasie służby pieniądzom rozbudował znacznie swój majątek w Wolini. Jego synem z pierwszego małżeństwa był Georg Dietrich baron (Freiherr) von Puttkamer, właściciel Wolini i Podole Wielkie (Groß-Podel): urodził się 18.06. 1733 r. w Wolini, zmarł 12.01.1795 r. w tej samej miejscowości. W dniu 04.09.1774 r. poślubił Manon Marie Gräfin von Wrchowetz-Sekerka (Wersowicz-Siekierka ?) und Sedczicz (1759 – 1832), z którą rozwiódł się 13.04.1785 r.

Esther Anna von Somnitz (1697-1760)

Esther Anna von Somnitz (1697-1760)

Nim to nastąpiło, dwa lata wcześniej urodził się im syn Georg Wilhelm Swenzo von Puttkamer (ur. 11.03.1782 w Wolini – zm. 02.09. 1849 w Słupsku), pan na Jasieniu (Jassen) i Chośnicy (niem. Chosnitz), dzisiejszy powiat Bytów. 03.08.1803 r. poślubił Johannę Charlotte von Zitzewitz  ur. 29.01.1782 w Noskowie pow. Sławno (niem. Notzkow) – zm. 28.01.1859 w Szczecinie); wśród ich kilkunastu dzieci było dwóch generałów: pierwszy to Konstantin Georg Carl baron von Puttkamer urodzony w 1807 r. w Słupsku, zm. 1899 r. w Gorlicach. Za kampanię 1864 r., w której dowodził w randze pułkownika 35 pułkiem fizylierów, otrzymał najwyższe pruskie odznaczenie bojowe Pour lé Mérite. Generałem majorem został w 1866 r.

Pradziadek

Heinrich Georg Karl von PuttkamerDrugi ich syn – gen. por. Heinrich Georg Karl baron von Puttkamer (1818–1886) urodził się w Jasieniu, karierę wojskową robił w artylerii. W 1830 r. wstąpił do Szkoły Kadetów Chełmnie, od 1933 r. naukę kontynuował w Głównym Zakładzie Kadetów w Berlinie. Od 1836 r. jako podporucznik służył w Brygadzie Artylerii Gwardii. Nie poprzestał na tym i dalej kształcił się w Szkole Artylerii i Inżynierii (1837–1838) i w Akademii Wojennej (1841–1844). W 1844 r. odbył trzymiesięczny staż w batalionie saperów. 17 maja 1845 r. ożenił się w Berlinie z Luise Charlotte Wall (ur. 1825 w Berlinie – zm.1903 r. w Kamosowie k.Białogardu), mieli dwoje dzieci, z których Heinrich Georg Ludwig baron von Puttkamer (02.02. 1846 Berlin – 25.08.1914 Berlin – Friedenau) był generałem. W tym samym roku (1845) za nieprzeciętne zasługi w Akademii otrzymał szablę honorową. Potem odbył praktykę w 2 pułku ułanów gwardii. W 1852 r. został kapitanem, a w 1856 r. osobistym adiutantem księcia pruskiego Karola. Rok później był już majorem, a w 1861r. podpułkownikiem. 19.12.1863 r. otrzymał od cesarza Austrii brylantową tabakierkę. Uczestniczył w wojnach z Danią, Saksonią, Austrią i Francją. Był m.in. dowódcą 9 Brygady Art.(1868 r.) i inspektorem artylerii (1874 r.). Nominację na generała majora otrzymał w 1869 r. Za wojnę z Francją wyróżniony został orderem Pour lé Mérite (1871). Posiadał także Krzyż Żelazny I kl. i II klasy, które otrzymał za męstwo wykazane w tej samej wojnie (1870). Był inspektorem 4 Inspektoratu Artylerii w Koblencji. W 1873 r. został generałem porucznikiem i w 1874 r. przeszedł na stanowisko inspektora 4 Inspektoratu Artylerii. Był rycerzem rzeczywistym zakonu Joanitów. Zmarł w Kamosowie k. Białogardu.

Dziadek

Heinrich Georg Ludwig baron von Puttkamer edukację wojskową zaczął w Berlinie, w 1863 r. otrzymał przydział do pułku fizylierów Gwardii w Berlinie. Odznaczył się w wojnie niemiecko-duńskiej (1864) oraz w wojnie przeciw Bawarii i Austrii (1866), za co został uhonorowany wieloma orderami. Był wówczas porucznikiem. W wojnie 1870 –1871 był adiutantem wielkiego księcia Badenii. Otrzymał wówczas Krzyż Żelazny II kl. W 1890 roku został dowódcą pułku piechoty nr 118 w Moguncji. Był członkiem zakonu Joanitów. Na początku pierwszej wojny światowej włączył się w prace Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Po przejściu na emeryturę publikował satyry polityczne i opracowania w których przedstawiał w świetle negatywnym wojsko pruskie. Wydał książkę, w której krytycznie przeanalizował stosunki w armii pruskiej, zaproponował także rozwiązania tego stanu rzeczy Niestety książka ta wywołała sprzeciw konserwatywnych kół wojskowych i w wojsku nie wprowadzono żadnych zmian.

Reakcja jego rodziny na tę książkę i na „nieprzyzwoite” wiersze żony doprowadziła do demonstracyjnego zerwania stosunków z rodziną Puttkamerów. Zmarł na zapalanie płuc. Odznaczony był także orderem Pour lé Mérite.

Babcia

W dniu 02.08.1900 r. poślubił on 35 lat młodszą od siebie dziewiętnastolatkę, Marię Madeleine Günther. Wywodziła się z rodziny kupieckiej Karla i Emmy z.d. Siemssen. Urodziła się 4 kwietnia 1881 roku w Eydtkuhnen w Prusach Wschodnich (dziś Czernyszewskoje). Była niezwykle piękną i ekstrawagancką kobietą. Razem z mężem zamieszkali w bogatej dzielnicy Berlin – Grünewald. W 1900 r. pod pseudonimem literackim Marie Madeleine wydała tomik poezji erotycznej Auf Kypros (Na Cyprze). Część opublikowanych w nim wierszy została napisana, gdy autorka miała 15–16 lat. Książka stała się hitem i kolejne tomiki także się szybko rozchodziły. Najbardziej jej erotyczno- lirycznym pisaniem zszokowana była rodzina męża, czyli Puttkamerowie i tu w obronie żony stanął mąż – generał, dając jej wolną rękę w działalności artystycznej. Jej wyzywający styl życia wymagał pieniędzy, po śmierci męża wojażowała po całej Europie. Jej ulubionym miejscem był Paryż, gdzie zaopatrywała się w najnowsze kreacje i kapelusze, które uwielbiała i z których słynęła. Niestety, pieniądze męża topniały. Jej twórczość cieszyła się popularnością w salonach arystokracji, jednak krytycy mieli do niej mniej sympatyczne podejście. Gdy przyszedł kryzys lat 20-tych XX w., kasa rodzinna była już pusta. Pisała dalej, lecz pieniądze przeznaczała na morfinę, całkowicie się od niej uzależniając, eksperymentowała także z kokainą. Kilkakrotnie próbowała wyjść z nałogu, ale bezskutecznie. W 1942 lub 1943 roku znalazła się w szpitalu psychiatrycznym Katzenelenbogen, gdzie 27.09.1944 zmarła w niejasnych okolicznościach. Obok wspomnianego tomiku „Na Cyprze” wydanego w 1900 r. napisała także „Odrobinę miłości“ (wyd. Kontynent Verlag, Berlin – dramat w 4 aktach) i jeszcze wiele innych poczytnych książek.

Ojciec nazista

Maria Madeleine miała z mężem generałem jedno dziecko, był nim urodzony 19.03.1903 r. Jesco Günther Heinrich baron von Puttkamer. Matka nie potrafiła dla niego poświęcić zbyt dużo czasu. Widocznie nie miała chęci ani predyspozycji, by być dobrą matką, więc oddała jedynaka w 1915 r. do szkoły kadetów w Poczdamie k. Berlina. Ukończył ją w 1919 r. i mógł robić karierę w Reichswehrze, jednak zdecydował się na pracę żurnalisty. W 1929 r. i 1930 r. dwa razy wyjechał do USA. Podjął pracę redaktora w Reklam Uniwersum w Lipsku, tam też ożenił się 23.12.1932 r. z Ingeborg Schachenmeyer. Był członkiem NSDAP od 01.10.1932 r. i pracował w niepełnym wymiarze w biurze ministra Alfreda Rosenberga, gdzie pisał książki propagandowe. W dniu 22.09.1933 r. w Lipsku urodził się mu syn Jesco Hans Heinrich Max baron von Puttkamer. J.G.H.von Puttkamer znał płynnie angielski i wstąpił do jednostki wywiadu o profilu ekonomicznym. W 1941 r. wyjechał do Szanghaju, gdzie założył biuro informacyjne, które obok typowych informacji produkowało nazistowskie broszury propagandowe i ulotki. Założył tajne biuro, które funkcjonowało obok kościoła niemieckiego. W jednej z wydanych przez niego broszur uzasadniano zbrodniczość nalotów aliantów na Hamburg i Kolonię. Najprawdopodobniej uczestniczył w rozmowach niemiecko-japońskich o utworzeniu obozu-getta dla Żydów w Szanghaju. Agent żydowski Ernest Heppner nazwał go „Goebbelsem Wschodu”. W 1946 r. został schwytany przez Amerykanów wraz z innymi agentami w Japonii. Za działanie na szkodę sojuszników skazano go na 30 lat więzienia. Wypuszczony został w 1950 r., gdy rozpoczęto montowanie siatki propagandowej przeciw komunistom. Powstało Niemieckie Centrum Szanghaju.W 1958 r. Puttkamer osiadł w Kanadzie i prowadził ośrodek rybacki, często wyjeżdżał do Ameryki. Zmarł w Wancouver w 1973 r.

Jesco Hans Heinrich Max baron von Puttkamer

Planetarium Hamburg, Sonderprogramm 40 Jahre Mondlandung, Abenteuer Apollo 11W czasie wojny matka Ingeborg z.d.Schachenmeyer zabrała go z Niemiec i zamieszkali w Szwajcarii. Szkołę średnią ukończył w 1952 r. w Konstancji. Początkowo pracował, a następnie studiował inżynierię w Wyższej Szkole Technicznej (Rheinisch-Westfälischen Technischen Hochschule w skrócie RWTH) w Aachen. W tym czasie ujawnił talent pisarski i opublikował kilka swoich utworów z gatunku science fiction. Dorabiał także jako dziennikarz motoryzacyjny i fotograf w Bonn. W 1962 r. z dyplomem inżyniera przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. W 1967 r. otrzymał obywatelstwo amerykańskie. W zespole von Brauna (Huntsville Alabama) zajął się obliczaniem trajektorii lotu w realizowanym programie „Apollo, miał swój udział w projektowaniu rakiety nośnej Saturn V. Uczestniczył w tworzeniu pierwszej amerykańskiej stacji orbitalnej w ramach programu „ Skylab”, uznawany jest za jej współtwórcę. Działała w okresie od 14 maja 1973 do 11 lipca 1979 r. Był rzecznikiem połączenia wysiłków amerykańskich i radzieckich, co zaowocowało powstaniem programu „Apollo – Sojuz”, wspólnymi lotami w kosmos i pracami nad stacjami kosmicznymi. Miał także swój wkład w powstanie amerykańskiego wahadłowca (program „Space Shuttle”). Od 1974 roku stał na czele grupy zadaniowej ds. planowania strategicznego w siedzibie NASA w Waszyngtonie. Od 2007 roku pracował na wysokich stanowiskach w Biurze Operacji Kosmicznych na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej ISS, a od 2004 roku realizując długofalowy program loty NASA na Księżyc i Marsa.

Jesco von Puttkamer 4Udzielał się także w pracy dydaktyczno-naukowej. W latach 1985–2000 wykładał na Politechnice w Aachen, której był honorowym profesorem. W 1996 r. uzyskał także doktorat honorowy z filozofii na Uniwersytecie Saarland. Wykładał nie tylko w Niemczech, ale także w USA i Rosji. Jesco von Puttkamer odziedziczył talent pisarski po swoich przodkach. Napisał kilkanaście książek o tematyce kosmicznej i SF. Jego nowela „Śpiąca Bóg” została opublikowany w antologii „Star Trek: New Voyages 2 „. Jego pamiętnik traktujący o lądowania Apollo 11 na księżycu został w 1982 r. wydany w Pekinie. Poprawioną i rozszerzoną wersję tej książki opublikowano z okazji 40. rocznicy misji Apollo 11 w lipcu 2009 roku. Zasłynął także dzięki telewizji; występował w wielu programach popularnonaukowych oraz jako komentator wydarzeń z dziedziny podboju kosmosu i techniki kosmicznej. Był doradcą kręcenia hitu filmowego „Star Trek” (1979).

Jesco von Puttkamer 3Zmarł na niewydolność serca wywołaną przez grypę. Miał żonę Urszulę. Na jego cześć nazwano odkryty między Marsem a Jowiczem asteroid -“(266725) Vonputtkamer” – okrąża on słońce w ciągu 3,5 roku.

Suplement, czyli gałąź litewska

To nie z Puttkamerów z Wierszyna, lecz z rodowej gałęzi z Wolinia wywodzi się odłam rodu, który poniekąd znalazł swoje trwałe miejsce w literaturze polskiej. Według niektórych genealogów bezpośredni przodek profesora Jesco von Puttkamera, wspomniany polski generał por. wojsk koronnych, Georg Dietrich baron von Puttkamer (1681–1754) miał brata, z którym wyruszył z rodzinnego domu po pieniądze i przygodę. Miał nim być Lorenz Friedrich Johann baron von Puttkamer. Obaj bracia ok 1701 r. odziedziczyć mieli dobra Kurlandzkie po Christopfie Heinrichu von Puttkamer. Bracia cały majątek rodzinny rozdzielili między siebie, przy czym gen. Georg Dietrich von Puttkamer przejął część wolińską, a Lorenz Friedrich von Puttkamer część kurlandzką. Jeśli weźmie się pod uwagę, że imię Lorenz pochodzi od Laurentius, a ten kojarzony w Polsce jest z Wawrzyńcem, stąd wynika, że ów Lorenz Puttkamer, to zaistniały w historii Polski XVIII w. Wawrzyniec Fryderyk Jan Puttkamer (1681– ok. 1742), stolnik inflancki. Ożenił się z Anną Liwen pułkownikówną, z którą miał syna Kazimierza, po jej śmierci ożenił się po raz drugi z kasztelanką inflancką Dorotą Szretter h. Schroetter (1685 – 1760), z którą miał trzech synów: Stanisława, Jerzego, Wawrzyńca. Kupił majątki Gajciniszki i Bolcieniki. Stąd w genealogii Puttkamerów linia litewska rodu nosi nazwę Bolcieniki. Poniekąd wieś ta na trwale przeszła do historii z powodu pewnej romantycznej miłości. Syn Wawrzyńca, Wawrzyniec Puttkamer (726– ?) był generałem – adiutantem hetmana polnego litewskiego; w 1760 roku ożenił się ze starościanką bobrujską Dorotą Cedrowską (zm. 1794 r.). Z tego związku urodził się Aleksander Puttkamer (1762 – 1831), szambelan dworu polskiego, który ożenił się z córką pułkownika wojsk litewskich Karoliną Stryjeńską (1775– 1798). Ich syn to słynny Wawrzyniec Stanisław Jan hr. Puttkamer (1794–1850), w dokumentach z 1835 roku jego pełne imię i nazwisko brzmi: Wawrzyniec Stanisław Jan hr. Puttkamer z Wersowiczów Siekierka, co do tej chwili zastanawia zwolenników tezy pochodzenia tej gałęzi Puttkamerów od Fabiana Gottlieba Bogumiła von Puttkamera z Wolini. Także zagadką jest ich herb Bradacice, a nie Rybogryf. Jedynym jak na razie sensownym wytłumaczeniem jest to, że dodatek „ z Wersowiczów Siekierka” został przyłączony do nazwiska Puttkamer w 1802 r. podczas weryfikacji szlachty polskiej w państwie rosyjskim. Odniesiono wówczas dzieje rodu do niejakiego Jeśko Wersowicza, który według legendy, swoim męstwem przyczynił się do zwycięstwa odniesionego na Psim Polu w 1109 r. przez Bolesława Krzywoustego; w legendzie herbowej podaje się, że zabił księcia czeskiego Swatopługa, za co uhonorowany został przyjęciem do stanu rycerskiego i herbem Bradacice…Weryfikacji litewskich Puttkamerów dokonał marszałek szlachty guberni mińskiej Stanisław Wańkowicz. Ogólnie herb Bradacice przedstawiany jest jako topór na czerwonym tle, jednak według jednego z klasyków heraldyki polskiej, Kaspra Niesieckiego, przedstawia on „dwie oksze na krzyż zlożone, tak że toporzyskami na dól, żeleźcem de góry stoją, obuchami do siebie obrócone, ostrze jednej na prawą stronę, drugiej na lewą skierowane. W polu czerwonem, nad helmem trzy pióra strusie”. 

Jak widać, opis Niesieckiego pasuje do wizerunku klejnotu herbu Puttkamerów i stąd można wysnuć wniosek, że to owe skrzyżowane topory (lub nieznana legenda rodzinna) spowodowały, że zaczęto identyfikować się z rodem Wersowiczów, która jakby nie było, miała tytuł hrabiowski. Taki tok rozumowania niejako potwierdza, odnosząc się do źródeł niemieckich, dr Grzegorz Brzustowicz z Choszczna – Krzęcina, który tak odniósł się do tego problemu: „ Rodzinę Wersowicz wspominają niemieccy historycy rodowi Putkamerów w XIX wieku, porównując jedynie klejnot Putkamerów z dwiema siekierami i z jedną siekierą w klejnocie herbowym rodziny „Wrschowitz” (Geschichte des Geschlechts der Herren, Freiherren und Grafem von Puttkamer, s. 33).

Rodzina Wersowicz vel Wers(z)owiec była herbu Oksza, czyli w tarczy czerwonej lub niebieskiej widniała jedna srebrna siekiera, a w klejnocie jedna siekiera lub trzy pióra strusie. Litewscy Putkamerowie spokrewnili się z tym polskim rodem zapisywanym „Graf Wrschowetz-Sekerka und Sedczicz” i powoływali się na herbowe pokrewieństwo, co było w XVII i XVIII wieku w kulturze polskiej i litewskiej szlachty bardzo częste”.

Wawrzyniec Stanisław Jana Puttkamer (1794–1850) podobnie jak jego poprzednicy był ewangelikiem reformowanym. W lutym 1821 r. ożenił się z Marianną Ewą Wereszczaka h. Kościesza (ur. 1799), czyli z uwiecznioną w literaturze polskiej przez Adama Mickiewicza słynną Marylą. Wbrew legendzie o niemal wiecznej miłości Marianny (Maryli) do Mickiewicza jej małżeństwo z Puttkamerem było nad wyraz zgodne. Natomiast konkretne rozwikłanie romansu Mickiewicza wymaga bardziej fachowej konsultacji specjalistów niż romantycznych teorii. Dość wspomnieć, że Puttkamerowi bardzo odpowiadało uwiecznianie jego żony w arcydziełach poezji naszego wieszcza. W czerwcu 1833 r. Puttkamerowie za pomoc dla emisariusza Marcelego Szymańskiego byli tymczasowo aresztowani. Wawrzyniec w okresie od 20 września 1847 r. do 15 czerwca 1849 r. był marszałkiem szlachty powiatu lidzkiego, pochowany został w kaplicy cmentarnej na zlikwidowanym w latach 60-tych XX w. cmentarzu ewangelickim w Wilnie, jego żona 29 grudnia 1863 r. spoczęła w zachowanej do dziś mogile przy katolickim kościele św. Jana Chrzciciela w Bieniakoniach. Ich córka Zofia Kalinowska (Puttkamer h. Bradacice) (1828 – 1897) była macochą św. Rafała Kalinowskiego – porucznika inżyniera saperów, wykorzystując koligacje rodowe Puttkamerów, uratowała pasierba i przyszłego świętego od wykonania zasądzonej już kary śmierci, którą zmieniono na katorgę. Natomiast syn Maryli i Wawrzyńca, Stanisław, miał syna Wawrzyńca, który umarł w 1923 r. bez potomka męskiego. Mimo że pięknie czyta się opowieści o odpoczywającej w Kołczygłowach Maryli, to niestety było to niemal niemożliwe.

Andrzej Szutowicz

*Co do Święcy, to jego herb wiąże się z awansem, najpierw na województwo gdańskie w drugiej połowie 1285 roku, a więc po zdobyciu Ziemi Sławieńskiej przez księcia Mściwoja II. Awans ten nie następował wraz ze zwolnieniem poprzedniego urzędu. Funkcję wojewody pełnił jednocześnie z urzędem kasztelana słupskiego. W tym samym czasie przejął również obowiązki wojewody tczewskiego (do 1287 roku), stając się w ten sposób najpotężniejszym możnowładcą na tym terenie. Uważa się, że przez Święcę był używany od początku XIV wieku herb z rybogryfem, a godło wykorzystywało część wyobrażenia (gryf) z herbu książąt pomorskich. Miał to być swoisty symbol ambicji Święcy, który przerodził się w herb rodowy. Opierając się na tej teorii, należałoby przyjąć, że Święca miał inny herb przed przyjęciem rybogryfa. Trudno jednak stwierdzić to definitywnie. Możnowładca żył w czasach, w których dopiero rycerstwo polskie zaczęło przyjmować herby w systemie zachodnim. Może wcześniej to były skrzyżowane siekiery, które trafiły do klejnotu. Ale i to wątpliwe, bo najstarsze rysunki herbu Puttkamerów z klejnotem znany dopiero z 2 połowy XVI wieku. Posiadanie przez Święcę wcześniejszego herbu należy poddawać w dużą wątpliwość. (Grzegorz Brzustowicz)

Herb Rodu von Puttkramer

Herb Rodu von Puttkramer

Literatura:

  • Ernst Heinrich Kneschke Neues allgemeines Deutsches adels-lexicon: im vereine mit mehreren …, Band 7 str.289 – 291
  • Herbert A. Friedman. Propaganda niemiecko – japońska Dr
  • Grzegorz Jacek Brzustowicz. Herb Święcy http://translate.google.pl/translate?hl=pl&sl=en&u=http://www.psywarrior.com/GermanJapPropConnection.html&prev=/search%3Fq%3Djesco%2Bvon%2Bputtkamer%2Bshanghai%26newwindow%3D1%26biw%3D1366%26bih%3D576
  • http://www.stammreihen.de/getperson.php?personID=I733618P&tree=tree1
  • http://www.von-puttkamer.de/index.php?option=com_content&view=article&id=85:heinrich-georg-ludwig-frhr-v-puttkamer&catid=4:persoenlichkeiten&Itemid=18
  • http://de.wikipedia.org/wiki/Georg-Dietrich_von_Puttkamer
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/Maryla_Wereszczak%C3%B3wna
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/Wawrzyniec_Puttkamer
  • http://www.geni.com/people/Georg-Dietrich-Frhr-von-Puttkamer/6000000019875376523
  • http://gw.geneanet.org/cvpolier?lang=en&p=wilhelmine+caroline+beate&n=von+der+marwitz”n=von+der+marwitz
  • Herbarz polski Kaspra Niesieckiego, S. J. Powiększony dodatkami z …, Tom 2 s. 265
  • http://archive.is/tpr0p#selection-249.213-249.378
  • http://wc.rootsweb.ancestry.com/cgi-bin/igm.cgi?op=GET&db=jrdus&id=I44829
  • Marek Dzięcielski „Pomorskie sylwetki str. 15O Wyd. Adam Marszałek. Toruń 2002
  • http://www.planetarium-hamburg.de/fileadmin/bildarchiv/08_Sondervortraege/2009Quartal3/090720Vortrag_Puttkamer_Jesco_001.jpg
  • http://www.globalgameport.com/showthread.php?50913-Jesco-von-Puttkammer-ist-tot
  • http://www.fotocommunity.de/pc/pc/display/17924456
  • http://www.scilogs.de/chrono/gallery/4/nasa-orden_2004-06.jpg
Olimpiada '40 Arnswalde

Olimpiada ’40. Czy była w Choszcznie?

1. Ruch sportowy w Oflagu II B 

W 1941 r. sport w Oflagu II B stał już na wysokim poziomie. Kluby sportowe liczyły blisko 700 członków. Ponadto 300 oficerów uprawiało sport indywidualnie poza klubami. Istniała poradnia sportowo – lekarska, którą prowadził były lekarz AWF a także lekarz polskich ekip olimpijskich mjr dr Roman Kazimierz Rettinger. Lekarze poradni, doktorzy: Gosiewski, Jezierski, Luetz, Narbutt mieli zawsze pełne ręce roboty.

Początkowo nie było z obozowym sportem tak optymistycznie. Aby osiągnąć odpowiednie wskaźniki masowości potrzebny był mały wstrząs przełożonego. Zrobił to płk Wojciech Tyczyński. Uprzednio jednak Oflag zorganizował w 1940 r. dużą imprezę sportową, która ze względu na rozmach do dnia dzisiejszego prowokuje pytanie: Czy w roku olimpijskim 1940 odbyła się w Choszcznie obozowa olimpiada.? Są osoby które twierdzą, że tak. Niestety jak na razie brak jest jednoznacznego potwierdzenia tego faktu.

1.2. Działalność ppor. Weissa

Głównym propagatorem sportu był dwukrotny olimpijczyk dziennikarz sportowy ppor. Zygmunt Weiss. Za jego sprawą ukazywał się w Choszcznie „Przegląd Sportowy”, który przez to zachował ciągłość wydawniczą i w skali kraju okazał się gazetą ukazującą się bez wojennej przerwy. To Weiss swoimi artykułami spowodował istną reformę sportu masowego Oflagu. W legendarnej gazecie obozowej „ Za drutami” (nr 3) napisał:

„Dwustu uprawia sport w obozie, dwa tysiące czeka wiosny ” m.in.: „Przeciętna uczestników w poszczególnych ćwiczeniach fizycznych w styczniu 1941 r.: boks – 24 osoby, gimnastyka – 40, siatkówka – 150, razem – 214. Z liczby tej przynajmniej kilkunastu brało udział jednocześnie w boksie, gimnastyce lub siatkówce, a więc interesowało się ćwiczeniami fizycznymi ledwie 200 oficerów, tzn. co 10-ty mieszkaniec obozu w Choszcznie”.

W numerze 4-tym „Za drutami” Weiss donosił: „Z chwilą objęcia funkcji starszego obozu w Choszcznie przez płk. Tyczyńskiego dokonano reorganizacji wf. Wychowanie fizyczne- powiedział pułkownik – będzie miało odtąd charakter służbowy, a za stan wf. odpowiedzialni będą komendanci bloków”…

1.3. Rozwój sportu w Oflagu

Koordynatorem zajęć sportowych w obozie został b. kierownik wychowania fizycznego i Przysposobienia Wojskowego w Łodzi, znany pięcioboista i szermierz kpt. Stanisław Kuźnicki. Był on inicjatorem przedsięwzięcia polegającego na przeprowadzeniu prób sprawności fizycznej pod hasłem „Sprawdźcie swój fizyczny stan po półtora roku niewoli”. Impreza ta zyskała nawet sporą popularność.

Działał w Choszcznie również reprezentant Polski na olimpiadzie w Amsterdamie ppor. Henryk Niezabitowski (wioślarz). Dzięki hali sportowej i dużemu placowi apelowemu były tu dogodne warunki do uprawiania różnych dyscyplin. Oprócz gier zespołowych uprawiano zapasy, lekkoatletykę, boks, grano w tenisa. W okresie pobytu Francuzów w 1940 r. rozgrywano nawet mecze międzypaństwowe w piłkę nożną jeden zakończył się zwycięstwem Polaków 9 : 1. Na terenie Oflagu funkcjonowały kluby sportowe: „Warta”, „Wisła”, „Pogoń”, ŁKS. Prowadzono rozgrywki ligowe, funkcjonował totalizator piłkarski (płacono papierosami rekord wygrania wynosi 5000 papierosów co w warunkach obozowych było bogactwem). Z klubem „Wisła” wiąże się pewne humorystyczne zdarzenie, otóż niemiecka komenda obozu „wsparła list jeńców do krakowskiej firmy „Iskra Karmański” z prośbą o przysłanie barwników (chodziło o farbę do odróżnienia koszulek różnych klubów). Po ich otrzymaniu, pewnego dnia piłkarze Wisły zjawili się na boisku w czerwonych koszulkach i białych spodenkach. Co więcej, z emblematami gwiazdy autentycznej krakowskiej Wisły. Nie uszło to uwadze Niemców. Szaleli wręcz mówiąc, że barwy biało-czerwone, to przecież barwy narodowe, a gwiazda w emblemacie, to gwiazda….. Syjonu! Barwniki zlikwidowano”. U źródeł osiągnięć sportowych Oflagu II B leżały zawody z 1940 r.

2. Olimpiada ‘40. 

2.1 Olimpiada czy zawody?

O przeprowadzonych w 1940 r. wielodniowych zawodach sportowych wspomina późniejszy propagator  Oflagu II B ppor. Jan Bohatkiewicz., który w swoim prowadzonym w niewoli pamiętniku zanotował pod datą 29.VIII.: „… Dziś rozpoczęły się zawody WF. Odbyły się konkurencje w biegu 100 m, rzutu dyskiem i kulą, skoku wzwyż, siatkówce i piłce nożnej…Po południu próbowałem biegu długodystansowego. Nieźle się udał, kto wie, może jutro stanę do zawodów”. Następnego dnia była klapa. „Zawody nie przyniosły mi sukcesu, za długa była trasa dla mnie, po dwu kilometrach zszedłem z boiska rezygnując z pozostałych 520 m i pozostałych za mną 4 zawodników. Przede mną było 12, z których najwyżej mogłem wyminąć paru, ale to nie ratowało sytuacji„.

Niestety zawodnik nie wykazał zbyt dużo sportowych ambicji. Ale dla usprawiedliwienia można dodać, że było to przed „reformami” płk Tyczyńskiego. Kolejny dzień i kolejne zawody „31. VIII. Dzień słoneczny o niewielkim zachmurzeniu, dość chłodno. Dziś odbywały się w dalszym ciągu zawody: sztafeta olimpijska, skoki, 100 m, piłka nożna, piłka siatkowa i ciągnienie liny. Blok nasz wyszedł w ogólnej punktacji nieźle’. 
Opisy z pamiętnika świadczą, że zawody były przeprowadzone z dużym rozmachem, literatura podaje, że rozegrano jeszcze koszykówkę i pojedynki bokserskie. Obsada była prawie dwunarodowa gdyż do imprezy dołączyli jeńcy francuscy. Także prasa obozowa zamieściła relacje z imprezy: „Kierownictwo zawodów, spoczywające w wytrawnych rękach mjr Bilewskiego i kpt. Maciejewskiego, wywiązało się z trudnego zadania bez zarzutu. Przy sprzyjającej na ogół pogodzie i licznym udziale widzów zawody trzydniowe (29,30 i 31) przeprowadzono sprawnie i sprężyście (…)”.

W biegu na 100 m zwyciężył ppor. Bordziłowski – 12,4 s. przed ppor. Tuziakiem – 12,5 s. i ppor. Ośmiałkiem (ten sam czas). W skoku wzwyż finał rozegrało siedmiu skoczków: Kubik, Bordziłowski, Kluszewski, Domański, Mongu, Sadowski, Ośmielak. Przy wysokości 155 odpadli ppor. Domański i Sadowski. Wygrał ppor. Kubik –155 cm, który osiągnął ten wynik za pierwszym razem. W biegu na przełaj (2520 m) startowało 13 Polaków i 2 Francuzów. Zaraz po starcie na czoło wysunął się doskonały długodystansowiec poznańskiego AZS Benkowski i on wygrał z czasem 8,42 min”. 

Czas drugiego zawodnika 9.12 min, trzeciego 9.20 min. Czy zawody w Choszcznie można uznać za olimpiadę obozową ? Wydaje się, że nie. Raczej za mityng lub spartakiadę w roku olimpijskim. Zabrakło nazewnictwa, symboliki i atmosfery olimpiady gdyż mimo kilkuset Francuzów obóz był raczej zdominowany przez Polaków. Gdy na obozowy ruch olimpijski spojrzy się poprzez pryzmat innych obozów to okaże się, że Oflag II B był bardzo bliski pierwszeństwa tym bardziej że choszczeńskie zawody były w tamtym roku olimpijskim 1940 największymi z zorganizowanych przez jeńców w niewoli. 

2.2. Szeregowcy byli odważniejsi

W 1940 r. Stalagu XIII A Langwasser który znajdował się na przedmieściach Norymbergii zawiązał się Międzynarodowy Komitet Jenieckich Igrzysk Olimpijskich (w jego skład wchodzili Anglik, Francuz i Polak).Na czele Komitetu stał Brytyjczyk podoficer marynarki George O’Brien. Komitet zdecydował o zorganizowaniu na terenie obozu igrzysk. Pomysłodawcą igrzysk był Polak plut. Słomczyński. Plan igrzysk miał obejmować: strzelanie z łuku, skok z miejsca, pchnięcie kulą, kolarstwo, siatkówkę i bieg na 50 m „karną żabką”. Zawody rozegrano w dniach 31.08 – 08.09. Wzięli w nich udział jeńcy różnych narodowości: Anglicy, Belgowie, Francuzi, Holendrzy, Jugosłowianie (?) i Polacy. Igrzyska te udało się zrealizować dzięki niemieckiemu sanitariuszowi obozowego lazaretu Rogerowi Virion. Był Alzatczykiem lecz jego matka była Polką stąd sympatyzował z polskimi jeńcami. Udostępnił na potrzeby zawodów salkę swego szpitala, zgodził się także być sędzią, trenerem i masażystą.. Największym fenomenem tych zawodów był ceremoniał olimpijski (flaga, znicz, hymn i przysięga). Otwarcie igrzysk nastąpiło w izolatce chorych na tyfus. Flagę zrobiono z jenieckiej koszulki, znicz płonął w puszce po konserwie. Przysięgę olimpijską złożył strz. Jan Cioch. Uroczystego otwarcia igrzysk jako symbolu XII Igrzysk Olimpijskich dokonał Przewodniczący Komitetu G. O’Brien. Odśpiewano hymn olimpijski autorstwa plut. Wacława Gąsiorowskiego. Konkurencje odbywały się w warunkach pełnej konspiracji Wszystkie nagrody były wykonane przez jeńców z materiałów dostępnych w obozie. Medalami były proporczyki z tektury obramowane drutem kolczastym. Zwycięzcy stawali na podium z taboretu. Wiadomo że w kolarstwie (stacjonarny rower) wygrał Belg, w skoku w dal – Norweg Rolf Olsen, w piłce siatkowej zawodów nie zakończono gdyż uległy dekonspiracji, w łucznictwie triumfował Francuz, Antonie Struś. Jedyną konkurencją którą rozegrano bez zachowania zasad konspiracji była „karna żabka” na dystansie 50 m., przeprowadzono ją na placu apelowym obozu. Wygrał współorganizator igrzysk Polak Teodor Niewiadomski. Zagadką jest uczestnictwo w zawodach Jugosławii gdyż Jugosławia padła dopiero w następnym roku po zawodach. Podaje się, że Jugosłowianin Jaśko Cvetkowic wygrał pchnięcie kulą z wynikiem 11.2 m. Możliwe, że był to jakiś ochotnik lub przypadkowy jeniec. Wzorem olimpiad rozegrano konkurencję artystyczną triumfował za opracowany plakat Edmund Turbaczewski. Wykonano też karnet sześciu znaczków symbolizujących sześć konkurencji. Karnet ten nie zachował się.

2.3. Komu prym?

Zawody w Choszcznie wyprzedziły te spod Norymbergii o dosłownie dwa dni jednak nie przetrwały w tradycji jako, olimpijskie. Zawody zorganizowane w Stalagu XIII A były wielonarodowe stosowano w nich symbolikę olimpijską i w nazwie zawody te były olimpiadą. Zorganizowanie ich w Stalagu było bardziej ryzykowne jak w Oflagu wpadka mogła dla szeregowców skończyć się poważnymi konsekwencjami. Stąd bez cienia wątpliwości trzeba oddać prym szeregowcom (podoficerom) z Langwasser. Trudno dziś powiedzieć dlaczego oficerowie w Choszcznie nie zdecydowali się w 1940 r na olimpiadę. Może ze względu na osobę niemieckiego komendanta któremu raczej Polacy nie chcieli sprawiać problemów. Zresztą to on płk Löbbecke ufundował dla zwycięzców dość cenne nagrody, co różnie przyjęto. Gdyby choszczeńskie zawody z 1940 r były jak chcą tego inni olimpiadą, wówczas po wojnie red. Weiss nadał by temu duży rozgłos a tego nie zrobił. W maju 1942 r. Polaków przeniesiono do Oflagu II D Gross Born, tam w 1944 r. zdobyte w Oflagu II B w Choszcznie doświadczenie zaowocowało wspaniałą jak na warunki obozowe organizacją igrzysk. Olimpiady w Oflagach z 1944 r. zdominowały w pamięci narodowej tę pierwszą olimpiadę szeregowców, którą czasem z niewiedzy, przypisywano oficerom. Cóż środowisko oficerów było bardziej medialne jak żołnierzy –jeńców. Sprawiedliwości stało się zadość, w 1973 r. ukazała się książka Teodora Niewiadomskiego „Olimpiada, której nie było” a w 1980 r. reż. Andrzej Kotkowski nakręcił film „Olimpiada 40″.

Opracował: Andrzej Szutowicz

Źródła:

Fot. Gimnastyka stanu osobowego Oflagu II B Arnswalde. Własność Juliusz Pollack

Zdj. 1. Tak wyglądała cerkiew w Kolechowicach przed zburzeniem. Zdj: www.cerkiew1938.pl

Pamięci zburzonej kolechowickiej cerkwi

Od drugiej połowy maja do 16 lipca 1938 r. zburzono na terenie Województwa Lubelskiego 127 świątyń prawosławnych, w tym 91 cerkwi, 10 kaplic i 26 domów modlitwy. Najstarsza w Szczebrzeszynie pochodziła z roku 1184.Wśród zniszczonych cerkwi, 50 było czynnych. Jedną z nich była cerkiew pw. św.św. Kuźmy i Damiana w Kolechowicach. Zburzenie tej cerkwi stało się preludium pasma nieszczęść wielu miejscowych prawosławnych rodzin.

Kolechowice – jak je zapamiętano

Kolechowice pod względem mieszkańców nie były jednorodne. Wyróżniały się zróżnicowaniem religijnym (część wsi była katolicka) jak i społecznym. Obok wsi gospodarskiej ( tzw. Kolechowice Stare), istniały zamieszkałe przez tzw. chłopów folwarcznych Kolechowice Folwark, w których znajdowały się także szlacheckie majątki ziemskie Skolimowskich i Czarnata. Trzecie Kolechowice tzw. Kujawiaki ( Kolonia) stanowili osiedleni przez władze carskie przesiedleńcy z przeludnionych Kujaw. We wsi mieszkało też kilka rodzin żydowskich.

Zdj. 2. Kolechowice na starym zdjęciu.

Zdj. 2. Kolechowice na starym zdjęciu.

Zdj. 3. NN. Dowód austriackiej zbrodni na niewinnych wieśniakach. W oddali powieszono także Żydów. Brak stołków oraz leżące czapki świadczą ,że egzekucja była szczególnie perfidna. Najprawdopodobniej skazańców podciągnięto do góry.

Zdj. 3. NN. Dowód austriackiej zbrodni na niewinnych wieśniakach. W oddali powieszono także Żydów. Brak stołków oraz leżące czapki świadczą ,że egzekucja była szczególnie perfidna. Najprawdopodobniej skazańców podciągnięto do góry.

Podczas pierwszej wojny światowej w 1915 r. spadła na Kolechowice totalna klęska, wskutek niepowodzeń wojennych armii rosyjskiej z terenów planowanych działań zbrojnych, przeprowadzono ewakuację ludności w głąb Rosji. Akcja ta znana jest pod nazwą „bieżeństwo”. Rzeka uchodźstwa objęła również rodziny z Kolechowic. Uciekano także bo bano się austriackich żołnierzy którzy w Galicji znaleźli sobie upodobanie w wieszaniu prawosławnych chłopów gdyż uważano ich za potencjalnych szpiegów. Ponoć powieszono wtedy blisko 30 000 niewinnych ludzi. Uchodźcy z Kolechowic trafili różnie, jedni w europejskie „obłasti” a jeszcze inni do Kazachstanu. Gro mężczyzn nie uczestniczyło w tej wędrówce, gdyż zostali powołani do wojska carskiego i walczyli na froncie. Niektórzy z nich jak np Grzegorz Reszko wstąpili do polskich formacji. Początkowo „bieżeńcom” nie żyło się jak na warunki wojenne aż tak źle. Objęci byli systemem edukacyjnym a i materialnie udzielano im pomocy. Spotykali się także z życzliwością miejscowych mieszkańców. Z biegiem miesięcy wojna spowodowała, że sytuacja w Rosji uległa pogorszeniu, szerzył się głód i choroby, nie ominęło to również „bieżeńców”. Koniec wojny nie oznaczał końca cierpień. Światowa się skończyła lecz trwała domowa podczas której przeżycie było także sztuką. Nie wszystkim z Kolechowic to się udało. W Krzywym Rogu zmarł na tyfus najstarszy syn Banachów, Andrzej Banach, a w dalekim Kazachstanie żona Stanisława Dziadko.

Zdj. 4. Prawosławni z Kolechowic u zarania niepodległości służyli także w formacjach polskich.

Zdj. 4. Prawosławni z Kolechowic u zarania niepodległości służyli także w formacjach polskich.

Po wojnie tamtej i tej

Dopiero po kolejnej wojnie, tej polsko – radzieckiej, powrócono do Kolechowic Zrujnowane gospodarstwa odbudowano i życie toczyło się swoim normalnym rytmem. Poradzono sobie. Dorastało młode pokolenie. Były to rodziny prawosławne dlatego nie dziwi, że całe życie religijne oscylowało wokół cerkwi. Zachowały się zdjęcia z ślubów i chrzcin. Stoją na nich całe wielopokoleniowe rodziny. Z przekazów ustnych wiadomo, że z katolickimi współmieszkańcami żyło im się dobrze lub lepiej jak poprawnie.

Zdj. 5. Życie religijne prawosławnych w Kolechowicach oscylowało wokół cerkwi, wyznaczały je także śluby chrzciny i pogrzeby. Na zdjęciu ślub Weroniki Banach z Józefem Lisem. Zdjęcie wykonano przed cerkwią.

Zdj. 5. Życie religijne prawosławnych w Kolechowicach oscylowało wokół cerkwi, wyznaczały je także śluby chrzciny i pogrzeby. Na zdjęciu ślub Weroniki Banach z Józefem Lisem. Zdjęcie wykonano przed cerkwią.

Zdj. 6. Kolechowice. Pamiątkowe zdjęcie z chrztu Haliny Lis.

Zdj. 6. Kolechowice. Pamiątkowe zdjęcie z chrztu Haliny Lis.

Zdj. 7. Kolechowice. Wspólnota parafialna ze swoim kapłanem przed stojącą jeszcze cerkwią.

Zdj. 7. Kolechowice. Wspólnota parafialna ze swoim kapłanem przed stojącą jeszcze cerkwią.

Męscy przedstawiciele rodzin prawosławnych tak jak i katolickich służyli w Wojsku Polskim. Michał Banach we Lwowie, a Mikołaj Zoruk i Józef Lis w Brześciu n. Bugiem. Józef Lis był dwa razy powołany do służby wojskowej. Wspominał, że „w wojsku Brześciu, gdy żył marszałek Piłsudski do cerkwi w niedzielę chodzili nawet żołnierze katolicy, bo było bliżej niż do ich kościoła garnizonowego i Żydów też się nikt nie „czepiał”. Drugi raz, gdy byłem w wojsku za Śmigłego Rydza było już inaczej, śmiali się z nas i z Żydów. Wtedy, któregoś dnia gdy leżeliśmy na łóżkach ktoś powiedział, że przy takim traktowaniu swojego żołnierza ta Polska się nie utrzyma”. Józef Lis służył w 35 p.p w tym samym, w którym wówczas pełnił służbę mjr Henryk Sucharski. Późniejszy dowódca składnicy tranzytowej na Westerplatte. Zło zauważone przez żołnierzy w Brześciu dotarło również do Kolechowic.

Zdj. 8. Józef Lis z Kolechowic służył w 35 pp w Brześciu nad Bugiem.

Zdj. 8. Józef Lis z Kolechowic służył w 35 pp w Brześciu nad Bugiem.

Zdj. 9. Prawosławni z Kolechowic identyfikowali się z państwem polskim. Chętnie fotografowali się w polskich mundurach. Na zdjęciu w mundurze WP Michał Banach, rozstrzelany przez Niemców w 1943 r.

Zdj. 9. Prawosławni z Kolechowic identyfikowali się z państwem polskim. Chętnie fotografowali się w polskich mundurach. Na zdjęciu w mundurze WP Michał Banach, rozstrzelany przez Niemców w 1943 r.

W kolechowickich prawosławnych rodzinach rozmawiano różnymi językami u jednych królował polski, a u innych miejscowy czyli „ chachłacki”. Ten miejscowy język został zauważony przez językoznawców i przedstawiany jest jako przykład, najdalej wysuniętej na wschód, gwary ukraińskiej ( Michał Łesiów).Jednak ze świadomościa narodową było różnie. Dlatego nad jej kształtowaniem pracował zarówno czynnik polski jak i ukraiński Wydaje się że ówczesne starsze pokolenie uważało się za tzw tutejszych. Po wojnie władze polskie były mało subtelne i się nie rozdrabniały. Wszystkich prawosławnych wrzucono do jednego ukraińskiego worka

Zdj. 10. Cerkiew w Kolechowicach przed zburzeniem. Ikonostas.

Zdj. 10. Cerkiew w Kolechowicach przed zburzeniem. Ikonostas.

Burzenie cerkwi

W 1938 r. rozgorzało na Chełmszczyźnie wariactwo niszczenia cerkwi. Społeczność prawosławna w Kolechowicach posiadała pochodzącą z 1882 roku murowaną, krytą blachą, cerkiew. Wokół świątyni rosły pokaźne, piękne lipy. Cerkiew stała z lewej strony drogi do Lublina, prawie na przeciw szkoły. Niestety ktoś gdzieś zdecydował, że i ją trzeba zburzyć. Zebrano ekipę i przystąpiono do działania .Niestety wśród burzących „wandali” znaleźli się miejscowi katolicy. Burzono ją na oczach zebranego spokojnie zachowującego się i płaczącego tłumu wiernych, wśród których były także dzieci. Pierwszy zrzucono krzyż wieńczący wieżyczkę, człowiek który to zrobił, poślizgnął się na blaszanym dachu i spadł. Został kaleką. Z rozebranego materiału „wandale” odzyskiwali (kradli) cegły i wykorzystali je do swoich celów w własnych gospodarstwach. Mówi się, że niezbyt im się później wiodło. Jednemu z nich zmarło aż dwóch synów. Natomiast hodowany w obórkach z cerkiewnego budulca inwentarz miał często padać. W wiejskiej świadomości odczytywano to jako boską karę. Do dziś w pamięci ówczesnych dzieci pozostały nazwiska tych najbardziej nadgorliwych i tych, którzy zabrali najwięcej.

Zdj. 11. Tyle zostało z gospodarstwa gdzie wykorzystano cegły z zburzonej cerkwi.

Zdj. 11. Tyle zostało z gospodarstwa gdzie wykorzystano cegły z zburzonej cerkwi.

Podczas burzenia cerkwi nikt z prawosławnych nie stawiał oporu, nie broniono. Świątyni, łzy i płacz wynikały z bezsilności. Jedynie od czasu do czasu wbiegał do środka miejscowy psalmista Danił Dziadko, tak jakby chciał sprawdzić czy wszystko co święte zostało z cerkwi wyniesione. Wszyscy czekali na przyjazd delegacji parafialnej, która w sprawie ratowania świątyni udała się do Warszawy. Gdy delegacja wróciła cerkwi już nie było. Tak oto 13 lipca 1938 r. w kraju szczycącym się wielowiekową tolerancją zburzono kolejną cerkiew. Tragedią jest to, że ponoć przywieziono nakaz wstrzymania rozbiórki. Z świątyni pozostał tylko plac utwardzony cerkiewną posadzką . Początkowo próbowano go zaadoptować jako boisko dla dzieci. Nie przyjęło się. W miejscu tym Michał Banach z kolegami postawił prawosławny krzyż. Niszczycielom przeszkadzały także piękne stare lipy. Zabrali się także za nie. Lecz tu natrafili na protest jednego z katolickich mieszkańców wsi. Perswadował, prosił, w końcu chciał zapłacić byleby drzew nie ruszać. Nie pomogło. Drzewa ścięto.

Zdj. 12. Cerkiew w Kolechowicach otaczały potężne stare lipy. Podzieliły los cerkwi.

Zdj. 12. Cerkiew w Kolechowicach otaczały potężne stare lipy. Podzieliły los cerkwi.

Istniejąca dziś na cmentarzu cerkiewka wybudowana została jako kaplica nagrobna żony miejscowego duszpasterza. Spoczywała ona w mosiężnej trumnie. Podczas wojny trumnę tę na swoje potrzeby zabrali Niemcy. A matuszka spoczęła w trumnie zwykłej. Do tej cmentarnej cerkiewki wniesiono to co z rozebranej cerkwi pozostało.

Zdj. 13. Tu przed 1938 r.stała w Kolechowicach cerkiew.

Zdj. 13. Tu przed 1938 r.stała w Kolechowicach cerkiew.

Zdj. 14. Dawna kapliczka grobowa, dziś cerkiew w Kolechowicach .Do tej cerkiewki schowano wyposażenie z cerkwi zburzonej.

Zdj. 14. Dawna kapliczka grobowa, dziś cerkiew w Kolechowicach .Do tej cerkiewki schowano wyposażenie z cerkwi zburzonej.

Zwiastujące łzy

W tragicznym dla Polski roku 1939 wojnę zapowiadały płonące na horyzoncie słupy Herkulesa oraz wojskowe karty powołania. Jedni poszli do wojska innych nie zdołano powołać. W domu został Michał Banach. Józef Lis trafił gdzieś pod Bydgoszcz, jego 35 pułk piechoty 1-go września zatrzymał na Pomorzu całą niemiecką 2 DPZmot. W skład tej dywizji wchodziły także pododdziały z garnizonu Arnswalde (Choszczno). Mikołaj Zoruk był w SGO Polesie, walczył do samego końca wrześniowej kampanii w ostatniej bitwie pod Kockiem. Na całe życie zapamiętał pożegnalny rozkaz gen. Franciszka Kleeberga.

Z tej wojny zapamiętano, że u babci Łuczeńczykowej Niemcy rozbrajali oddział Wojska Polskiego, żołnierze stawiali broń w kozły, obok stał polski oficer, major i płakał. Płakał z bezsilności. Miejscowe prawosławne kobiety też płakały. Nie, nie z bezsiły, te łzy wylały przy cerkwi. One płakały z trwogi… 

Zdj. 15. Pierwszy z prawej Hipolit Chocyk. Poległ w polskiej partyzantce. Z lewej Mikołaj Zoruk bił się pod Kockiem.

Zdj. 15. Pierwszy z prawej Hipolit Chocyk. Poległ w polskiej partyzantce. Z lewej Mikołaj Zoruk bił się pod Kockiem.

Zdj. 16. Wielopokoleniowe zdjęcie kolechowickich rodzin. Po wojnie w Kolechowicach została siedząca na krzesełku dziewczynka i jej młodszy brat. Na krótko, ostatecznie dzieci przygarnął Dom Dziecka.

Zdj. 16. Wielopokoleniowe zdjęcie kolechowickich rodzin. Po wojnie w Kolechowicach została siedząca na krzesełku dziewczynka i jej młodszy brat. Na krótko, ostatecznie dzieci przygarnął Dom Dziecka.

Posłowie

Zdj. 17. Prawosławni z Kolechowic, Ci którzy wojny nie przeżyli leżą na miejscowym cmentarzu prawosławnym. Czasy się zmieniły i nikt już ich grobów nie niszczy. A Ci co przeżyli leżą na wielu cmentarzach w tym na komunalnym w Choszcznie. W ziemi z którą nic ich nie łączyło.

Zdj. 17. Prawosławni z Kolechowic, Ci którzy wojny nie przeżyli leżą na miejscowym cmentarzu prawosławnym. Czasy się zmieniły i nikt już ich grobów nie niszczy. A Ci co przeżyli leżą na wielu cmentarzach w tym na komunalnym w Choszcznie. W ziemi z którą nic ich nie łączyło.

Opracował Andrzej Szutowicz

Kapitan Antoni Cichoń

Dwie Zbrodnie

1. KAPITAN BEZ MOGIŁY

Na cmentarzu wojennym w Choszcznie nie ma jego mogiły. Wątpliwe czy gdziekolwiek się ona znajduje. Spośród oficerów którzy nie wrócili z niewoli należy do najtragiczniejszych postaci Oflagu II B.

Kpt. Antoni Cichoń urodził się urodził się 28 .01.1894. We wrześniu 1939 r. był dowódcą batalionu Obrony Narodowej „Poznań II”. Bataliony Obrony Narodowej były jednostkami słabszymi od typowych batalionów liniowych dlatego często wykonywały czynności porządkowo policyjne, w tym walkę z dywersją. W sytuacji gdy policjanci polscy opuścili swoje posterunki i ewakuowali się na wschód takie przeznaczenie batalionów ON było uzasadnione. Batalion „Poznań II” 2 września wyszedł z Poznania i przez Kłodawę zmierzał na wschód. W godzinach rannych (ok. 10.00) 5 września został zbombardowany przez lotnictwo niemieckie. O naprowadzanie samolotów na polskie pozycje podejrzewano miejscowych Niemców. Ponadto doszło do skrytobójczego ostrzelania z broni palnej żołnierzy batalionu. Te akty sabotażu doprowadziły do zatrzymania podejrzanych o dywersję Niemców z których 15 rozstrzelano. Następnie batalion kpt. Cichonia brał udział w „Bitwie nad Bzurą”. Nie udało mu się przebić do Warszawy . 17 września większość żołnierzy wpadła w ręce niemieckie w okolicach Aleksandrowa. Kpt. Antoni Cichoń przebywał w niewoli w Choszcznie, tu na żądanie organów policyjnych został „zwolniony” z Oflagu i przekazany w ręce Gestapo. Oskarżono go o to, że w kampanii 1939 r. dokonywał aresztowań Niemców i rozstrzeliwał niemieckich szpiegów , co miało odniesienie do wydarzeń z 5-go września. Niemcy już od października 1939 r. prowadzili śledztwo w jego sprawie. Postawiono go przed II Izbą Cywilną Sądu Specjalnego w Poznaniu. Tym samym naruszono § 63 Konwencji Genewskiej z 1929 r. o traktowaniu jeńców wojennych. W przypadku kpt. Cichonia ( oraz wielu innych żołnierzy) Niemcy wykorzystali kruczek prawny, gdyż uznali, że państwo polskie nie istnieje (co było nieprawdą gdyż istniał rząd w Londynie), wskutek tego jeńcy polscy nie podlegają opiece mocarstwa opiekuńczego i mogą być sądzeni za „swoje zbrodnie” przez sądy cywilne. Razem z kpt. Cichoniem sądzono około 21 żołnierzy batalionów Obrony Narodowej. Proces toczył się od 21 do 24 stycznia 1941 roku. W wyniku rozprawy 14 oskarżonych otrzymało karę śmierci, w tym kpt. Antoni Cichoń a także lekarz batalionu por. dr med. W. Antkowiak i d-ca kompanii „Swarzędz” por. K. Kita. 3 otrzymało kary więzienia, 5 uniewinniono. Wyrok ten do dnia dzisiejszego budzi kontrowersje Społeczność Oflagu solidaryzowała się z kapitanem. Utrzymywano z nim i jego rodziną korespondencję. Zbierano i posyłano pieniądze na obronę. Jeszcze kilka miesięcy po osądzeniu przyszedł do obozu list od żony kapitana, w którym pisała ,że „mąż w więzieniu poznańskim czeka”. Zaraz po tym wyrok jednak wykonano . Niektóre źródła podają błędnie że został rozstrzelany. Niestety 14 października 1941 r. kpt. Antoni Cichoń został zgilotynowany. Stało się to w Poznaniu na ul. Młyńskiej. Ciało spopielono w krematorium szpitala przy ul Święcickiego w Poznaniu. Najprawdopodobniej prochów rodzinie nie wydano. Kpt. A. Cichoń za wojnę 1920 r. był dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. W Kutnie znajduje się tablica pamiątkowa poświęcona batalionom ON Armii Poznań jest na niej umieszczony także jego batalion „Poznań II”.

2.ŚMIERĆ POR. KOTUNIAKA

Zamknięcie za drutami, gorycz przegranej wojny, brak wieści z domu, terror okupanta w kraju, bezsilność, obawa o los swój i najbliższych itd. Wszystko to powodowało ,ze wielu jeńców cierpiało na zburzenia psychiczne Wśród różnego rodzaju zaburzeń o przebiegu łagodnym zdarzały się przypadki cięższe, to właśnie miało miejsce w przypadku por. Kotuniaka. „Zadaniem lekarzy, a przede wszystkim zadaniem jego najbliższego otoczenia było uchronić go przed wywiezieniem do szpitala, bowiem tego rodzaju chorzy, stosownie do zarządzenia Hitlera, podlegali eutanazji. Nie zawsze udawało się ukryć chorobę przed niemiecką komendą obozu. W takich przypadkach po paru dniach od chwili wywiezienia z obozu nadchodziło zawiadomienie o śmierci chorego”. Ppor. Franciszek Kotuniak był nauczycielem z Madryty pow. Brześć. „… nie potrafił pogodzić się z tragedią, jaką cały Naród przeżywał. Uczciwość, poczucie odpowiedzialności skłaniały go do uporczywych rozmyślań nad przyczynami wrześniowej klęski. Szukał tych przyczyn w rozmowach z kolegami, badał skrupulatnie własne sumienie. Poczęło go prześladować uczucie źle spełnionego obowiązku. Snuł fantastyczne projekty, których realizacja dałaby pełnię tego, czego nie dokonał…”. Chciał za wszelką cenę wyrwać się obozu by móc walczyć, obsesja walki prześladował go uporczywie często nie mógł zasnąć. Koledzy z sali by nie zrobił jakiegoś głupstwa pełnili przy nim dyżury. Jednak ppor. Kotuniak „podczas jednej z bezsennych nocy zmylił czujność opiekujących się nim kolegów. Zafascynowany swoim wyimaginowanym obrazem idealnie spełnionego obowiązku obywatela – żołnierza, wstał i cicho wymknął się z sali. Jak we śnie lunatycznym poszedł na druty. Raptem cały obóz poderwał z ciszy nocnej huk wystrzału. Zaplątany w druty ppor Kotuniak zdążył jedynie zawołać; „Kamerad, nie strzelaj!….” Nie było już litości w odpowiedzi z wieży wartowniczej rzygnął serią karabin maszynowy. Perspektywa urlopu była bardziej kusząca niż litość nad jeńcem oficerem. Następujące po sobie strzały dobiły „rannego ppor. Kotuniaka. W pośmiertnym wspomnieniu o nim napisano: „W splątane zwoje drutów spłynęła krew, którą tak bardzo pragnął Ojczyźnie ofiarować”…  Jego pogrzeb nawet jak na warunki Oflagu II B był bardzo skromny. Ceremonia na terenie obozu została maksymalnie skrócona, gdyż niemiecka komenda przezornie usuwała wszelkie możliwości narastania podniecenia, wywołanego jego tragiczną śmiercią.

Opracował Andrzej Szutowicz

Mogiła kpt. Antoniego Nahurskiego i ppor. Franciszka Kotuniaka.

Mogiła kpt. Antoniego Nahurskiego i ppor. Franciszka Kotuniaka.

Literatura:

  • Gracjan Bojar-Fijałkowski; Losy jeńców wojennych na Pomorzu Zachodnim i w Makleburgii 1939 – 1945 Wyd. MON 1979 r. s. 204, 205.
  • Jan Starościak, Stanisław Piotrowski „Nauczycielska droga z obozów jenieckich do Polski Ludowej” Wyd. Szkolne i Pedagogiczne str.124 i 125.