Byłem na Gogach – wspomnienie

W marcu ubiegłego roku uczestniczyłem w świetnym polsko-niemieckim sympozjum „Wspólnota historyczna pogranicza”. Odbyło się ono w Policach. W ramach prezentowanego dorobku lokalnych muzeów przedstawiłem prezentację „Izby historycznej” z Drawna, która jest pod moją merytoryczną opieką. Przedtem jednak odbyła się prelekcja historyczna nt. Pomorza Zachodniego. Prelegent bardzo ostrożnie podszedł do tematów drażliwych, trochę w moim odczuciu w tej ostrożności , „zagalopował się” gdyż użył sformułowania którego sens zrozumiałem następująco: „dla rodzimej ludności Pomorza kultura niemiecka była bardziej atrakcyjna, dlatego ją tak łatwo przyjęła”. Nie mogąc zgodzić się z tym poglądem postanowiłem na zakończenie mego wystąpienia wtrącić swoje uwagi. Ostrożnie spytałem: „Czy ktoś z Państwa słyszał coś o ks. Domańskim”? – zapanował cisza. – Nie słyszał nikt.

Tak samo było (co w tym przypadku jest zrozumiałe) przy następnym pytaniu. „Czy Państwo słyszeli takie nazwisko jak Werra, Styp-Rekowski? Zagadnąłem krótko o ks. Domańskim, Związku Polaków w Niemczech, o „Prawdach Polaków” (nic o nich nie wiedziano) i o tym, że jest taka kraina gdzie „widać kultura niemiecka nie była aż tak atrakcyjna. Wiecie Państwo jaka to kraina? – TO KASZUBY” – podkreśliłem.

Niemieccy goście tym razem ożywili się. A ja kontynuowałem, powiedziałem, że cierpień nie można przemilczać. Spytałem o Piaśnicę – nikt o tej miejscowości nie słyszał. „A o Katyniu Państwo słyszeli?” – „Ja, ja, tak, tak” – słychać było z sali. „Widzicie Państwo w Katyniu zginęło ok. 4 000 oficerów, okrutna zbrodnia, cały świat o niej wie. A w Piaśnicy zamordowano 11 000 może 12 000 ludzi, głównie przedstawicieli pomorskiej, polskiej, inteligencji. Bo Piaśnica proszę Państwa, to „Katyń Pomorza”. I w takich kategoriach powinien być rozpatrywany. Niestety o Piaśnicy się milczy, śmiem twierdzić, że koniunkturalnie… Katyń i Piaśnica to tragiczne pamiątki „kultury zbrodni” totalitarnych systemów.

Przepraszam – kontynuowałem – ale uważam, że nasze sympozjum nie tu powinno się odbyć. Uważam, że najlepszym miejscem na spotkania o kulturze i historii pogranicza są właśnie Kaszuby. Tam w Płotowie (pow. Bytów) małej kaszubskiej wiosce jest szkoła. Polska szkoła z 1932 r. i jest cmentarz gdzie spoczywa Bernard Werra i rodzina Styp – Rekowskich. Nie ma lepszego od Płotowa. Miejsca by rozmawiać i dyskutować o historii pogranicza. Tak się złożyło, że niemal w Święto Niepodległości przypadł mi zaszczyt uczestniczenia w „I Spotkaniach Publicystyczno – Literackich na Gochach”. Przyjechałem na nie pełen obaw. Okazały się niepotrzebne. „Lodów” nie musiałem topić, zaufania nie musiałem zdobywać. Niemal z marszu odczułem, że jestem w przyjacielskim gronie.

Wydarzeniem nie tylko artystycznym był zaprezentowany pierwszego dnia przez dzieci z Dretynia i Miasteczka Krajeńskiego spektakl: „Elementarz, czyli jak przed laty dziateczki na Pomorzu uczono” (premiera odbyła się 6 października 2000 r. w Muzeum Szkoły Polskiej w Płotowie). Te wspaniałe widowisko powstało dzięki współpracy dwóch przyjaciółek Joanny Gil–Śleboda i Ewy Stachowskiej. Od razu nasunęło mi się skojarzenie do tego co powiedziałem podczas sympozjum w Policach. Kolejne dni utwierdziły mnie jedynie w słuszności zaprezentowanych wówczas poglądów. Tempo spotkań nie pozwalało zebrać myśli, historia, współczesność, piękno krajobrazów, martyrologia, kultura. Wszystko to przewijało się jak w kalejdoskopie, którego główną oprawą jest tradycja.

Wszędzie gdzie byłem można było znaleźć do niej odniesienie. Nawet Góra Lemana w Piasznie to nie tylko widoki ale także prahistoria, czyli tradycja. Tu na Gochach obok wspaniałych obiektów kultury sakralnej znajdują się groby ludzi, którzy tworzyli historię tej ziemi, trwali w jej kulturze, a gdy trzeba było walczyli o wolność i godność. Zaskoczyło mnie małe Łąkie które, nie tylko przepięknym pomnikiem ku czci wojennych ofiar ale także świątecznym oflagowaniem narodowym zaświadczyło o trwaniu przy biało – czerwonej. Borzyszkowy to kościół i tragiczny Józef Gierszewski, dziś (przez niektórych) opluwany „major Ryś”. Z wnukiem mjr Gierszewskiego, Grześkiem chodziłem do jednej klasy bytowskiego ogólniaka. Składając kwiaty na mogile „Rysia” pomyślałem o innym niesłusznie szkalowanym majorze, co ciekawe, jego nazwisko jest obecne w miejscowej tradycji w osobie historycznej postaci tutejszego proboszcza ks. Sucharskiego. Na chwilę odłączyłem się od grupy uczestników Spotkań. Poszedłem obejrzeć właz od czołgu, który swego czasu przykrywał studzienkę odpływową. Widziałem go w lutym 2006 r podczas objazdu terenów przy dawnej granicy polsko – niemieckiej. Miał pochodzić od amerykańskiego czołgu których sporo było w Armii Czerwonej. Kto wie może był z któregoś tanka zniszczonego przez Niemców w 1945 r. pod Upiłką lub gdzieś pod Borzyszkowami? Niestety okazało się, że włazu już nie było, ktoś go ukradł. Studzienkę przykryto klapą z desek. Tak oto kolejna pamiątka historyczna zniknęła. Pewnie stało się to za przyczyną pazernych złomiarzy lub egoistycznych hobbystów. Szkoda, że włazu nie upilnowano, wystarczyło tylko lepiej go przytwierdzić do podłoża.

Borzyszkowy to także pomnik – krzyż na Piaszczatej przypomina o męczeństwie Gochów. To tu zwróciłem uwagę, że młodzież z powagą i zrozumieniem odnosi się do miejscowej i narodowej tradycji. Nie było ironicznych uśmiechów, znużenia, lekceważenia, typowych objawów obojętności tak często spotykanych wśród młodych. Czuło się już ich pełne zaangażowanie w wcześniej prezentowanym przedstawieniu o dawnej szkole, podczas koncertu skrzypcowego w kościele w Tuchomiu, tak było też w Borzyszkowach na Piaszczatej i później w szkole w Brzeźnie Szlacheckim. Występy dzieci w gimnazjum w Brzeźnie Szlacheckim to nie było tylko piękno mowy kaszubskiej, wspaniale odśpiewany „Kaszubski hymn”, stroje, i poezja, był tam też Jan III Sobieski, który patrzył na wszystkich z rozwiniętego sztandaru szkoły. Jan III Sobieski, król Polski, zwycięzca. Czyż może być lepszy patron na Gochach? Roman Drzeżdżon w broszurce „ Klëka albo kaszubskie ABC” (wyd. Region Gdynia 2007) na str. 20 napisał: „… Przez lata „Kaszëbsczi marsz” był oficjalnie popierany przez władze i do dziś starsze pokolenie Kaszubów uznaje go za kaszubski hymn. Działacze akcentujący odrębność Kaszubów uznają, za hymn pieśń Jana Trepczyka „Zemia rodnô”. Natomiast odrzucają tekst Derdowskiego, któremu zarzucają brak kaszubskiego ducha. Uważają, że takie wersy jak np. „Pòlskô wiara, pòlskô mòwa, nigdë nie zadżinie” nie przystają do współczesności ponieważ wiara Kaszubów ma wymiar uniwersalny (katolicki), a ich mową ojczystą jest język kaszubski”. Kaszubi z Brzeźna Szlacheckiego w 1683 r. pomogli Sobieskiemu rozgromić turecką nawałę.

W 2007 r. podczas „I Spotkań…” pan Tadeusz Lipski w Brzeźnie Szlacheckim przeprowadził wspaniałą analizę, podkreślając nadrzędne wartości utworu „ Kaszëbsczi marsz” i zwycięsko udowodnił, że utwór ten jest pełnowartościowym hymnem. Niestety książeczkę Romana Drzeżdżon czytają i czytać będą osoby postronne nie znające tematu i na pewno uwierzą, że tekst Derdowskiego jest bez (jak wspomniano) „kaszubskiego ducha”.

Osobiście uważam, że argumenty przytoczone w książeczce mówiące, że pewne wersy nie przystają do współczesności są niedorzeczne. Dąbrowski nie maszeruje już z Włoch, nie trzeba nam przechodzić Wisły, Warty, pływać przez morze, odbierać wolność szablą. To wszystko historia. Ale żaden Polak nie zakwestionuje „Mazurka Dąbrowskiego” jako hymnu polskiego. Brak tolerancji wśród zaborców oraz ogromna patriotyczna rola kościoła katolickiego spowodowała, że wiarę katolicką utożsamiano z polskością. Tak było na wschodzie gdzie „ każdy katolik to Polak” i taki trend był w zdominowanym przez ewangelików zaborze pruskim. Katolicyzm jako „ polska wiara” był i jest elementem nie tylko tradycji ale i pamiątką narodowego cierpienia. Poprzez wierny lud, kościoły i liczne kapliczki jest widoczny i utożsamiany z polskością, dlatego idealnie pasuje do słów hymnu jako „Pòlskô wiara”. Wypada przypominać, że to nie inna tylko katolicka procesja spod Borowego Młyna rozpoczęła walkę o prawo powrotu Gochów do Polski. Negujących hymn Derdowskiego razi określenie „pòlskô mòwa”. No cóż, Polak jak się dobrze wsłucha zrozumie kaszubski, Niemiec nie. Nic więc dziwnego, że już w XIX w. Derdowski utożsamiał mowę kaszubską z polskością. Natomiast trudno zrozumieć dlaczego kwestionujący jego hymn jednocześnie przyznają, że jest on uznawany za takowy przez starsze pokolenie Kaszubów. Czyżby odczucia tego pokolenia się nie liczyły? Jeśli tak, to swoista to demokracja.

Kaszuby to klejnot który świeci w polskiej koronie, jak się go z niej wyrwie przestanie świecić, a i korona stanie się uboższa. Młodzież Gochów jest gwarantem, że klejnot w koronie pozostanie.
To zrozumiałem na Gochach. Czas spędzony na Gochach utwierdził mnie w przekonaniu, iż to tu najlepiej poznawać prawdę o polsko-niemieckim pograniczu. Bo czyż nie pięknie dla polskiego ucha brzmi przewijające się niemal w każdym zakątku nazwisko Żmuda – Trzebiatowski. O czym można było się przekonać z wystąpienia Zdzisława Żmuda- Trzebiatowskiego.

Duchem „I Spotkań…” był ich główny organizator Zbigniew Talewski z Fundacji „Naji Gòchё”, tak jak Trzebiatowskich tak i Jego na Gochach wszędzie pełno. To dzięki niemu wrażeń było moc. Nic więc dziwnego, że końcowy wieczorny program artystyczny stał się dla wszystkich doskonałą zabawą, której apogeum przypadł na występ ukraińskiego zespołu (rodowitych bytowianek) sióstr Bułka, gdy przy ukraińskiej muzyce bawić zaczęła się kaszubska brać. I chyba to jest największe przesłanie „I Spotkań…”.

Gochy są nasze, wspólne. Z tym przekonaniem wróciłem do Drawna i już myślę jak i gdzie tu na zachodnich kresach wkomponować tablicę z rodłem i „Prawdami Polaków” bo:
„Tam gdze Wisła òd Krakòwa
W pòlsczé mòrze płënie,
Pòlskô wiara, pòlsko mòwa
Nigdë nie zadżinie”.

Wspominał: Andrzej Szutowicz