Kilka słów o książce „Chojnice 1939″*

W księgarniach nakładem Wydawnictwa Bellona ukazała się książka, która – sądząc po tytule „Chojnice 1939” – powinna nie tylko podsumować i uzupełnić wiedzę, ale i sprostować niektóre informacje o walkach w rejonie Chojnic. Autorzy – Andrzej Lorbiecki i Marcin Wałdoch poświęcili w niej dużo miejsca Straży Granicznej. Niestety, po zapoznaniu się z treścią tej pozycji nadzieja, że w końcu ktoś w miarę rzetelnie przedstawił udział w walkach 1-go września 1939 r. komisariatów Komendy Obwodu (Inspektoratu Okręgowego) SG Chojnice znajdujących się na kaszubskich Gochach okazała się złudna. Już po przeanalizowaniu trzech stron dotyczących tego terenu, okazuje się, że takiej próby nie podjęto i niemal wszystko, co dotąd budziło wątpliwości w działaniach strażników granicznych, nie zostało wyjaśnione, a jedynie niemal bezkrytycznie powtórzone na podstawie znanych już źródeł. Wiadomym jest, że ten drobny wycinek ówczesnych zmagań nie miał decydującego znaczenia dla opisanych działań i, gdyby został jedynie wspomniany, nie wpłynęłoby to poważnie na stronę merytoryczną pracy. Oczywiście pominąć go nie można, gdyż Komisariat SG Konarzyny był organicznym elementem Zgrupowania „Chojnice”. Ale jeśli już podjęto się przedstawić tę tematykę szerzej, to należało to zrobić rzetelnie, tym bardziej, że dokumentów opisujących te wydarzenia jest mało. Książka nie wyjaśnia pewnych wątpliwości nazewniczych, gdyż brak jest w niej definitywnej odpowiedzi na to, czy GO „Czersk” to Grupa Operacyjna, Grupa Osłony czy Grupa Osłonowa. Wydaje się, że stosowane określenie Grupa Operacyjna jest raczej zwyczajowe. Podobnie autorzy użyli nazwy Komisariat Lipnica, a w 1939 r. dzisiejsza Lipnica nazywała się Lipienice, stąd był to Komisariat SG Lipienice. Nie wyjaśniono przekonywująco również kwestii stopni strażników granicznych; gdyby tak było, że wszyscy mieli już wprowadzone stopnie wojskowe, to prezydent Kaczyński zamordowanych strażników granicznych na Wschodzie awansowałby na wyższe stopnie wojskowe lub na wojskowo brzmiące SG, tymczasem awanse dla niektórych zamordowanych wiązały się z nadaniem stopni wojskowych, a dla innych – z nadaniem stopni Straży Granicznej. Mimo że przed wojną nastąpiły regulacje prawne odnośnie stopni, galimatias w tym zakresie jest duży, także w dokumentach, co widać w wielu innych publikacjach dotyczących Straży Granicznej. Sprawy te wymagają jaśniejszego i konkretnego przedstawienia, gdyż wielu strażników posiadało niskie stopnie SG, a wysokie wojskowe – w tym oficerskie, stąd nie mogli z chwilą wojny nosić niższych rang wojskowych przypisanych do aktualnego stopnia w SG. Co ciekawe, dowódca Zgrupowania „Chojnice” pułkownik Tadeusz Majewski podporządkowanego sobie komendanta Komisariatu SG Konarzyny – Piotra Marciniaka, tytułował według jego stopnia w SG, czyli komisarzem, a był on porucznikiem rezerwy Wojska Polskiego. Mimo że tyle lat minęło od zakończenia wojny, problemy nazewnicze są nadal bolączką naszej historiografii i nie dotyczą tylko interpretacji skrótów typu GO. Bardzo często korzystający ze źródeł, chcąc rzetelnie je przestudiować, tracą wiele czasu na sprawdzanie tego, co już sprawdzane być nie powinno. Na przykład (nie dotyczy książki), czy w odniesieniu do SG prawidłowa jest nazwa „pluton wsparcia” czy „pluton wzmocnienia”? Tu nasuwa się ogólny wniosek, że przydałaby się porządkująca ten problem „ errata nazewnictwa”, która na pewno pomocna byłaby dla miłośników historii i hobbystów…

Komisariat StraÄ-Ä-y Granicznej Konarzyny. WÄ-â  .Jacek PLAKNiestety obecna wiedza o działaniach Straży Granicznej w rejonie Konarzyn jest bardziej legendarna niż merytoryczna i omawiana tu książka tej wiedzy ani nie poszerza, ani nie porządkuje. W „Chojnicach 1939” powielany jest pogląd, że walki w rejonie Konarzyn trwały do godziny 10-tej, tymczasem autorzy przedstawiają jedynie samotny ostrzał strażnika Tomasza Musiała i chaotyczny obudzonego strażnika Rozmarynowskiego. Patrząc na dzisiejsze Konarzyny, nie widzimy w nich śladów tamtych walk. Nie można jedynie wykluczyć wspomnianych pojedynczych strzałów strażnika Musiała, który być może spowodował, że Niemcy wstrzymali się od czołowego wejścia do wsi i ją obeszli, co też nie jest pewne, gdyż manewr obejścia mógł być uprzednio zaplanowany i obok osaczenia Komisariatu Konarzyny miał na celu szybkie zneutralizowanie Placówki SG I Linii Babilon. Ponadto wspomniany strażnik Rozmarynowski jako emeryt nie był już w służbie czynnej; w Konarzynach nie było kompanii wzmocnienia, a jedynie przydzielony do komisariatu pluton wzmocnienia rekrutujący się z pododdziałów Obrony Narodowej. Całość sił porównywalna była z kompanią (stąd stosowana nazwa kompania „Konarzyny”). Stan osobowy Komisariatu SG Konarzyny i pluton wzmocnienia nie wycofał się do Swornegaci rano 01.09.1939 r. Zrobiono to znacznie wcześniej, gdyż komendant komisariatu kom./por. Piotr Marciniak musiał wykonać rozkaz dowódcy płk. Majewskiego, który otrzymał w dn. 28.08.1939 r. Co ciekawe, w rozkazie tym płk Tadeusz Majewski używa nazwy Grupa Osłony Czersk. Ponieważ komisarz Piotr Marciniak przyszedł do Konarzyn tuż przed wybuchem wojny ok. 18.08.1939 r., to nie zdołał poznać podległego sobie terenu. Z drugiej strony dziwi wyznaczenie nowego komendanta w sytuacji bezpośredniego zagrożenia państwa, tym bardziej, że poprzedni wieloletni komendant kom./kpt. rez. Kazimierz Kociatkiewicz znał rejon Konarzyn doskonale, a i wojskowo należał do najbardziej intensywnie szkolonych komisarzy SG. Por. rez. Marciniak w Wielkiej Wojnie służył w armii niemieckiej, był odznaczonym Krzyżem Żelaznym II kl., frontowcem, działał w Polskiej Organizacji Wojskowej, od stycznia 1919 r. – 12.03.1921 r. służył w WP, walczył o granice. W Straży Granicznej przeszedł kurs wywiadu i solidne przeszkolenie sportowe. Po analizie jego drogi życiowej sądzić można, że był bardziej oficerem wywiadu, niż dowódcą. Mając mało czasu, skupił się na zasadniczym celu zadania, który było mu najłatwiej wykonać, czyli na przygotowaniu obrony w rejonie przepraw Swornegacie i Małe Swornegacie, w tym na zaminowaniu mostu w Swornegaciach. Reasumując, zasadnicze siły Komisariatu Konarzyny w dniu 01.09.1939 r. były w Swornegaciach, natomiast na placówkach pozostali tylko wyznaczeni do pełnienia służby na punktach obserwacyjnych (najczęściej jeden strażnik plus dwóch żołnierzy ON). Taki system ochrony granicy wprowadzono z chwilą zagrożenia wojennego, tj. zrezygnowano z patrolowania granicy i ograniczono się do jej obserwacji z punktów. Potwierdzenie tezy o wcześniejszym opuszczeniu posterunków komisariatu uzyskamy po przeanalizowaniu podanych przez autorów przedziałów czasowych i pominiętym przez nich epizodzie związanym z poranną mszą świętą w Swornegaciach, która według W. Stanisłąwskiego, była odprawiana tuż przed albo w trakcie wysadzenia mostu. Autorzy nie wyjaśniają przebiegu walk przy tej przeprawie, nie opisują chaotycznego i pośpiesznego wysadzenia mostu, co kosztowało życie jednej osoby cywilnej (ciężko ranna zmarła po kilku dniach), a strażnikom uciekającym z posterunków (którzy pełnili służbę) odcięło drogę odwrotu. Nie opisują obrony w tym rejonie, gdzie (co autorzy przyznają) z całą pewnością po obu stronach byli polegli. Przemilczano kwestię porzuconej dokumentacji wywiadowczej, która dostała się w ręce niemieckie. Potem na jej podstawie wszczęto poszukiwania współpracowników Straży Granicznej z rejonu Konarzyn, co dla wielu z nich skończyło się śmiercią. Autorzy poszerzyli zakres przekazywanej wiedzy i wyszli niejako poza Zgrupowanie „Chojnice”, gdyż poświęcili nieco miejsca pozostałym dwóm komisariatom SG na Gochach, które miały inną podległość służbową. Niestety, czy zgodnie z przyjętą koncepcją książki, czy celowo bądź z braku wiedzy na ten temat, zbagatelizowano ich działania, w tym ewakuację m. Lipnice. Nie wspomniano nic o wysadzeniu mostu w Upiłce i potyczce nad rzeką Zbrzyca, gdzie zginął na polu chwały starszy strażnik Antoni Mikołajczak, dowódca Placówki II Linii Lipienice, który w tabeli na str. 24. jako jedyny dowódca palcówki Komisariatu SG Lipienice nie został z nazwiska wymieniony. Autorzy nie wspominają też o tragicznej obronie strażników w Skoszewie, którą dwóch z nich przypłaciło życiem (wg W. Stanisławskiego byli to strażnicy graniczni Leszczułowski i Koziarski, jednak nazwiska te wymagają sprawdzenia). Ponadto wymieniony jako komendant Komisariatu SG Lipienice kom. Ludwik Weigel nie był nim 01.09.1939 r. Od czerwca 1939 r. był nim aspirant Kazimierz Bielecki; wymieniony w książce komendant Komisariatu SG Brzeźno Szlacheckie, Czesław Chludziński, też nie był na Gochach, tylko na Węgierskiej Górce jako dowódca schronu „Wąwóz”. Strażnik Tomasz Musiał (ur. 20.11.1897 r.) z Komisariatu SG Konarzyny nie zginął, jak napisali autorzy, w 1939 r. Musiał i inni rozproszeni strażnicy z żołnierzami ON przeszli przez Brdę. Potem było Świecie i dramatyczna przeprawa przez Wisłę. Gdy będąc w łódce przewoźnika, pokonywał Wisłę, nadleciały nieprzyjacielskie samoloty. Atak był celny, trafiona została łódź, Tomasz Musiał został ranny w głowę i rękę, na szczęście w porę wyciągnięto go z wody. Rannego strażnika opatrzono w Chełmnie, okazało się, że może iść dalej. W Kutnie trafił do szpitala. Do niewoli dostał się na trasie Toruń – Warszawa. (Według jednej z wersji po przeprawie trafił do szpitala w Toruniu, tam opatrzono mu rany i podobno brał udział w obronie Warszawy). Osadzono go w Stalagu II B Hammerstein (Czarne). Potem przewieziony został do aresztu śledczego w Chojnicach, a stąd do fortów toruńskich. W końcu września jego żona z trójką dzieci powróciła do Konarzyn. By przeżyć, ciężko pracowała. Zły stan zdrowia spowodował, że Tomasz Musiał w 1942 r. został zwolniony do domu, a faktycznie trafił na roboty przymusowe do bauera, codziennie wielokrotnie musiał się zgłaszać na posterunek policji. Ponownie aresztowany przepadł bez wieści. Po walkach w Swornegaciach siły ON i strażników granicznych uległy rozproszeniu. Komendant Piotr Marciniak przedostał się z małą grupką swoich podoficerów do ośrodka w Rawie Ruskiej, został dowódcą 3 kompanii w batalionie cyklistów ppłk. Karola Bacza (dzisiejszy patron Morskiego Oddziału Straży Granicznej w Gdańsku). Walczył pod Kamionką Strumiłową i Rawą Ruską. I tu ciekawostka – w tej samej bitwie brał udział urodzony w Prądzonie, a pochowany na przykościelnym cmentarzu w Borzyszkowach por. Józef Gierszewski ps. „mjr Ryś”, późniejszy „komendant wojskowy TOW Gryf Pomorski”. Marciniak do niewoli dostał się 25.09.1939 r. w okolicy stacji kolejowej Zielona koło Buska (w rej. Lwowa). Zginął najprawdopodobniej w obozie zagłady, inne źródła podają, że na Wschodzie, lecz na znanych listach rozstrzelanych nie widnieje. Ogólnie spośród strażników związanych z Konarzynami wojny także nie przeżyli: zastępca komendanta, starszy przodownik SG Ignacy Markowski (zamordowany został 15.12.1944 w Mauthausen), przodownik SG Nikodem Janiak z Placówki I Linii Konarzyny (29.08.1898 – 18.04.1941 KL Mauthausen), przodownik SG Leon Przybysz z Babilonu, Stanisław Poprawa (zamordowany 18 stycznia 1945 w Radogoszczy) również z Placówki I Linii Babilon. Zaginęli bez wieści w 1939 r. strażnicy SG i podchorążowie rezerwy WP Tadeusz Cieślak i Władysław Wersztajn – najprawdopodobniej zginęli na polu chwały. Jeden z nich mógł zginąć w Swornegaciach lub przy siedzibie placówki w Babilonie. Ponadto wspomniany były komendant Kazimierz Kociatkiewicz zamordowany został w Katyniu (pośmiertnie awansowany przez Pana Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na stopień majora WP), a emerytowany przodownik SG Ludwik Urbaniak zginął w marszu śmierci KL Stutthof w 1945 r. W marszu tym uczestniczył także więzień tego obozu Franciszek Golis, który nie był – jak napisano – przodownikiem i dowódcą Placówki I Linii SG Kiełpin Szosa. Posiadał on stopień strażnika lub starszego strażnika i był przewodnikiem psa, dowódcą tej placówki był najprawdopodobniej pochodzący z miejscowości Rytel st. str. Kosiedowski Bolesław (ur.01.11.1899 r.), który zajmował to stanowisko od 1938 r. Odnośnie Straży Granicznej na Gochach, przyczyną wystąpienia w książce tylu błędów jest bezkrytyczne oparcie się jej autorów na zamieszczonych w „Zbliżeniach” artykułach z lat 1982/ 1983 Władysława Stanisławskiego pt. „Historia płonącego pogranicza”. Cykl ten w sposób ciekawy przedstawił atmosferę panującą na ówczesnym pograniczu, niestety oparty był głównie na relacjach uczestników tych zdarzeń i świadków, a że spisany był ponad 40 lat od wybuchu wojny, stąd wiele w nim sprzeczności, niedomówień i przeinaczeń. Tak więc praca W. Stanisławskiego wymaga weryfikacji i porównań z dokumentami, a tych nawiązujących do 1939 r. jest mało. Niepozbawione błędów jest także będące źródłem opracowanie kpt. Stanisława Rosta „Straż Graniczna w walkach o Chojnice w 1939 r.” (WPH nr 3/1989). Jesienią 2012 r. w miejscowości Swornegacie odbyły się organizowane przez Fundację Naji Gochë z Borowego Młyna kolejne „Spotkania na Gochach”, które tradycyjnie miały formę konferencji regionalnej. Poświęcone były Straży Granicznej na tym „cyplu” Kaszub. Podczas spotkania zwiedzano nie tylko miejsca, gdzie znajdowały się placówki komisariatów Konarzyny, Lipienice i Brzeźno Szlacheckie, ale także dzielono się wiedzą na temat walk obronnych i tragedii z nimi związanych. Wypracowane wówczas wnioski sprostowały pewne niedomówienia i fałszywe przekazy dotyczące tego tematu i na ich bazie powstały publikacje w Dzienniku Bałtyckim, Merkuriuszu Człuchowskim i Biuletynie CSSG. Inne czekają na wydrukowanie. Należy żałować, że autorzy książki nie natrafili na dorobek tych „Spotkań”. Argument, że była to mało znacząca konferencja nie wchodzi w rachubę, gdyż uczestniczył w niej wicestarosta powiatu chojnickiego Przemysław Biesek-Talewski, były poseł PIS Piotr Stanke i historycy tej rangi co dr Marian Fryda, Wiktor Zybajło czy ppłk SG dr Wojciech Grobelski. Autorzy książki najprawdopodobniej nie natrafili na źródła niemieckie, stąd brak jest w niej niemieckiego spojrzenia na walki na Gochach. Otóż takie źródło istnieje, jest to relacja działań jedynej jednostki niemieckiej, która wtargnęła na Gochy we wrześniu 1939 r.; był to 32 Grenzwache Regiment von Bothmer. Pozycja ta nosi tytuł „Das verstärkte Grenzwacht-Regiment Freiherr von Bothmer im Polen-Feldzug 1939 von einem Mitkämpfer. Verlag Bütower Anzeiger, Bütow in Pommern o.J. Bütower Anzeiger, 1940”. Najprawdopodobniej jej autorem był sam dowódca pułku ppłk Karl baron von Bothmer (całkowicie w książce pominięty). Odnotowano w niej, że: „…1 września o 4:45 z uprzednio zajętych pozycji bataliony przekroczyły granice Polski. Celem ataku był Cypel Brzeźniowski (niem. Briesener Zipfel), który jako część ówczesnej Polski, głęboko wcisnął się w okolicy Miastka w niemieckie terytorium. Zadaniem pierwszego dnia wojny było odcięcie na linii jezior i rzeki znajdujących się tam sił polskich. Linia ta biegła od Jeziora Somińskiego, a kończyła na południu na Jeziorze Charzykowskim. Na północy zamierzone cele zostały osiągnięte bez walki do godzin południowych. Okazało się później, że przez błędny wywiad nie wiedzieliśmy, iż siły polskie były skoncentrowane na południe od Bytowa, gdzie rozmyślnie rozmieszczono je w kilku granicznych punktach. Dla Polaków ich ostatnie położenie było ryzykowne i w konsekwencji „Cypel” został opuszczony. Tylko batalion „Schleyer” (batalion nazwany od nazwiska dowódcy nadszedł z kierunku Korne – Konarzyny”) w godzinach południowych na zachód od Swornegaci stoczył walkę z kontratakującymi oddziałami, które atakowały tam, gdzie jest przejście przez Brdę. To pierwsze zwycięstwo zostało Pododdzia- Strazy Gricznej IG Chojnice na Gochach.W-asno--.Jacek Plakwywalczone bez znacznych strat po stronnie batalionu. Na zdobytym obszarze i po naprawieniu mostów przez saperów pułk w ciągu 3 dni parł naprzód, przełamując w walce linie obrony. Potem rozpoczął się jednodniowy marsz na północny-zachód w kierunku Kościerzyny …”. Jak widać, autor wolał się nie skupiać na szczegółach, bo w przypadku von Bothmera nie zawsze mogły one być pozytywne dla jego wizerunku. Ten agresor na Gochy z 1939 r. został w 1947 r. rozstrzelany w Jugosławii jako zbrodniarz wojenny. Przedstawiona relacja (tłum. Marian Twardowski) obala także utrwalony pogląd jakoby 16 pułk ułanów przez swą aktywność zatrzymać miał jeden z batalionów tego niemieckiego pułku i zmusić go do powrotu na pozycje wyjściowe. Tymczasem 16 p.uł. nikogo nie zatrzymał, tylko zwinął obronę przeprawy na rz. Zbrzyca w m. Laska, czym naraził na śmiertelne niebezpieczeństwo maszerujące w jej kierunku pododdziały komisariatów Lipienice i Brzeźno. Nic dziwnego, że pasjonaci historii ułanów 16- tki ten epizod całkowicie ignorują, bo świadczy on bardziej o tchórzostwie niż nierozwadze. Strat będących wynikiem tego czynu, jak dotąd, nie zbilansowano, na pewno był to główny powód rozproszenia nie tylko strażników granicznych. Dla wielu z nich skończyło się to niewolą, dla innych cierpieniem, a dla dowódcy Placówki II Linii Lipienice – utratą życia. Są przesłanki ku temu, by twierdzić, że ofiar śmiertelnych było więcej. Wniosek ten jest efektem rekonesansu w terenie z 2013 r. Jednym z jego uczestników był pochodzący ze Skoszewa emerytowany nauczyciel z Lipnicy Czesław Cyra, dzięki któremu zrewidowany został obraz pierwszych godzin wojny w Skoszewie. Na pewno pozytywnym walorem książki jest wielowątkowe przedstawienie działania 18 pułku ułanów pomorskich. Zaprezentowano wiele relacji, lecz brak jest do nich komentarza i własnych interpretacji. Czytając rozdział o 18 pułku ułanów, ma się wrażenie, że autorzy wiedząc, iż tylko trzech lub czterech (inne źródła podają jedenastu) żołnierzy niemieckich zostało rannych, jakby obawiają się powiedzieć czytelnikowi jasno: pod Krojantami nikt z Niemców nie zginął. Przy stratach własnych 25 ułanów tragizmu tej szarży nawet legenda nie obroni. Książka nie wystawia też oceny negatywnej dowódcy pułku płk. Mastalerzowi za wręcz karygodne pozostawienie na głównych pozycjach walczącego pułku i udanie się ku śmierci z grupą manewrową. Do tej pory badacze tej szarży zastanawiają się, dlaczego to zrobił. Broniący Mastalerza wspierają się regulaminami, inni nawet podają argument, że ze względu na pogmatwane życie osobiste chciał zginąć. Przyczyna może być inna, płk Mastalerz pułk objął ceremonialnie 20.08.1939 r. i, podobnie jak komisarz Piotr Marciniak Komisariatu SG Konarzyny, nie zdążył go poznać. Stąd najprawdopodobniej nie miał pełnego zaufania do podwładnych, co spowodowało potrzebę nadzorowania wykonywanego przez nich zadania. Zamiana dowódcy pułku była działaniem kumoterskim gen. Grzmot- Skotnickiego, który by ściągnąć pod swoje rozkazy dawnego towarzysza broni, wykorzystał kłopoty zdrowotne aktualnego dowódcy płk. Tadeusza Kurnatowskiego, osoby szanowanej, znającej pułk i teren, na którym miał działać. Do tej pory odczytywane jest to jako poniżenie tego zasłużonego oficera. Los ze wszystkimi obszedł się okrutnie. Gen. Grzmot-Skotnicki zostawił znajdujących się w beznadziejnej sytuacji swoich żołnierzy i udał się do dowódcy armii po nowe stanowisko. Walczył w bitwie nad Bzurą, śmiertelnie ranny, zmarł w niemieckim lazarecie. Śmierć płk. Mastalerza pośrednio uśmierciła także pułk. Pułkownik Kurnatowski zmarł 28.09.1939 r. po tym, jak w ciągłym zagrożeniu przez wschodniego agresora doprowadził na Węgry dowodzony przez siebie Ośrodek Zapasowy Podolskiej Brygady Kawalerii, dzięki czemu ocalił życie wielu oficerom. Niestety nie uwypuklono w tym rozdziale genezy przyszłej tragedii 18 pułku ułanów, którą była słabość znajdującej się z lewej strony pozycji pułku kompanii SG, to ona – szybko ulegając naporowi nieprzyjaciela (przeciwnika), przedwcześnie zmusiła płk. Mastalerza do stopniowego wycofywania się na następne pozycje. Ostatecznie skończyło się to dla pułku fatalnie. W tym świetle defilada w Tucholi pododdziału SG kpt. Kraffta ma inny wymiar. Dlatego nie ma sensu delektować się opinią Guderiana, bo Polacy przeżyli tragedię, a Niemcy tylko stres. Atak polskich ułanów spowolnił działania niemieckie, lecz ich nie zatrzymał, na pewno nie zatrzymał 76 pp (zmot.), na który szarżował, gdyż ten po zajęciu m. Krojanty najprawdopodobniej wykonał swoje zadanie dnia. Natomiast, co autorzy potwierdzają, jeszcze po godz. 21-ej (szarża była ok. 19.00) inne niemieckie pododdziały 2 batalionu 69 pp (zmot.) skutecznie natarły na pozycje 3 szwadronu 18 pułku ułanów, praktycznie go rozbijając. Niefortunny jest też cytat niemiecki ze stron 201. – 202., w którym stwierdza się, że „2 DPZmot na prawym skrzydle nie posunęła się dalej poza pozycje wyjściowe”. Ten bezruch dywizji nie był konsekwencją szarży 18 pułku, tylko twardej obrony wspaniałego 35 pułku piechoty z Brześcia nad Bugiem ppłk dypl. Jana Maliszewskiego. Ciekawostką jest to, że pułk ten był macierzystą jednostką mjr Henryka Sucharskiego. Najważniejszym wnioskiem jest ten, że zasadnicze zadanie zostało wykonane, Niemcy nie osaczyli batalionu ON „Czersk”. Na pewno czytając ten rozdział, regionaliści z kręgu Naji Gochë czują satysfakcję, gdyż zyskali w niej wiele argumentów na poparcie lub zweryfikowanie poglądów zawartych w zaprezentowanym w „Naji Gochë” nr 42 opracowaniu „Płk Kazimierz Mastalerz (1894 – 1939) – życiorys z szarżą w tle”. (http://www.najigoche.kaszuby.pl/artykul/artykul=976,plk-kazimierz-mastalerz-1894-1939-zyciorys-z-szarza-w-tle/). Nie ulega wątpliwości, że książkę „Chojnice 1939” warto polecać i zachęcać do czytania, u każdego interesującego się tematem walk we wrześniu 1939 r. GO Czersk wywoła ona pozytywne emocje i dostarczy niezbędnej wiedzy na ukształtowanie swoich poglądów.

Andrzej Szutowicz Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie Oddział Konarzyny

*Andrzej Lorbiecki, Marcin Wałdoch „Chojnice 1939”. Wyd. Bellona. Warszawa 2014 r.


Na recenzję odpowiedzieli autorzy książki: odp autorów.

Tutaj też kolejna odpowiedź pana Szutowicza: odp recenzenta.