Na wrześniowiej wojnie w 3 batalionie saperów wileńskich

Wprowadzenie*** 

20, 21 września 1939 r. doszło pod Kamionką Strumiłową (w II RP; woj. Tarnopol, 6,5 tyś mieszkańców) do zapomnianej dziś bitwy. Było to 3 dni po wejściu Armii Czerwonej na teren polskich Kresów Wschodnich. Siły radzieckie podchodziły już pod Kamionkę. Znajdujący się w tym rejonie polska Grupa Operacyjna Dubno (d-ca płk Stefan Hanka – Kulesza) zamierzała przejść w kierunku granicy rumuńskiej. Ponieważ uznano, że Polska nie jest w stanie wojny z ZSRR postanowiono uderzyć na blokujące Polaków siły niemieckie (44 niem. DP, inne źródła podają 4 Dyw. Lekka). Wola przebicia się była ogromna. Jednak pierwsze uderzenie nie powiodło się, ponowiono natarcie,które tym razem było skuteczne. Linie niemieckie zostały rozerwane, droga na południe otwarta. W zasadzie typowy dla Kampanii Wrześniowej przypadek, który może dlatego trudny jest do uchwycenia. Tymczasem wydaje się, że w bój pod Kamionką Strumiłową znacznie zaangażowani byli saperzy, co oznaczać może konieczność wprowadzenia pewnych korekt w dzieje tej bitwy. Na pewno pod Kamionką znalazł się batalion radiotechniczny, który gdzieś po drodze wszedł w skład improwizowanego Oddziału Zmotoryzowanego. Drugim pododdziałem saperów był 3 batalion saperów wileńskich lub jego kompanie. Jednak o tym fakcie źródła milczą. Tak się złożyło, że o udziale batalionu w bitwie napisał w swoich wspomnieniach były mieszkaniec Stargardu Szcz. śp Andrzej Kiewlicz. Przytoczone epizody oraz osoba autora bezspornie potwierdzają autentyczność relacji. Andrzej Kiewlicz był miłośnikiem polskich kresów z których pochodził. Współzałożycielem koła Towarzystwa Miłośników Grodna i Wilna w Stargardzie Szcz. Nestorem turystyki polskiej, na stałe związanym z kołem PTTK węzła PKP Stargard Szcz. Lubił poezję, nie tylko wspaniale recytował ale także pisał wiersze. Był głęboko wierzącym i temu także dał świadectwo w wspomnianych wspomnieniach. Co najważniejsze, czuł się przede wszystkim saperem. Niestety nieszczęśliwym saperem. Mimo, że brał udział jako saper w kampanii 1939 roku, forsował Nysę Łużycką w 1945 r. nie został dostrzeżony przez jednostki saperskie do których wytrwale, wielokrotnie, osobiście i listownie zwracał się z prośba o kontakt. Bez rezultatu. Nie był zapraszany na spotkania, akademie, rozprowadzenia. Niniejsze wspomnienie, które spisał i przekazał w 1996 r. „młodym saperom” omal nie wylądowało w koszu. Wyciągnięto je z pliku papierów przeznaczonych do zniszczenia w jednostce saperskiej odznaczonej za forsowanie Odry Orderem Virtuti Militari. Co świadczy, że do niej też swego czasu „zapukał”.

Wspomnienia kpr. Andrzeja Kiewlicza z wojny 1939 r.

Pierwsze dni wojny 1939 r. w Wilnie

Alarm poderwał wszystkich na nogi. Śpieszę się, pakuję do plecaka wszystko co żołnierz ma i dopinając guziki z kolegami biegnę na plac koszarowy, ustawiamy się dwójkami – na zbiórce.

W trzecim batalionie saperów wileńskich wstawał jasny, pogodny dzień 1-go września 1939 roku. Na placu z całym „naczalstwem” czekał dowódca naszej kompanii kpt. Wacław Głowacki. Padły krótkie komendy: „BACZNOŚĆ, KOLEJNO ODLICZ” i wsłuchaliśmy się w słowa dowódcy: „Żołnierze dziś o godz. 4.45 rozpoczęła się wojna! Niemcy napadli na Polskę„. Wielu mechanicznie spojrzało na zegarki, dochodziła 5.30.Od tej pory czas biegł szybko.

Jako kapral d-ca drużyny kompanii szkolnej zostałem włączony w tok przyjmowania i mundurowania napływającej rezerwy. W trakcie tych czynności zostałem wezwany do dowódcy batalionu ppłk. Wacława Damrosz, który oświadczył iż wie, że jestem ze wsi i znam się na koniach dlatego kieruje mnie z paroma saperami do miasteczka po zakup niezbędnych koni do taboru. Otrzymałem kilka tysięcy złotych i po niemałych kłopotach kupując 16 koni rozkaz wykonałem.

Mimo wielkiego chaosu cała akcja przyjęcia żołnierzy przebiegła dość sprawnie. Z dniem 15 września mieliśmy odchodzić do cywila, a tu okazało się, że nie wiadomo kiedy to nastąpi. Oficjalnie przedłużono nam służbę wojskową do niewiadomego okresu.. Nastrój panował dobry bo myśleliśmy, że wojna długo nie potrwa.

W eszelonie

Po załadunku batalionu na pociąg (trzy kompanie), 7 września wieczorem wyjechaliśmy z Wilna. Pierwszym docelowym punktem miał być Brześć. Ponieważ odkryły nas samoloty niemieckie i istniała obawa nalotów bombowych, na noc zatrzymaliśmy się w lesie gdzieś w okolicach Czeremchy. Do ataku samolotów nie doszło. Na drugi dzień około południa, gdy zbliżaliśmy się do Brześcia, nadleciało ich kilka. Rzucali bomby i ostrzeliwali nas z karabinów maszynowych. Wszyscy żołnierze opuszczali wagony i kładli się na nasypach torowisk.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem charakterystyczny gwizd spadających bomb i huk ich wybuchów. Większość z nas położyła się na plecach i obserwowała krążące samoloty. Widać było jak bomby błyszcząc w promieniach słońca z gwizdem spadały w naszym kierunku i wtedy przewracaliśmy się brzuchem do ziemi. Z trwogą oczekiwaliśmy na ich detonacje. Na szczęście spadały niecelne i nie wyrządzały nam szkód. Rannych zostało jednak paru żołnierzy i to tych którzy odbiegli dalej od torów. Na przedmieściu Brześcia staliśmy cały dzień i mieliśmy możliwość wejścia do zbombardowanego miasta. Tego rodzaju obrazy zobaczyliśmy po raz pierwszy. Zwalone i palące się domy przedstawiały straszny widok. Zapamiętałem jeden niesamowity. Na podwórku między domami przygotowano prowizoryczny schron. Niestety trafiła w niego bomba. Porozrywana konstrukcja zmieszała się z ciałami ludzi, a na dachu przybudówki rzucone było rozszarpane dziecko. Widok ten dał nam obraz rzeczywistości wojny. Tam też zobaczyłem i inny obrazek: na wewnętrznej stronie stojącej jeszcze ścianie zbombardowanego domu, wisiał cały dość dużych rozmiarów obraz J. Piłsudskiego. Patrzył na nas swym posępnym wzrokiem.

Naloty w Dubnie

Pojechaliśmy dalej na południe, pod Lwów do Dubna W Dubnie rozładowaliśmy się. Byliśmy tu parę dni, zapoznając się z budową i walorami twierdzy, z której w zasadzie nie korzystaliśmy. Obozowaliśmy przy niej w parku. Tam ponownie przeżyliśmy bombardowania i ostrzał z samolotów. Straty były minimalne tj kilku rannych. W czasie jednego nalotu rozerwała się obok bomba opryskując nas ziemią i ogłuszając hukiem. Wtedy to spotkałem się z paniczną reakcją niektórych żołnierzy. Jeden saper z mej drużyny nie wytrzymał nerwowo, gdy wszyscy padali na ziemię kryjąc się nawet pod zwykłym krzakiem, on nie mógł tego wytrzymać, wstawał i biegł wystawiając się na cel. Paru żołnierzy siłą musiało go trzymać, przygniatając do ziemi.

Kierunek – Kamionka Strumiłowa

Po opuszczeniu Dubna kierowaliśmy się na wschód, gdzie miała być formowana obrona przed Niemcami lub ewakuacja tzw. szosą zaleszczycką do Rumunii. Nie byliśmy już sprzętowo klasyczną jednostką saperską, wszystko zostało w Dubnie, teraz jako piechota szliśmy szosami odpoczywając po wsiach. Dostaliśmy większy przydział amunicji do karabinów i po parę granatów. Pewnej nocy, gdy zmęczeni marszem szliśmy szosą przez las, trawiaste boczne nasypy jakby ożyły rumieniąc się ognikami. Były to robaczki świętojańskie. Utworzyły nam ten widok w momencie gdy idąc w marszu zasypialiśmy.

Świt zastał nas gdy wychodziliśmy z lasu. Podchodziliśmy Bugu, nad nim most, dalej było widać zabudowania, była to Kamionka – Strumiłowa. 

Wychodzących z lasu witał i jakby jednocześnie nas żegnał stojący obok swego sztabu dowódca pułku szwoleżerów płk. Stefan Hanka – Kulesza (w tym czasie dowódca Grupy Dubno przyp. A. Sz.). Na czele kompanii jechał konno kapitan rezerwy, który był już nam znany jako nic nie mający w sobie żołnierza. Siedział na koniu jak męczennik z odparzonymi pośladkami i chyba drzemał. Po przejściu przez most, nie zmieniając szyku doszliśmy do pojedynczych domków przedmieścia Kamionki. Na prawo od szosy było pole z kartoflami, dalej był lasek. Na obrzeżach tego lasku ukazały się samochody ciężarowe. Nie rozpoznano ich z powodu odległości. W pewnym momencie widać było przy nich ruch, ale nikt na to nie reagował. 

Bój

W jednej chwili usłyszeliśmy strzały z karabinu maszynowego i gwizd kul. Kompania zwaliła się do przydrożnych rowów, nie rozpoczynając obrony. Kule karabinów maszynowych wzbiły pył, nie dając się podnieść. Po pierwszym ochłonięciu udało się nam przejść na lewą stronę szosy, która nieco wyższa dawała pewne schronienie. Teraz widzieliśmy, że był to oddział niemiecki. Nasza bierność ośmieliła Niemców, którzy w szybkim tempie ruszyli do ataku. Sytuacja stawała się groźna. W końcu odezwały się polskie karabiny, zmusiły Niemców do położenia się na ziemi. Ja ze swoją drużyną znalazłem się za budynkiem stojącym najbliżej szosy.

Obok węgła drewnianego budynku leżała kupka siana, za którą ułożyłem się zrobiłem podpórkę i zacząłem ostrzeliwać Niemców. Zauważyłem, że pojedynczo przebiegają między dwoma kępkami drzew. Odczekiwałem moment, gdy Niemiec wyskakiwał, brałem go na muszkę i… strzał. Według mojej oceny każdy był celny. Tak powtarzałem najmniej kilka razy. W pewnej chwili obok mnie z prawej strony, zaryła się kula karabinu maszynowego, dotknąłem ją – była gorąca. Jednocześnie jakby mechanicznie przekręciłem się w lewo za węgieł budynku. 

W tym samym momencie od kul niemieckich moja kupka siana poruszyła się i rozprysła. Wtedy uświadomiłem sobie, że ta pierwsza kula była przymiarką do mego strzeleckiego stanowiska. Po odkryciu go został zlikwidowany przez ich obserwatora, ale mnie już tam nie było. Na czole wystąpiły mi kropelki potu, który otarłem z westchnieniem do Boga i Matki Boskiej Ostrobramskiej, której ryngraf (był na piersiach) dostałem od stryja w Wilnie tuż przed opuszczeniem miasta.

W tym czasie zaszły na naszą korzyść nieoczekiwane okoliczności. Otóż z tyłu za nami skryta obrzeżem lasu odezwała się polska artyleria. Strzały były celne, w kolumnie samochodów niemieckich widać było wyraźne zamieszanie. Całkowity chaos nastąpił w chwili gdy pocisk artyleryjski trafił w ich samochód amunicyjny. Olbrzymi huk i rozpryski zgromadzonych tam samochodów świadczyły o celności ognia. To pozwoliło naszej kompanii ochłonąć, padły komendy „bagnet na broń i naprzód do ataku”. Przechodziliśmy szosę i z ogromnym hurra ruszyliśmy do przodu padając od czasu w bruzdy kartofliska (gdyż trwał ostrzał od strony niemieckiej). Ich żołnierze, którzy wyrwali się do przodu, zaczęli uciekać wystawiając się na cel naszym karabinom. Tu wyszedł, nasz niedostatek np. w mojej drużynie miało bagnety tylko 3- ech, 4-ech żołnierzy. Gdy dobiegliśmy do pierwszych zabitych lub rannych Niemców, pierwszym moim odruchem było zdjęcie bagnetów i uzupełniałem nimi mych żołnierzy. W pewnej chwili zauważyłem w przysiadzie Niemca, który miał broń krótką złożoną na ziemi, a w prawej ręce trzymał chusteczkę powtarzając „ich bin oficer, ich bin oficer”. Biegnący obok z lewej strony saper z mojej drużyny wziął go na cel, podbiłem lewą ręką jego karabin i strzał padł w górę. Nakazałem dwóm żołnierzom odprowadzić go na tyły. Strzelałem do każdego Niemca w walce, do poddającego się nie mogłem strzelać tym bardziej, że wiedziałem iż był to oficer. Później widziałem go rozmawiającego z naszym dowództwem. Uciekających przed nami Niemców spotkała inna jednostka także saperska, która przeprawiła się przez Bug. Walka zakończyła się naszym zwycięstwem, gdyż reszta Niemców poddała się i została rozbrojona, do niewoli wzięliśmy 76 –ciu.

Zapamiętane epizody

Oprócz tego parę epizodów utkwiło mi mocno w pamięci.

Z chwilą gdy ruszyliśmy do ataku, z prawej strony obok mnie biegło dwóch młodych podporuczników, jeden z nich został trafiony w oko. Padając, spojrzał jednoocznym niesamowitym wzrokiem. Drugi krzycząc „Romek, Romek!!”. zatrzymał się chwilę przy nim. Zaraz potem szybko z karabinem w ręku dogonił mnie, „kapralu, nie macie trochę amunicji?” – błagalnie zapytał. Ponieważ zawsze starałem się mieć zapas, podałem mu dwa zestawy po 5 sztuk.

Drugi epizod, nastąpił przy kończącej się już bitwie. Zobaczyliśmy pod dużym drzewem leżącego żołnierza niemieckiego. Widać było, że był poważnie ranny, popatrzył na nas i odezwał się po polsku „Bracia, rodacy ja też jestem Polakiem ze Śląska”- zaraz umarł. Staliśmy chwilę oszołomieni – to było straszne. Zapoczątkowana przez naszą jednostkę bitwa o Kamionkę – Strumiłową z pomocą innych polskich jednostek została wygrana, zajęto miasto. Nocleg ze swoją drużyną mieliśmy pod stogiem siana, na przedmieściu.

Po bitwie

Pomimo wielkiego zmęczenia, nim zasnąłem odmówiłem jeszcze część różańca. Z mojej drużyny nikt nie zginął ani nie był ranny. Kolega ze szkoły podoficerskiej kpr. Wojtecki dostał sześć kul w żołądek, zabrany został do szpitala ale o jego losie już nic nie wiedziałem, wątpliwe czy przeżył. Była to nasza pierwsza prawdziwa bitwa i niestety ostatnia. Dalej losy potoczyły się już szybko. Marsze i postoje w lesie, gdzie całą noc przetrwaliśmy pod nękającym ogniem artylerii niemieckiej. Przy dość ładnej pogodzie i wielkiego skomasowania wojska polskiego w Rawie Ruskiej, nadszedł rozkaz zakończenia działań. Zgodnie z umową Mołotow – Rubentrop Rawa – Ruska miała przynależność do Związku Radzieckiego. Niemcy, którzy wcześniej weszli, musieli się wycofać wraz z rozbrojonymi jeńcami z jednostek polskich. Olbrzymi chaos, Niemcy obstawili wszystkie drogi i całą swą potęgę kierowali szosą na Jarosław, gdzie wg. ich zapewnień miała być segregacja i wydania odpowiednich zaświadczeń oraz rozpuszczana do domów. Ten dzień zapamiętałem na zawsze – był to 25 wrzesień 1939 rok. 

Na własna rękę

We trójkę tj. ja i koledzy kaprale już nie istniejącego 3 -go batalionu saperów wileńskich Żuk Jan z Wilna i Rodowicz Zygmunt z Łap postanowiliśmy nie iść w kierunku wyznaczonym przez Niemców. Przeskoczyliśmy przez płot do ogrodu obsadzonego kukurydzą i krzakami porzeczek, położyliśmy się pod ich gałęziami postanawiając czekać aż się ściemni. Do wieczora było jeszcze dość daleko. Po pewnym czasie wszedł jakiś pan, który okazał się prywatnie właścicielem ogrodu a służbowo nauczycielem w szkole. Był na tyle dobry, że dostarczył nam picie, trochę żywności i przyniósł mapę wg. której wyznaczyliśmy dalszą drogę. Wyszło. 250 km. (do Brześcia), skalkulowaliśmy; 5 dni po 50 km na dobę. Gdy się ściemniło, a na ulicach już był spokój, nauczyciel wyprowadził nas pod górkę w stronę lasu, pokazał nam drogę i tam rozstaliśmy się. Wyszliśmy na szosę zupełnie pustą i maszerowaliśmy po żołniersku. Na sobie mieliśmy umundurowanie z tym, że pasami głównymi opasaliśmy mundury pod płaszczami, do tego mały plecak i zrolowane na ramieniu koce, w tych nieznanych nam okolicach liczyliśmy się z zimnem. 

Gdzieś około godziny 24.00 usłyszeliśmy warkot czołgów. Przed nami wyjechał łazik patrolowy. Zatrzymaliśmy się – Gdzie idziemy? „Domoj” odpowiedziałem znając język rosyjski. Kapitan był wielce roztropny „No tak – tak, wsio haraszo”.

A my poszliśmy dalej. Jak liczyliśmy do Brześcia doszliśmy po pięciu dniach, tu Ruscy nas na dobre zatrzymali i wszystkich, którzy dążyli do domu wsadzili do wagonów towarowych. W nocy zaryglowano je, pociąg ruszył i skierował się na wschód w niewiadome – do domu wracałem zupełnie inną trasą i to nieprędko.

Andrzej Kiewlicz
saper 3 bat. sap. Wileńskich,
późniejszy saper 2 AWP.
Uczestnik forsowania Nysy Łużyckiej

Wprowadzenie*** 
Andrzej Szutowicz