Roman Juszkiewicz

Zapomniana jednostka z Drawna, czyli 083 posterunek obserwacyjno-meldunkowy

Z początkiem lat 50-tych XX w. w Drawnie i Brzezinach funkcjonowały w ramach obrony przeciwlotniczej posterunki obserwacyjno-meldunkowe. Stanowiły one dość prymitywny system obserwacji przestrzeni powietrznej i wczesnego ostrzegania. Ich funkcjonowanie wzorowane było na podobnym wojennym systemie niemieckim, polskie posterunki często umieszczano w miejscach, gdzie uprzednio działały niemieckie. Pamiętający te czasy starsi mieszkańcy Drawna wspominają nieraz o wojsku, które stacjonowało w obecnym budynku Urzędu Miasta i o tym, jak jako małe dzieci dostawali od żołnierzy wojskowe suchary.

Posterunek w Drawnie oznaczony jako 083 posterunek obserwacyjno-meldunkowy działał jako jeden z siedmiu posterunków obserwacyjnych, wystawionych przez pluton obserwacyjno-meldunkowy (d-ca plutonu ppor. /płk Roman Juszkiewicz *– na zdjęciu) 3 kompanii (d-ca ppor. Lucjan Apeld) 49. batalionu obserwacyjno-meldunkowego (d-ca mjr Wiktor Kamiński, szef sztabu – kpt. Jan Jasiukiewicz). Batalion powstał w Legionowie na bazie 1 batalionu łączności. Stosowny rozkaz został wydany 29 marca 1950 r. Przewidziano dla niego 634 etatów wojskowych i 2 kontraktowych. W skład batalionu wchodziły cztery kompanie, tj. trzy obserwacyjno-meldunkowe i jedna szkolna. W lipcu 1950 r. sztab batalionu przeniesiono do Wałcza. W tym czasie dzięki utworzeniu kolejnych batalionów stworzono system obserwacyjny, który obejmował około 150 posterunków obserwacyjno-meldunkowych i 16 posterunków zbierania i opracowania informacji na stanowiskach dowodzenia (SD) kompanii i batalionów. Miejscem stacjonowania dowódcy plutonu 3 kompanii, któremu podlegał drawieński posterunek, był Czaplinek, natomiast dowództwo kompanii mieściło się w Wałczu. Dowódca plutonu miał na stanie służbowego konia, który był na posterunku w Studnicy. Obok Studnicy i Drawna pluton ten miał posterunki w Czaplinku, Kaliszu Pomorskim, Budowie (w sezonie letnim na kominie). Obserwacja przestrzeni powietrznej na posterunku była całodobowa. Oczywiście prowadzono ją bez względu na warunki atmosferyczne. Zimą żołnierze posterunku zaopatrzeni byli w waciaki, buty filcowe, swetry, czapki uszatki oraz długie kożuchy, a także w podgumowane peleryny na słotę. Etatowo na wyposażeniu posterunku były stoliki kursowe, lornetki, dwa aparaty telefoniczne AP-48, busola, zegar z funkcją budzika i pięć kilometrów kabla telefonicznego. Uzbrojenie dla pięciu żołnierzy składało się z broni etatowej typu PM wz 43 wraz z amunicją oraz granaty ręczne RG-42 i F-1 (wszystkiego oprócz amunicji po 5 szt.). Żołnierze wyznaczeni do pełnienia służby na posterunkach otrzymywali pieniężny ryczałt z dodatkiem socjalnym, tzw. „dobs”. Była to podwyższona norma żywieniowa. Na posterunku prowadzono książkę przychodów i rozchodów pieniężnych, która sukcesywnie kontrolowali przełożeni. Żołnierze zakupów dokonywali sami w miejscowych sklepach. Początkowo raz na miesiąc kupowali na własne potrzeby prosiaka lub cielaka, zmieniło się to, gdy wprowadzono kartki na mięso. Zaopatrzenie mundurowe i kwaterunkowe posterunku otrzymywano z kompanii. Żołnierze we własnym zakresie urządzili punkt obserwacyjny, dół nasłuchowy oraz schron.

Metoda pracy posterunku była prymitywna, tzn. prowadzono obserwację wzrokową i słuchową, dlatego czapek zimowych nie można było wiązać pod brodą. Obserwator stał na wyznaczonym punkcie bez żadnego oszklenia, w tym czasie drugi żołnierz czuwał w pomieszczeniu mieszkalnym przy aparacie telefonicznym. Telefony na punkcie i w pomieszczeniu były ze sobą połączone. Meldunek z posterunku na hasło „powietrze” przesyłany był na stanowisko dowodzenia kompanii, a następnie na SD batalionu i dalej do Głównego Posterunku Obserwacyjno-Meldunkowego w Pyrach pod Warszawą (utworzonego 27 lutego1950 r.). Tam opracowywano raport o sytuacji powietrznej.

Niestety, praca posterunku spotykała wiele ograniczeń, szczególnie z powodu warunków atmosferycznych i z powodu braku stacji radiolokacyjnych w stosunku do liczby zaangażowanych ludzi był mało wydajny.

W maju 1952 r. na bazie 49. batalionu obserwacyjno-meldunkowego sformowano w Bydgoszczy 8. samodzielny pułk obserwacyjno-meldunkowy (8. spobsmeld). Dowódcą pułku został mjr Wiktor Kamiński, szefem sztabu – kpt. Lucjan Ratyński. Zastępcami dowódcy zostali: kpt. Henryk Seroka (ds. liniowych), por. Lech Lipiński (ds. radiolokacji), por. Andrzej Węgrzyn (ds. technicznych). Pod koniec 1952 r. na odcinku na południe od Czaplinka włącznie działały także posterunki obserwacyjno-meldunkowe 078 Czaplinek, 079 Bobrowo, 080 Sławno, 081 Stara Studnica, 082 Kalisz Pom, 083 Drawno, 084 Brzeziny i dalej, posterunki takie istniały jeszcze w innych miejscowościach: nr 087 w Strzelcach Krajeńskich, 089 w Santoku, 089 w Murzynowie. Według potwierdzonych danych siedziba posterunku w Drawnie mieściła się w budynku obecnego Urzędu Miejskiego. Natomiast wieża obserwacyjna mieściła się na Górze Winnej. Reorganizacja systemu obserwacji powietrznej i, co za tym idzie, wprowadzenie na wyposażenie Wojska Polskiego radarów spowodowało zlikwidowanie znacznej liczby posterunków, w tym w Drawnie i w Brzezinach. Jednak w tym czasie Brzeziny wchodziły w skład terytorialny gminy Kołki

Georg Gransee

Ritterkreuz z Brzezin

Najwyższe odznaczenia bojowe otrzymywali nieliczni, czasem dzięki nim znaleźli miejsce w historii regionu i kraju. Dawni mieszkańcy terenów dzisiejszej gminy Drawno wiedzieli, że landrat Achatz Wilhelm August von Waldow (ur. 11.01.1771) posiadał Pour le Mérite. Było to odznaczenie wysokiej rangi, niestety elitarne. Między innymi w nawiązaniu do niego ustanowiony został w 1939 r. order, który miał być nadawany żołnierzom wszystkich stopni w celu podkreślenia równości żołnierzy armii (jednak większość odznaczonych byli oficerami). Tym odznaczeniem był Krzyż Rycerski, właśc. Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego (Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes, RK), czyli najwyższe odznaczenie bojowe III Rzeszy, order, który niejako stanowił wyższy stopień Krzyża Żelaznego. Początkowo stanowił on jedną klasę Krzyża Żelaznego i umiejscowiony był w hierarchii między Krzyżem Żelaznym I klasy a Krzyżem Wielkim Krzyża Żelaznego. W toku wojny ustanowiono dalsze cztery jego klasy, tj.: Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu, Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu i Mieczami oraz z Liśćmi Dębu, Mieczami i Brylantami. Najwyższa klasa, Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego ze Złotymi Liśćmi Dębu, Mieczami i Brylantami. Przede wszystkim nadawany był za wyjątkowy akt odwagi w obliczu nieprzyjaciela lub za całokształt dowodzenia podczas bitwy. Ponadto przyznawany był za uzyskanie odpowiedniej liczby punktów za zestrzelenie wrogich samolotów (początkowo 20 punktów, punkty zależały m.in. od liczby silników samolotów – do trzech za samolot czterosilnikowy), za zatopienie okrętów lub statków o tonażu 100000 ton lub czyn wykraczający poza zwykłe obowiązki (np. uratowanie ciężko uszkodzonego okrętu). Podczas wojny szczegółowe kryteria były zaostrzane, lecz zdarzały się też wyjątki od ogólnych zasad. Krzyż Rycerski Żelaznego Krzyża był równoramienny o rozszerzających się na zewnątrz ramionach. Wymiary wahały się od 48,2 mm do 48,8 mm. Noszony był na czarno-biało-czerwonej wstążce pod szyją o szerokości 45 mm. Było to odznaczenie niezwykle cenione i dotychczas ma rangę niemal międzynarodową. Do grona odznaczonych tym orderem należy pochodzący z Brzezin oberfeldwebel der Reserve Georg Gransee (ur. 29. czerwca 1917, zm 23. 01. 1945). Urodził się w budynku pocztowym w Brzezinach niem. Berkenbrügge. Tu też kończył szkołę ludową. Ojciec Emil (05.09.1884 – 1945) pochodził także z Brzezin, gdzie zmarł. Matka Martha Jodekdins ur. 24.02.1887 r. w Prusach Wschodnich, zm. 15.03.1978 r. w Hermannstein, Kreis Wetzlar. Miał dwie siostry także urodzone w Brzezinach – Johanna (1913 – 2000) i Hildegard (1915 – 2005). Do Wehrmachtu został wcielony 16. 11.1938 r. Początkowo służył w 6 lekkiej kompanii czołgów, na bazie której powstał w Karniowie w Czechach 31 pułk czołgów (Panzer-Regiment 31). W wojnie z Polską nie brał udziału, dopiero razem ze swoim pułkiem wszedł na krótko do boju podczas wojny na Zachodzie. W dniu 16.04.1941 r. otrzymał awans na stopień Obergefreiter, walczył na Bałkanach z Jugosławią i Grecją. Przeszedł wówczas do 2 kompanii 31 pułku czołgów. 06.05. 1941 r. odznaczony został Krzyżem Żelaznym 2 kl. Po zakończeniu działań w Grecji wrócił do Niemiec, gdzie pułk zregenerował siły. Brał udział w operacji Barbarossa, czyli w inwazji na ZSRR. Znalazł się w 8 kompanii swego pułku, który wszedł w skład 5 Dywizji Pancernej. Walczył pod Moskwą na przełomie 1941 /1942 r. 23.12.1941 r. otrzymał Krzyż Żelazny 1 kl. W lipcu 1943 r. powrócił do 2 kompanii. 12 lipca mianowany został na stopień Feldfebel. W dniach 14 i 15. 08.1943 r. brał udział w ciężkich walkach pod Wiaźmą. Podczas gdy główne siły radzieckie znajdowały się na południe od tej miejscowości, śląski dywizjon czołgów zabezpieczał na prawym skrzydle znajdujące się na wzgórzu słabe siły pancerne dywizji. Z tyłu były stanowiska artylerii i pododdziały zabezpieczenia. Wieczorem 14 sierpnia 1943 roku Rosjanie zaatakowali wzgórze brygadą pancerną wspartą dwoma batalionami. W chwili kiedy utrata wzgórza była zagrożona, śmiałym Gransee zaatakował skrzydło atakujących i osobiście zniszczył dwa czołgi. Następnego ranka przeciwnik znowu zaatakował. Powyżej 10 czołgów zniszczył pociąg Gransse, Feldwebel Gransee osobiście zniszczył trzy czołgi 44-tonowe KW 1. Udaremniono pięć ataków piechoty radzieckiej na wzgórze. Jeden rosyjski czołg, wykorzystując dolinę od południowej strony wzgórza, próbował przedostać się na niemieckie tyły, ten manewr udaremnił Gransee ze swoim czołgiem i zniszczył przeciwnika. Potem niszcząc dalsze czołgi, musiał się wycofać na osłoniętą pozycję. Ogólnie podczas tego boju zniszczył 21 czołgów wroga. Po rozkazie o odwrocie przyczepił do swego czołgu działo przeciwlotnicze, a załogę przetransportował na czołgu. Potem znowu znalazł się na pierwszej linii frontu. Za wykazaną w tych bojach odwagę i zimną krew 19 września 1943 r. został odznaczony krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego. Otrzymał ranę w lewe oko i od 15 stycznia 1944 r. przebywał na leczeniu w IV Szpitalu Rezerwowym w Regensburgu. W 1944 r. został Fahnenjunker-Oberfeldwebel. Po wyleczeniu trafił na front wschodni do 7 kompanii swego pułku. Walczył w Prusach Wschodnich i na Dolnym Śląsku. 23.01.1945 r. poległ pod m. Stradomia Wierzchnia (niem Ober-Stradam ) koło Wrocławia. Pochowany został na niemieckim cmentarzu wojennym w Nadolicach Wielkich. Posiadał Medal za służbę w Wehrmachcie IV kl. (Dienstauszeichnung der Wehrmacht IV. Klasse), Brązową Odznakę „Za rany” (Verwundetenabzeichen in schwarz), Medal za Kampanię Zimową na Wschodzie 1941/1942 (Medaille Winterschlacht im Osten 1941/42), Srebrną Odznakę za Walkę Pancerną (Panzerkampfabzeichen in Silber).

Marian Twardowski i Andrzej Szutowicz

 

Literatura

  • http://geschichte.prepedia.org/wiki/Georg_Gransee
  • http://www.onlineofb.de/famreport.php?ofb=arnswalde_friedeberg&ID=I17826&nachname=GRANSEE&lang=se
  • Heimatgruβ Rundbrief 168/1980 str.13
kanonik Jan Jodłowski

Kolejny proboszcz

W kronice parafialnej w Drawnie jest mała wzmianka: „Następcą ks. Galasa był ks. kanonik Jan Jodłowski. Molestowany przez parafian zraził się do Drawna i po krótkim pobycie przeniósł się do Chłopowa”. Wpis ten niestety nie wystawia dobrego świadectwa ówczesnym parafianom. Zachodzi pytanie czy jest obiektywny, czy wynika raczej z uprzedzenia osoby prowadzącej kronikę ? Tak się złożyło, że trzeci w kolejności proboszcz drawieński jest w Drawnie zupełnie nieznany i do tej pory jego życiorys ograniczał się do krótkiego stwierdzenia, że swego czasu był grekokatolikiem. Niestety, w kronice pomylono imię księdza, gdyż nie był Janem, a Stefanem. Na nieprzeciętność tej postaci zwróciła mi uwagę red. Elżbieta Lipińska, której rodzicom ks. Jodłowski udzielił ślubu. Korekta imienia i wskazówki red. Lipńskiej spowodowały, że z dostępnych źródeł wyłoniła się postać niezwykle ciekawego duchownego.

Życiorys do 1939 r.

Stefan Jodłowski ( Stepan Jadłowśkyj, Степан Ядловський) urodził się 22.05.1901 r. w Szklarach (powiat sanocki, dekanat rymanowski ) w rodzinie Teodora i Anastazji. Miał brata Michała, nauczyciela sanockiego sprzed 1939 r. Po ukończeniu Greckokatolickiego Seminarium Duchownego w Przemyślu został wyświęcony na kapłana 26.06. lub 27.06.) 1926 r. Miejscem jego posługi stała się Łemkowszczyna. Do 1929 r. był też wykładowcą Nowego Testamentu na macierzystym seminarium. Następnie w 1930 r. został zarządcą w Tylawie w pow. krośnieńskim (dekanat dukielski) i w 1932 r. był proboszczem w Puławach w powiecie sanockim (dek. bukowski). 01.05.1934 r. został proboszczem (paroch) parafii w Polanach Surowicznych (pow. Sanock, dek. rymanowski). W tym samym czasie objął funkcję członka Rady (kapituły) Administracji Apostolskiej Łemkowszczyzny. W 1936 r. obok niego Kapitułę stanowili księża: Wołodymyr Ardan, Maksym Durkot, Wołodymyr Mochnackij, Joan Polańskij, Kostiantyn Polańskij, Ołeksandr Prysłupskij i Iwan Tytnar. Kanclerzem Administracji był w tym czasie Joan Polańskij. Ks. Jodłowski pełnił także funkcje egzaminatora prosynodalnego, członka Rady ds. Ochrony Wiary i Obyczajów, cenzora ksiąg religijnych oraz obrońcy związków małżeńskich, sędziego prosynodalnego, Był redaktorem jedynego (wyd.1936 r.) schematyzmu Apostolskiej Administracji Łemkowszczyzny.

Parafia Polany Surowiczne

Według danych z 1931 r. wieś liczyła 103 gospodarstwa i 679 mieszkańców. Kościołem parafialnym była tu cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Początek powstania parafii datowany jest na 1690 r. Pierwsze zapisy o budowie cerkwi pochodzą z 1728 roku. Cerkiew, wg opisu z 1761 r., była drewniana, z trzema kopułami, pokryta gontem. W nawie miała dwa okrągłe okna, w prezbiterium cztery. Na ścianach wisiało 15 obrazów. Wewnątrz był wspaniały, rzeźbiony chór i carskie wrota. W czasie wojny mieszkańcy wsi wspomagali ruch UPA i byli źle nastawieni do Polaków.


Apostolska Administracja Łemkowszczyzny

W 1934 r. w wyniku sprzeciwu wobec ukrainizacji Łemków powstała na terenie greckokatolickiej diecezji przemyskiej Apostolska Administracja Łemkowszczyzny. Była to samodzielna jednostka organizacyjna, podległa bezpośrednio Stolicy Apostolskiej, miała swego administratora, który choć niezależny, biskupem nie był. Jego siedzibą był Rymanów Zdrój, a później z przerwami Sanok. Obawiając się wzrostu wpływów ukraińskich, co poczytywano jako ryzyko wynarodowienia, dwaj przedwojenni administratorzy AAŁ podjęli działania typowo antyukraińskie i tak: administrator ks. Wasyl Maściuch zakazał liturgicznych śpiewów po ukraińsku, a administrator ks. Jakiw Medwecki zakazał duchownym prenumerowania i czytania czasopism ukraińskich. Nic dziwnego, że taka postawa spowodowała poparcie władz II Rzeczypospolitej dla Łemków. 12.03.1936 r. zmarł nagle ks. dr. W. Masciuch, co poczytywano jako ziemską ingerencję środowiska ukraińskiego. Podczas jego pogrzebu 15.03.1936 r. ks. Jodłowski wygłosił pożegnalną mowę. Ukrainizacji jednak po wybuchu wojny nie zapobieżono. Stało się to za sprawą kolejnego administratora ks. Aleksandra Malinowskiego, który opowiedział się po stronie ukraińskich nacjonalistów. Pod jego „rządami” zaczęto posługiwać się językiem ukraińskim, odnowiono ścisłe kontakty z cerkwią ukraińską. Na obszarze AAŁ działalności mieszkało w 1943 r. około 127 tysięcy greckokatolickich Łemków, oraz 18 tys. prawosławnych. W dniu 24.07. 1944 r., by wobec zbliżania się frontu zachować ciągłość kierowania Administracją, ks. Malinowski powołał trzech wikariuszy generalnych. Sam przeniósł się do Krynicy, która w tym czasie była ważnym ośrodkiem ukraińskiego życia narodowego. Powołani wikariusze mieli zarządzać ternem AAŁ tam, gdzie nie mógł tego robić ks. Malinowski. Wśród powołanych był ks. Stefan Jodłowski, pozostali dwaj to ks. Iwana (Jana) Pidharbija z Olchowca, ks. Andrija (Andrzeja) Złupko z Gładyszowa. Ksiądz Jodłowski, według danych archiwalnych AAŁ, objął tereny po wschodniej stronie frontu. Utworzył kancelarię wikariatu generalnego, która posiadała oryginalne pieczęcie, wydawał przepisywany ręcznie biuletyn informacyjny „Wisti Heneralnoho Wikariatu AAŁ w Polanach Surowicznych”. Podczas operacji dukielsko-preszowskiej na terenie parafii stacjonowała niemiecka 68 Dywizja Piechoty, która atakowana była przez wojska trzech radzieckich korpusów. Zmagania wojenne doprowadziły do zniszczenia wielu budynków należących do Kościoła unickiego Łemkowszczyzny. Zginęli także kapłani ks. Damian Dziama i ks. Mychaił (Michał) Semel. 26 lutego 1945 roku ks. Aleksander Malinowski (ks. O. Małynowśki) przeniósł się z Krynicy do Wróblika Szlacheckiego i zwołał na 20.03.1945 r. kongregację duchowieństwa wschodnich dekanatów AAŁ, w której jako wikariusz generalny wziął udział ks. Jodłowski. Na tym spotkaniu powołano członków nowej kapituły AAŁ, wśród których znalazł się także ksiądz Jodłowki. Miesiąc później ks. Malinowski przeniósł się do Sanoka, przedwojennej siedziby AA.

Wysiedlenia

Dnia 09.09.1944 r. został zawarty Układ pomiędzy Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a Rządem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad, dotyczący ewakuacji obywateli polskich z terytorium USRR i ludności ukraińskiej z terytorium Polski. Układ podpisali Edward Osóbka-Morawski i Nikita Chruszczow. Postanowienia wówczas zawarte dały podstawę do wysiedlenia osób narodowości ukraińskiej, białoruskiej, rosyjskiej i rusińskiej z Polski do USRR, oraz przesiedlenia w nowe granice Polski Polaków i Żydów, którzy do 17 września 1939 r. byli obywatelami polskimi. Po zajęciu przez Armię Czerwoną całej Łemkowszczyzny zaczęto w tym regionie realizować ustalenia układu. Mimo że w swej większości Łemkowie byli lojalni wobec władz polskich i nie współdziałali z UPA, to również ich przesiedlenia objęły, co stało się początkiem rozpadu Łemkowszczyzny. Trwał także terror rodzimy np. 20.05.1945 r. UPA za nieposłuszeństwo powiesiło we wsi ks. Jodłowskiego Ukraińca – Wasyla Homyka. Łemkowie na zawsze opuszczali swoje ziemie, niestety – jak się okazało – był to największy exodus tej ludności. Tereny zarządzane przez ks. Jodłowskiego stały się także widownią działalności represyjnej i czysto bandyckiej; w 1945 roku zostali zabici: ks. Petro (Piotr) Andrejczuk z Załuża, ks. Mychajło (Michał) Hajduk z Łubnej, ks. Orest Kałużnjacki z Izdebek, ks. Josyf (Józef) Krysa z Końskiego. Administrator ks. Aleksander Malinowski, obawiając się aresztowania przez NKWD, uciekł przez Czechosłowację do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Po jego ucieczce przestała we wrześniu 1945 r. działać kuria AAŁ. W 1946 roku w czasie starć Wojska Polskiego z UPA zginęli: ks. Ołeksander (Aleksander) Malarczyk z Karlikowa, proboszcz z Sieniawy ks. Orest Wenhrynowicz, który został zabity w Komańczy, ks. Wołodymyr (Włodzimierz) Kostyszyn z Woli Niżnej. 24.01. 1946 r. 34 pułk piechoty WP zaatakował oddział UPA w czasie tego starcia zabity został ks. Ołeksander (Aleksander) Malarczyk wraz z żoną, córką i 6-letnią wnuczką.. Żyjący w ciągłym zagrożeniu życia, wikariusz generalny ks. S. Jadłowski wiosną 1946 roku opuścił Łemkowszczyznę i uciekł do Czechosłowacji’ znalazł schronienie na terenie greckokatolickiego biskupstwa w Preszowie, gdzie przez jakiś czas pomagał miejscowym duszpasterzom greckokatolickim. W 1947 r. rozpoczęła się na Łemkowszczyźnie druga faza przesiedleń, tym razem w ramach akcji „Wisła” między 24.04. a 31.06.1947 r. wysiedlono około 35 tys. Łemków. Był to definitywny koniec AAŁ, która formalnie nigdy nie została rozwiązana. Po prostu zabrakło wiernych. Łemkowie walczący o pozostanie na swojej ziemi najczęściej zmieniali obrządek na łaciński.

Proboszcz parafii katolickich

Po 1947 r. powrócił (prawdopodobnie nielegalnie) do Polski i pracował w obrządku łacińskim. W 1948 r. objął parafię w Drawnie. Niestety, nie został tu zaakceptowany i przeniesiono go do parafii w Choszcznie, w której został wikariuszem. Oddelegowano go do Chłopowa (gmina Krzęcin, powiat Choszczno), gdzie stworzył zręby nowej erygowanej w 1951 r. parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, której został proboszczem. Od 01.10. 1948 r. posługiwał także w Zieleniewie. Często błędnie podawany jest jako pierwszy proboszcz Zieleniewa. Tymczasem został nim dziewięć lat później ks. Feliks Kurczewski. Ks. Jodłowski do Zieleniewa często przychodził z Chłopowa pieszo. Spośród wiernych wsi Pławno i Zieleniewo powołał tu komitet kościelny, którego zadaniem była troska o kościół w Zieleniewie, a także podjęto starania o utworzenie osobnej parafii. Przystąpiono wówczas do adaptacji na plebanię dawnej pastorówki. Dzięki staraniom jego i komitetu powstał tu samodzielny wikariat, a następnie w dniu 24.10.1957 r. parafia. Dał się poznać jako ofiarny kapłan, wiele od siebie wymagający i wspierający innych ludzi. W latach pięćdziesiątych rozpracowywany był przez funkcjonariuszy PUBP. Wspomniana parafia była wówczas bardzo rozległa, więc ksiądz Stefan Jodłowski duże odległości dzielące np. kościoły w Objezierzu, Chłopowie czy Zieleniewie przemierzał pieszo. Do dziś jest serdecznie wspominany przez swoich dawnych parafian, którzy wyraz temu dają np. podczas wypominków związanych ze Świętem Zmarłych. Według wspomnień najstarszych mieszkańców ksiądz Jodłowski w czasie drugiej wojny światowej cudem uniknął śmierci. Był kilkakrotnie wieszany, za każdym razem sznur pękał. Podobno z tego powodu proboszcz z Chłopowa miał kłopoty z głosem. Zmarł w 47. roku kapłaństwa w Państwowym Domu Specjalnym dla Przewlekle Chorych w Trzcińsku-Zdroju. Jego życzeniem było spocząć na cmentarzu w Chłopowie, wśród swoich parafian. W jego dawnej parafii w Polanach Surowicznych zachowały się tylko zdziczałe sady ślady po budynkach (kamienne piwnice), 2 kapliczki i ruiny dzwonnic. Stoją tu dwa drewniane budynki – pozostałości po gospodarującym tu od 1952 r. gospodarstwie PGR w Moszczańcu.

Literatura

  • http://www.odrzechowa.izoo.krakow.pl/lemkowie/polany.html
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/Apostolska_Administracja_%C5%81emkowszczyzny
  • http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/lemkowie/religia/aal http://lemko.org/polish/sprz/04.html
  • http://www.rymanow-zdroj.pl/materialy/tom01_8.pdf
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/Stepan_Jad%C5%82ow%C5%9Bkyj http://edu.gazeta.pl/edu/h/Stepan+Jad%C5%82ow%C5%9Bkyj
  • http://www.bajki.reklik.com/S3ZffidFdVx6VWh4ZmN9emd9cktZc3h-fH9nYmF1e310SDdVITMrJX16fnhlZW51aW1ieWw
Komisariat Graniczny Konarzyny w sk-ad którego wchodzi-a  Placówka SG Kie-pin Szosa

Kilka słów o książce „Chojnice 1939″*

W księgarniach nakładem Wydawnictwa Bellona ukazała się książka, która – sądząc po tytule „Chojnice 1939” – powinna nie tylko podsumować i uzupełnić wiedzę, ale i sprostować niektóre informacje o walkach w rejonie Chojnic. Autorzy – Andrzej Lorbiecki i Marcin Wałdoch poświęcili w niej dużo miejsca Straży Granicznej. Niestety, po zapoznaniu się z treścią tej pozycji nadzieja, że w końcu ktoś w miarę rzetelnie przedstawił udział w walkach 1-go września 1939 r. komisariatów Komendy Obwodu (Inspektoratu Okręgowego) SG Chojnice znajdujących się na kaszubskich Gochach okazała się złudna. Już po przeanalizowaniu trzech stron dotyczących tego terenu, okazuje się, że takiej próby nie podjęto i niemal wszystko, co dotąd budziło wątpliwości w działaniach strażników granicznych, nie zostało wyjaśnione, a jedynie niemal bezkrytycznie powtórzone na podstawie znanych już źródeł. Wiadomym jest, że ten drobny wycinek ówczesnych zmagań nie miał decydującego znaczenia dla opisanych działań i, gdyby został jedynie wspomniany, nie wpłynęłoby to poważnie na stronę merytoryczną pracy. Oczywiście pominąć go nie można, gdyż Komisariat SG Konarzyny był organicznym elementem Zgrupowania „Chojnice”. Ale jeśli już podjęto się przedstawić tę tematykę szerzej, to należało to zrobić rzetelnie, tym bardziej, że dokumentów opisujących te wydarzenia jest mało. Książka nie wyjaśnia pewnych wątpliwości nazewniczych, gdyż brak jest w niej definitywnej odpowiedzi na to, czy GO „Czersk” to Grupa Operacyjna, Grupa Osłony czy Grupa Osłonowa. Wydaje się, że stosowane określenie Grupa Operacyjna jest raczej zwyczajowe. Podobnie autorzy użyli nazwy Komisariat Lipnica, a w 1939 r. dzisiejsza Lipnica nazywała się Lipienice, stąd był to Komisariat SG Lipienice. Nie wyjaśniono przekonywująco również kwestii stopni strażników granicznych; gdyby tak było, że wszyscy mieli już wprowadzone stopnie wojskowe, to prezydent Kaczyński zamordowanych strażników granicznych na Wschodzie awansowałby na wyższe stopnie wojskowe lub na wojskowo brzmiące SG, tymczasem awanse dla niektórych zamordowanych wiązały się z nadaniem stopni wojskowych, a dla innych – z nadaniem stopni Straży Granicznej. Mimo że przed wojną nastąpiły regulacje prawne odnośnie stopni, galimatias w tym zakresie jest duży, także w dokumentach, co widać w wielu innych publikacjach dotyczących Straży Granicznej. Sprawy te wymagają jaśniejszego i konkretnego przedstawienia, gdyż wielu strażników posiadało niskie stopnie SG, a wysokie wojskowe – w tym oficerskie, stąd nie mogli z chwilą wojny nosić niższych rang wojskowych przypisanych do aktualnego stopnia w SG. Co ciekawe, dowódca Zgrupowania „Chojnice” pułkownik Tadeusz Majewski podporządkowanego sobie komendanta Komisariatu SG Konarzyny – Piotra Marciniaka, tytułował według jego stopnia w SG, czyli komisarzem, a był on porucznikiem rezerwy Wojska Polskiego. Mimo że tyle lat minęło od zakończenia wojny, problemy nazewnicze są nadal bolączką naszej historiografii i nie dotyczą tylko interpretacji skrótów typu GO. Bardzo często korzystający ze źródeł, chcąc rzetelnie je przestudiować, tracą wiele czasu na sprawdzanie tego, co już sprawdzane być nie powinno. Na przykład (nie dotyczy książki), czy w odniesieniu do SG prawidłowa jest nazwa „pluton wsparcia” czy „pluton wzmocnienia”? Tu nasuwa się ogólny wniosek, że przydałaby się porządkująca ten problem „ errata nazewnictwa”, która na pewno pomocna byłaby dla miłośników historii i hobbystów…

Komisariat StraÄ-Ä-y Granicznej Konarzyny. WÄ-â  .Jacek PLAKNiestety obecna wiedza o działaniach Straży Granicznej w rejonie Konarzyn jest bardziej legendarna niż merytoryczna i omawiana tu książka tej wiedzy ani nie poszerza, ani nie porządkuje. W „Chojnicach 1939” powielany jest pogląd, że walki w rejonie Konarzyn trwały do godziny 10-tej, tymczasem autorzy przedstawiają jedynie samotny ostrzał strażnika Tomasza Musiała i chaotyczny obudzonego strażnika Rozmarynowskiego. Patrząc na dzisiejsze Konarzyny, nie widzimy w nich śladów tamtych walk. Nie można jedynie wykluczyć wspomnianych pojedynczych strzałów strażnika Musiała, który być może spowodował, że Niemcy wstrzymali się od czołowego wejścia do wsi i ją obeszli, co też nie jest pewne, gdyż manewr obejścia mógł być uprzednio zaplanowany i obok osaczenia Komisariatu Konarzyny miał na celu szybkie zneutralizowanie Placówki SG I Linii Babilon. Ponadto wspomniany strażnik Rozmarynowski jako emeryt nie był już w służbie czynnej; w Konarzynach nie było kompanii wzmocnienia, a jedynie przydzielony do komisariatu pluton wzmocnienia rekrutujący się z pododdziałów Obrony Narodowej. Całość sił porównywalna była z kompanią (stąd stosowana nazwa kompania „Konarzyny”). Stan osobowy Komisariatu SG Konarzyny i pluton wzmocnienia nie wycofał się do Swornegaci rano 01.09.1939 r. Zrobiono to znacznie wcześniej, gdyż komendant komisariatu kom./por. Piotr Marciniak musiał wykonać rozkaz dowódcy płk. Majewskiego, który otrzymał w dn. 28.08.1939 r. Co ciekawe, w rozkazie tym płk Tadeusz Majewski używa nazwy Grupa Osłony Czersk. Ponieważ komisarz Piotr Marciniak przyszedł do Konarzyn tuż przed wybuchem wojny ok. 18.08.1939 r., to nie zdołał poznać podległego sobie terenu. Z drugiej strony dziwi wyznaczenie nowego komendanta w sytuacji bezpośredniego zagrożenia państwa, tym bardziej, że poprzedni wieloletni komendant kom./kpt. rez. Kazimierz Kociatkiewicz znał rejon Konarzyn doskonale, a i wojskowo należał do najbardziej intensywnie szkolonych komisarzy SG. Por. rez. Marciniak w Wielkiej Wojnie służył w armii niemieckiej, był odznaczonym Krzyżem Żelaznym II kl., frontowcem, działał w Polskiej Organizacji Wojskowej, od stycznia 1919 r. – 12.03.1921 r. służył w WP, walczył o granice. W Straży Granicznej przeszedł kurs wywiadu i solidne przeszkolenie sportowe. Po analizie jego drogi życiowej sądzić można, że był bardziej oficerem wywiadu, niż dowódcą. Mając mało czasu, skupił się na zasadniczym celu zadania, który było mu najłatwiej wykonać, czyli na przygotowaniu obrony w rejonie przepraw Swornegacie i Małe Swornegacie, w tym na zaminowaniu mostu w Swornegaciach. Reasumując, zasadnicze siły Komisariatu Konarzyny w dniu 01.09.1939 r. były w Swornegaciach, natomiast na placówkach pozostali tylko wyznaczeni do pełnienia służby na punktach obserwacyjnych (najczęściej jeden strażnik plus dwóch żołnierzy ON). Taki system ochrony granicy wprowadzono z chwilą zagrożenia wojennego, tj. zrezygnowano z patrolowania granicy i ograniczono się do jej obserwacji z punktów. Potwierdzenie tezy o wcześniejszym opuszczeniu posterunków komisariatu uzyskamy po przeanalizowaniu podanych przez autorów przedziałów czasowych i pominiętym przez nich epizodzie związanym z poranną mszą świętą w Swornegaciach, która według W. Stanisłąwskiego, była odprawiana tuż przed albo w trakcie wysadzenia mostu. Autorzy nie wyjaśniają przebiegu walk przy tej przeprawie, nie opisują chaotycznego i pośpiesznego wysadzenia mostu, co kosztowało życie jednej osoby cywilnej (ciężko ranna zmarła po kilku dniach), a strażnikom uciekającym z posterunków (którzy pełnili służbę) odcięło drogę odwrotu. Nie opisują obrony w tym rejonie, gdzie (co autorzy przyznają) z całą pewnością po obu stronach byli polegli. Przemilczano kwestię porzuconej dokumentacji wywiadowczej, która dostała się w ręce niemieckie. Potem na jej podstawie wszczęto poszukiwania współpracowników Straży Granicznej z rejonu Konarzyn, co dla wielu z nich skończyło się śmiercią. Autorzy poszerzyli zakres przekazywanej wiedzy i wyszli niejako poza Zgrupowanie „Chojnice”, gdyż poświęcili nieco miejsca pozostałym dwóm komisariatom SG na Gochach, które miały inną podległość służbową. Niestety, czy zgodnie z przyjętą koncepcją książki, czy celowo bądź z braku wiedzy na ten temat, zbagatelizowano ich działania, w tym ewakuację m. Lipnice. Nie wspomniano nic o wysadzeniu mostu w Upiłce i potyczce nad rzeką Zbrzyca, gdzie zginął na polu chwały starszy strażnik Antoni Mikołajczak, dowódca Placówki II Linii Lipienice, który w tabeli na str. 24. jako jedyny dowódca palcówki Komisariatu SG Lipienice nie został z nazwiska wymieniony. Autorzy nie wspominają też o tragicznej obronie strażników w Skoszewie, którą dwóch z nich przypłaciło życiem (wg W. Stanisławskiego byli to strażnicy graniczni Leszczułowski i Koziarski, jednak nazwiska te wymagają sprawdzenia). Ponadto wymieniony jako komendant Komisariatu SG Lipienice kom. Ludwik Weigel nie był nim 01.09.1939 r. Od czerwca 1939 r. był nim aspirant Kazimierz Bielecki; wymieniony w książce komendant Komisariatu SG Brzeźno Szlacheckie, Czesław Chludziński, też nie był na Gochach, tylko na Węgierskiej Górce jako dowódca schronu „Wąwóz”. Strażnik Tomasz Musiał (ur. 20.11.1897 r.) z Komisariatu SG Konarzyny nie zginął, jak napisali autorzy, w 1939 r. Musiał i inni rozproszeni strażnicy z żołnierzami ON przeszli przez Brdę. Potem było Świecie i dramatyczna przeprawa przez Wisłę. Gdy będąc w łódce przewoźnika, pokonywał Wisłę, nadleciały nieprzyjacielskie samoloty. Atak był celny, trafiona została łódź, Tomasz Musiał został ranny w głowę i rękę, na szczęście w porę wyciągnięto go z wody. Rannego strażnika opatrzono w Chełmnie, okazało się, że może iść dalej. W Kutnie trafił do szpitala. Do niewoli dostał się na trasie Toruń – Warszawa. (Według jednej z wersji po przeprawie trafił do szpitala w Toruniu, tam opatrzono mu rany i podobno brał udział w obronie Warszawy). Osadzono go w Stalagu II B Hammerstein (Czarne). Potem przewieziony został do aresztu śledczego w Chojnicach, a stąd do fortów toruńskich. W końcu września jego żona z trójką dzieci powróciła do Konarzyn. By przeżyć, ciężko pracowała. Zły stan zdrowia spowodował, że Tomasz Musiał w 1942 r. został zwolniony do domu, a faktycznie trafił na roboty przymusowe do bauera, codziennie wielokrotnie musiał się zgłaszać na posterunek policji. Ponownie aresztowany przepadł bez wieści. Po walkach w Swornegaciach siły ON i strażników granicznych uległy rozproszeniu. Komendant Piotr Marciniak przedostał się z małą grupką swoich podoficerów do ośrodka w Rawie Ruskiej, został dowódcą 3 kompanii w batalionie cyklistów ppłk. Karola Bacza (dzisiejszy patron Morskiego Oddziału Straży Granicznej w Gdańsku). Walczył pod Kamionką Strumiłową i Rawą Ruską. I tu ciekawostka – w tej samej bitwie brał udział urodzony w Prądzonie, a pochowany na przykościelnym cmentarzu w Borzyszkowach por. Józef Gierszewski ps. „mjr Ryś”, późniejszy „komendant wojskowy TOW Gryf Pomorski”. Marciniak do niewoli dostał się 25.09.1939 r. w okolicy stacji kolejowej Zielona koło Buska (w rej. Lwowa). Zginął najprawdopodobniej w obozie zagłady, inne źródła podają, że na Wschodzie, lecz na znanych listach rozstrzelanych nie widnieje. Ogólnie spośród strażników związanych z Konarzynami wojny także nie przeżyli: zastępca komendanta, starszy przodownik SG Ignacy Markowski (zamordowany został 15.12.1944 w Mauthausen), przodownik SG Nikodem Janiak z Placówki I Linii Konarzyny (29.08.1898 – 18.04.1941 KL Mauthausen), przodownik SG Leon Przybysz z Babilonu, Stanisław Poprawa (zamordowany 18 stycznia 1945 w Radogoszczy) również z Placówki I Linii Babilon. Zaginęli bez wieści w 1939 r. strażnicy SG i podchorążowie rezerwy WP Tadeusz Cieślak i Władysław Wersztajn – najprawdopodobniej zginęli na polu chwały. Jeden z nich mógł zginąć w Swornegaciach lub przy siedzibie placówki w Babilonie. Ponadto wspomniany były komendant Kazimierz Kociatkiewicz zamordowany został w Katyniu (pośmiertnie awansowany przez Pana Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na stopień majora WP), a emerytowany przodownik SG Ludwik Urbaniak zginął w marszu śmierci KL Stutthof w 1945 r. W marszu tym uczestniczył także więzień tego obozu Franciszek Golis, który nie był – jak napisano – przodownikiem i dowódcą Placówki I Linii SG Kiełpin Szosa. Posiadał on stopień strażnika lub starszego strażnika i był przewodnikiem psa, dowódcą tej placówki był najprawdopodobniej pochodzący z miejscowości Rytel st. str. Kosiedowski Bolesław (ur.01.11.1899 r.), który zajmował to stanowisko od 1938 r. Odnośnie Straży Granicznej na Gochach, przyczyną wystąpienia w książce tylu błędów jest bezkrytyczne oparcie się jej autorów na zamieszczonych w „Zbliżeniach” artykułach z lat 1982/ 1983 Władysława Stanisławskiego pt. „Historia płonącego pogranicza”. Cykl ten w sposób ciekawy przedstawił atmosferę panującą na ówczesnym pograniczu, niestety oparty był głównie na relacjach uczestników tych zdarzeń i świadków, a że spisany był ponad 40 lat od wybuchu wojny, stąd wiele w nim sprzeczności, niedomówień i przeinaczeń. Tak więc praca W. Stanisławskiego wymaga weryfikacji i porównań z dokumentami, a tych nawiązujących do 1939 r. jest mało. Niepozbawione błędów jest także będące źródłem opracowanie kpt. Stanisława Rosta „Straż Graniczna w walkach o Chojnice w 1939 r.” (WPH nr 3/1989). Jesienią 2012 r. w miejscowości Swornegacie odbyły się organizowane przez Fundację Naji Gochë z Borowego Młyna kolejne „Spotkania na Gochach”, które tradycyjnie miały formę konferencji regionalnej. Poświęcone były Straży Granicznej na tym „cyplu” Kaszub. Podczas spotkania zwiedzano nie tylko miejsca, gdzie znajdowały się placówki komisariatów Konarzyny, Lipienice i Brzeźno Szlacheckie, ale także dzielono się wiedzą na temat walk obronnych i tragedii z nimi związanych. Wypracowane wówczas wnioski sprostowały pewne niedomówienia i fałszywe przekazy dotyczące tego tematu i na ich bazie powstały publikacje w Dzienniku Bałtyckim, Merkuriuszu Człuchowskim i Biuletynie CSSG. Inne czekają na wydrukowanie. Należy żałować, że autorzy książki nie natrafili na dorobek tych „Spotkań”. Argument, że była to mało znacząca konferencja nie wchodzi w rachubę, gdyż uczestniczył w niej wicestarosta powiatu chojnickiego Przemysław Biesek-Talewski, były poseł PIS Piotr Stanke i historycy tej rangi co dr Marian Fryda, Wiktor Zybajło czy ppłk SG dr Wojciech Grobelski. Autorzy książki najprawdopodobniej nie natrafili na źródła niemieckie, stąd brak jest w niej niemieckiego spojrzenia na walki na Gochach. Otóż takie źródło istnieje, jest to relacja działań jedynej jednostki niemieckiej, która wtargnęła na Gochy we wrześniu 1939 r.; był to 32 Grenzwache Regiment von Bothmer. Pozycja ta nosi tytuł „Das verstärkte Grenzwacht-Regiment Freiherr von Bothmer im Polen-Feldzug 1939 von einem Mitkämpfer. Verlag Bütower Anzeiger, Bütow in Pommern o.J. Bütower Anzeiger, 1940”. Najprawdopodobniej jej autorem był sam dowódca pułku ppłk Karl baron von Bothmer (całkowicie w książce pominięty). Odnotowano w niej, że: „…1 września o 4:45 z uprzednio zajętych pozycji bataliony przekroczyły granice Polski. Celem ataku był Cypel Brzeźniowski (niem. Briesener Zipfel), który jako część ówczesnej Polski, głęboko wcisnął się w okolicy Miastka w niemieckie terytorium. Zadaniem pierwszego dnia wojny było odcięcie na linii jezior i rzeki znajdujących się tam sił polskich. Linia ta biegła od Jeziora Somińskiego, a kończyła na południu na Jeziorze Charzykowskim. Na północy zamierzone cele zostały osiągnięte bez walki do godzin południowych. Okazało się później, że przez błędny wywiad nie wiedzieliśmy, iż siły polskie były skoncentrowane na południe od Bytowa, gdzie rozmyślnie rozmieszczono je w kilku granicznych punktach. Dla Polaków ich ostatnie położenie było ryzykowne i w konsekwencji „Cypel” został opuszczony. Tylko batalion „Schleyer” (batalion nazwany od nazwiska dowódcy nadszedł z kierunku Korne – Konarzyny”) w godzinach południowych na zachód od Swornegaci stoczył walkę z kontratakującymi oddziałami, które atakowały tam, gdzie jest przejście przez Brdę. To pierwsze zwycięstwo zostało Pododdzia- Strazy Gricznej IG Chojnice na Gochach.W-asno--.Jacek Plakwywalczone bez znacznych strat po stronnie batalionu. Na zdobytym obszarze i po naprawieniu mostów przez saperów pułk w ciągu 3 dni parł naprzód, przełamując w walce linie obrony. Potem rozpoczął się jednodniowy marsz na północny-zachód w kierunku Kościerzyny …”. Jak widać, autor wolał się nie skupiać na szczegółach, bo w przypadku von Bothmera nie zawsze mogły one być pozytywne dla jego wizerunku. Ten agresor na Gochy z 1939 r. został w 1947 r. rozstrzelany w Jugosławii jako zbrodniarz wojenny. Przedstawiona relacja (tłum. Marian Twardowski) obala także utrwalony pogląd jakoby 16 pułk ułanów przez swą aktywność zatrzymać miał jeden z batalionów tego niemieckiego pułku i zmusić go do powrotu na pozycje wyjściowe. Tymczasem 16 p.uł. nikogo nie zatrzymał, tylko zwinął obronę przeprawy na rz. Zbrzyca w m. Laska, czym naraził na śmiertelne niebezpieczeństwo maszerujące w jej kierunku pododdziały komisariatów Lipienice i Brzeźno. Nic dziwnego, że pasjonaci historii ułanów 16- tki ten epizod całkowicie ignorują, bo świadczy on bardziej o tchórzostwie niż nierozwadze. Strat będących wynikiem tego czynu, jak dotąd, nie zbilansowano, na pewno był to główny powód rozproszenia nie tylko strażników granicznych. Dla wielu z nich skończyło się to niewolą, dla innych cierpieniem, a dla dowódcy Placówki II Linii Lipienice – utratą życia. Są przesłanki ku temu, by twierdzić, że ofiar śmiertelnych było więcej. Wniosek ten jest efektem rekonesansu w terenie z 2013 r. Jednym z jego uczestników był pochodzący ze Skoszewa emerytowany nauczyciel z Lipnicy Czesław Cyra, dzięki któremu zrewidowany został obraz pierwszych godzin wojny w Skoszewie. Na pewno pozytywnym walorem książki jest wielowątkowe przedstawienie działania 18 pułku ułanów pomorskich. Zaprezentowano wiele relacji, lecz brak jest do nich komentarza i własnych interpretacji. Czytając rozdział o 18 pułku ułanów, ma się wrażenie, że autorzy wiedząc, iż tylko trzech lub czterech (inne źródła podają jedenastu) żołnierzy niemieckich zostało rannych, jakby obawiają się powiedzieć czytelnikowi jasno: pod Krojantami nikt z Niemców nie zginął. Przy stratach własnych 25 ułanów tragizmu tej szarży nawet legenda nie obroni. Książka nie wystawia też oceny negatywnej dowódcy pułku płk. Mastalerzowi za wręcz karygodne pozostawienie na głównych pozycjach walczącego pułku i udanie się ku śmierci z grupą manewrową. Do tej pory badacze tej szarży zastanawiają się, dlaczego to zrobił. Broniący Mastalerza wspierają się regulaminami, inni nawet podają argument, że ze względu na pogmatwane życie osobiste chciał zginąć. Przyczyna może być inna, płk Mastalerz pułk objął ceremonialnie 20.08.1939 r. i, podobnie jak komisarz Piotr Marciniak Komisariatu SG Konarzyny, nie zdążył go poznać. Stąd najprawdopodobniej nie miał pełnego zaufania do podwładnych, co spowodowało potrzebę nadzorowania wykonywanego przez nich zadania. Zamiana dowódcy pułku była działaniem kumoterskim gen. Grzmot- Skotnickiego, który by ściągnąć pod swoje rozkazy dawnego towarzysza broni, wykorzystał kłopoty zdrowotne aktualnego dowódcy płk. Tadeusza Kurnatowskiego, osoby szanowanej, znającej pułk i teren, na którym miał działać. Do tej pory odczytywane jest to jako poniżenie tego zasłużonego oficera. Los ze wszystkimi obszedł się okrutnie. Gen. Grzmot-Skotnicki zostawił znajdujących się w beznadziejnej sytuacji swoich żołnierzy i udał się do dowódcy armii po nowe stanowisko. Walczył w bitwie nad Bzurą, śmiertelnie ranny, zmarł w niemieckim lazarecie. Śmierć płk. Mastalerza pośrednio uśmierciła także pułk. Pułkownik Kurnatowski zmarł 28.09.1939 r. po tym, jak w ciągłym zagrożeniu przez wschodniego agresora doprowadził na Węgry dowodzony przez siebie Ośrodek Zapasowy Podolskiej Brygady Kawalerii, dzięki czemu ocalił życie wielu oficerom. Niestety nie uwypuklono w tym rozdziale genezy przyszłej tragedii 18 pułku ułanów, którą była słabość znajdującej się z lewej strony pozycji pułku kompanii SG, to ona – szybko ulegając naporowi nieprzyjaciela (przeciwnika), przedwcześnie zmusiła płk. Mastalerza do stopniowego wycofywania się na następne pozycje. Ostatecznie skończyło się to dla pułku fatalnie. W tym świetle defilada w Tucholi pododdziału SG kpt. Kraffta ma inny wymiar. Dlatego nie ma sensu delektować się opinią Guderiana, bo Polacy przeżyli tragedię, a Niemcy tylko stres. Atak polskich ułanów spowolnił działania niemieckie, lecz ich nie zatrzymał, na pewno nie zatrzymał 76 pp (zmot.), na który szarżował, gdyż ten po zajęciu m. Krojanty najprawdopodobniej wykonał swoje zadanie dnia. Natomiast, co autorzy potwierdzają, jeszcze po godz. 21-ej (szarża była ok. 19.00) inne niemieckie pododdziały 2 batalionu 69 pp (zmot.) skutecznie natarły na pozycje 3 szwadronu 18 pułku ułanów, praktycznie go rozbijając. Niefortunny jest też cytat niemiecki ze stron 201. – 202., w którym stwierdza się, że „2 DPZmot na prawym skrzydle nie posunęła się dalej poza pozycje wyjściowe”. Ten bezruch dywizji nie był konsekwencją szarży 18 pułku, tylko twardej obrony wspaniałego 35 pułku piechoty z Brześcia nad Bugiem ppłk dypl. Jana Maliszewskiego. Ciekawostką jest to, że pułk ten był macierzystą jednostką mjr Henryka Sucharskiego. Najważniejszym wnioskiem jest ten, że zasadnicze zadanie zostało wykonane, Niemcy nie osaczyli batalionu ON „Czersk”. Na pewno czytając ten rozdział, regionaliści z kręgu Naji Gochë czują satysfakcję, gdyż zyskali w niej wiele argumentów na poparcie lub zweryfikowanie poglądów zawartych w zaprezentowanym w „Naji Gochë” nr 42 opracowaniu „Płk Kazimierz Mastalerz (1894 – 1939) – życiorys z szarżą w tle”. (http://www.najigoche.kaszuby.pl/artykul/artykul=976,plk-kazimierz-mastalerz-1894-1939-zyciorys-z-szarza-w-tle/). Nie ulega wątpliwości, że książkę „Chojnice 1939” warto polecać i zachęcać do czytania, u każdego interesującego się tematem walk we wrześniu 1939 r. GO Czersk wywoła ona pozytywne emocje i dostarczy niezbędnej wiedzy na ukształtowanie swoich poglądów.

Andrzej Szutowicz Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie Oddział Konarzyny

*Andrzej Lorbiecki, Marcin Wałdoch „Chojnice 1939”. Wyd. Bellona. Warszawa 2014 r.


Na recenzję odpowiedzieli autorzy książki: odp autorów.

Tutaj też kolejna odpowiedź pana Szutowicza: odp recenzenta.

10

Inne oblicze strasznej wojny (zdjęcia nigdy niepublikowane!)

22 czerwca 1941 roku armia niemiecka zaatakowała swego sojusznika ZSRR. Wojna ta stała się najbardziej krwawym i bezwzględnym starciem w dziejach ludzkości. Po globalnych klęskach setek dywizji Armii Czerwonej, zimą 1941 roku nastąpił przełom i początek działania swoistej „homeopatii historii”. Ta dziejowa kuracja przebiegła według terapeutycznej zasady homeopatii „podobne lecz podobnym”, w konsekwencji jeden zbrodniczy system zniszczył drugi. Wojna skończyła się całkowitą klęską i upadkiem faszyzmu. Zwycięstwo Rosjan uratowało żydowski naród od całkowitej zagłady i także potencjalnie inne narody dla których zmodernizowano technologię zabijania. Mimo klęsk przyszykowano w Oświęcimiu „nowoczesne” komory gazowe z krematoriami. Ile milionów Słowian zamierzano w tym kombinacie mordu uśmiercić? Nie wiadomo. Na pewno w rachubę wchodziły dziesiątki milionów istnień. Stało się inaczej. Choć zdobyty przez Rosjan i Polaków Berlin stał się symbolem podziału Europy, choć długo trzeba było jeszcze czekać na całkowitą wolność i mimo, że nadal liczne dawniej „zniewolone umysły” wymagają wyleczenia, to warto dziś wspomnieć o wydarzeniu z 1941 roku także w kontekście tego, co by się stało gdyby hitleryzm zwyciężył?

Prezentowane zdjęcia odnoszą się do pierwszych dni i miesięcy tamtej wojny. Nie były publikowane. Przypadek zrządził, że znalazły się w małym zarzuconym gdzieś na strychu pudełeczku, które po latach otworzyli państwo Violetta i Piotr Ochocińscy.

Andrzej Szutowicz

Zdjęcia są o tyle ciekawe, że pokazują inne oblicze (od dotychczas  znanego) wziętych do niewoli żołnierzy Armii Czerwonej. Są czyści jakby nieprzemęczeni i spokojni. Widać na nich radość z przybycia Niemców oraz elementy symboliki narodowej Estonii.

kaszuby16

Byłem na Gogach – wspomnienie

W marcu ubiegłego roku uczestniczyłem w świetnym polsko-niemieckim sympozjum „Wspólnota historyczna pogranicza”. Odbyło się ono w Policach. W ramach prezentowanego dorobku lokalnych muzeów przedstawiłem prezentację „Izby historycznej” z Drawna, która jest pod moją merytoryczną opieką. Przedtem jednak odbyła się prelekcja historyczna nt. Pomorza Zachodniego. Prelegent bardzo ostrożnie podszedł do tematów drażliwych, trochę w moim odczuciu w tej ostrożności , „zagalopował się” gdyż użył sformułowania którego sens zrozumiałem następująco: „dla rodzimej ludności Pomorza kultura niemiecka była bardziej atrakcyjna, dlatego ją tak łatwo przyjęła”. Nie mogąc zgodzić się z tym poglądem postanowiłem na zakończenie mego wystąpienia wtrącić swoje uwagi. Ostrożnie spytałem: „Czy ktoś z Państwa słyszał coś o ks. Domańskim”? – zapanował cisza. – Nie słyszał nikt.

Tak samo było (co w tym przypadku jest zrozumiałe) przy następnym pytaniu. „Czy Państwo słyszeli takie nazwisko jak Werra, Styp-Rekowski? Zagadnąłem krótko o ks. Domańskim, Związku Polaków w Niemczech, o „Prawdach Polaków” (nic o nich nie wiedziano) i o tym, że jest taka kraina gdzie „widać kultura niemiecka nie była aż tak atrakcyjna. Wiecie Państwo jaka to kraina? – TO KASZUBY” – podkreśliłem.

Niemieccy goście tym razem ożywili się. A ja kontynuowałem, powiedziałem, że cierpień nie można przemilczać. Spytałem o Piaśnicę – nikt o tej miejscowości nie słyszał. „A o Katyniu Państwo słyszeli?” – „Ja, ja, tak, tak” – słychać było z sali. „Widzicie Państwo w Katyniu zginęło ok. 4 000 oficerów, okrutna zbrodnia, cały świat o niej wie. A w Piaśnicy zamordowano 11 000 może 12 000 ludzi, głównie przedstawicieli pomorskiej, polskiej, inteligencji. Bo Piaśnica proszę Państwa, to „Katyń Pomorza”. I w takich kategoriach powinien być rozpatrywany. Niestety o Piaśnicy się milczy, śmiem twierdzić, że koniunkturalnie… Katyń i Piaśnica to tragiczne pamiątki „kultury zbrodni” totalitarnych systemów.

Przepraszam – kontynuowałem – ale uważam, że nasze sympozjum nie tu powinno się odbyć. Uważam, że najlepszym miejscem na spotkania o kulturze i historii pogranicza są właśnie Kaszuby. Tam w Płotowie (pow. Bytów) małej kaszubskiej wiosce jest szkoła. Polska szkoła z 1932 r. i jest cmentarz gdzie spoczywa Bernard Werra i rodzina Styp – Rekowskich. Nie ma lepszego od Płotowa. Miejsca by rozmawiać i dyskutować o historii pogranicza. Tak się złożyło, że niemal w Święto Niepodległości przypadł mi zaszczyt uczestniczenia w „I Spotkaniach Publicystyczno – Literackich na Gochach”. Przyjechałem na nie pełen obaw. Okazały się niepotrzebne. „Lodów” nie musiałem topić, zaufania nie musiałem zdobywać. Niemal z marszu odczułem, że jestem w przyjacielskim gronie.

Wydarzeniem nie tylko artystycznym był zaprezentowany pierwszego dnia przez dzieci z Dretynia i Miasteczka Krajeńskiego spektakl: „Elementarz, czyli jak przed laty dziateczki na Pomorzu uczono” (premiera odbyła się 6 października 2000 r. w Muzeum Szkoły Polskiej w Płotowie). Te wspaniałe widowisko powstało dzięki współpracy dwóch przyjaciółek Joanny Gil–Śleboda i Ewy Stachowskiej. Od razu nasunęło mi się skojarzenie do tego co powiedziałem podczas sympozjum w Policach. Kolejne dni utwierdziły mnie jedynie w słuszności zaprezentowanych wówczas poglądów. Tempo spotkań nie pozwalało zebrać myśli, historia, współczesność, piękno krajobrazów, martyrologia, kultura. Wszystko to przewijało się jak w kalejdoskopie, którego główną oprawą jest tradycja.

Wszędzie gdzie byłem można było znaleźć do niej odniesienie. Nawet Góra Lemana w Piasznie to nie tylko widoki ale także prahistoria, czyli tradycja. Tu na Gochach obok wspaniałych obiektów kultury sakralnej znajdują się groby ludzi, którzy tworzyli historię tej ziemi, trwali w jej kulturze, a gdy trzeba było walczyli o wolność i godność. Zaskoczyło mnie małe Łąkie które, nie tylko przepięknym pomnikiem ku czci wojennych ofiar ale także świątecznym oflagowaniem narodowym zaświadczyło o trwaniu przy biało – czerwonej. Borzyszkowy to kościół i tragiczny Józef Gierszewski, dziś (przez niektórych) opluwany „major Ryś”. Z wnukiem mjr Gierszewskiego, Grześkiem chodziłem do jednej klasy bytowskiego ogólniaka. Składając kwiaty na mogile „Rysia” pomyślałem o innym niesłusznie szkalowanym majorze, co ciekawe, jego nazwisko jest obecne w miejscowej tradycji w osobie historycznej postaci tutejszego proboszcza ks. Sucharskiego. Na chwilę odłączyłem się od grupy uczestników Spotkań. Poszedłem obejrzeć właz od czołgu, który swego czasu przykrywał studzienkę odpływową. Widziałem go w lutym 2006 r podczas objazdu terenów przy dawnej granicy polsko – niemieckiej. Miał pochodzić od amerykańskiego czołgu których sporo było w Armii Czerwonej. Kto wie może był z któregoś tanka zniszczonego przez Niemców w 1945 r. pod Upiłką lub gdzieś pod Borzyszkowami? Niestety okazało się, że włazu już nie było, ktoś go ukradł. Studzienkę przykryto klapą z desek. Tak oto kolejna pamiątka historyczna zniknęła. Pewnie stało się to za przyczyną pazernych złomiarzy lub egoistycznych hobbystów. Szkoda, że włazu nie upilnowano, wystarczyło tylko lepiej go przytwierdzić do podłoża.

Borzyszkowy to także pomnik – krzyż na Piaszczatej przypomina o męczeństwie Gochów. To tu zwróciłem uwagę, że młodzież z powagą i zrozumieniem odnosi się do miejscowej i narodowej tradycji. Nie było ironicznych uśmiechów, znużenia, lekceważenia, typowych objawów obojętności tak często spotykanych wśród młodych. Czuło się już ich pełne zaangażowanie w wcześniej prezentowanym przedstawieniu o dawnej szkole, podczas koncertu skrzypcowego w kościele w Tuchomiu, tak było też w Borzyszkowach na Piaszczatej i później w szkole w Brzeźnie Szlacheckim. Występy dzieci w gimnazjum w Brzeźnie Szlacheckim to nie było tylko piękno mowy kaszubskiej, wspaniale odśpiewany „Kaszubski hymn”, stroje, i poezja, był tam też Jan III Sobieski, który patrzył na wszystkich z rozwiniętego sztandaru szkoły. Jan III Sobieski, król Polski, zwycięzca. Czyż może być lepszy patron na Gochach? Roman Drzeżdżon w broszurce „ Klëka albo kaszubskie ABC” (wyd. Region Gdynia 2007) na str. 20 napisał: „… Przez lata „Kaszëbsczi marsz” był oficjalnie popierany przez władze i do dziś starsze pokolenie Kaszubów uznaje go za kaszubski hymn. Działacze akcentujący odrębność Kaszubów uznają, za hymn pieśń Jana Trepczyka „Zemia rodnô”. Natomiast odrzucają tekst Derdowskiego, któremu zarzucają brak kaszubskiego ducha. Uważają, że takie wersy jak np. „Pòlskô wiara, pòlskô mòwa, nigdë nie zadżinie” nie przystają do współczesności ponieważ wiara Kaszubów ma wymiar uniwersalny (katolicki), a ich mową ojczystą jest język kaszubski”. Kaszubi z Brzeźna Szlacheckiego w 1683 r. pomogli Sobieskiemu rozgromić turecką nawałę.

W 2007 r. podczas „I Spotkań…” pan Tadeusz Lipski w Brzeźnie Szlacheckim przeprowadził wspaniałą analizę, podkreślając nadrzędne wartości utworu „ Kaszëbsczi marsz” i zwycięsko udowodnił, że utwór ten jest pełnowartościowym hymnem. Niestety książeczkę Romana Drzeżdżon czytają i czytać będą osoby postronne nie znające tematu i na pewno uwierzą, że tekst Derdowskiego jest bez (jak wspomniano) „kaszubskiego ducha”.

Osobiście uważam, że argumenty przytoczone w książeczce mówiące, że pewne wersy nie przystają do współczesności są niedorzeczne. Dąbrowski nie maszeruje już z Włoch, nie trzeba nam przechodzić Wisły, Warty, pływać przez morze, odbierać wolność szablą. To wszystko historia. Ale żaden Polak nie zakwestionuje „Mazurka Dąbrowskiego” jako hymnu polskiego. Brak tolerancji wśród zaborców oraz ogromna patriotyczna rola kościoła katolickiego spowodowała, że wiarę katolicką utożsamiano z polskością. Tak było na wschodzie gdzie „ każdy katolik to Polak” i taki trend był w zdominowanym przez ewangelików zaborze pruskim. Katolicyzm jako „ polska wiara” był i jest elementem nie tylko tradycji ale i pamiątką narodowego cierpienia. Poprzez wierny lud, kościoły i liczne kapliczki jest widoczny i utożsamiany z polskością, dlatego idealnie pasuje do słów hymnu jako „Pòlskô wiara”. Wypada przypominać, że to nie inna tylko katolicka procesja spod Borowego Młyna rozpoczęła walkę o prawo powrotu Gochów do Polski. Negujących hymn Derdowskiego razi określenie „pòlskô mòwa”. No cóż, Polak jak się dobrze wsłucha zrozumie kaszubski, Niemiec nie. Nic więc dziwnego, że już w XIX w. Derdowski utożsamiał mowę kaszubską z polskością. Natomiast trudno zrozumieć dlaczego kwestionujący jego hymn jednocześnie przyznają, że jest on uznawany za takowy przez starsze pokolenie Kaszubów. Czyżby odczucia tego pokolenia się nie liczyły? Jeśli tak, to swoista to demokracja.

Kaszuby to klejnot który świeci w polskiej koronie, jak się go z niej wyrwie przestanie świecić, a i korona stanie się uboższa. Młodzież Gochów jest gwarantem, że klejnot w koronie pozostanie.
To zrozumiałem na Gochach. Czas spędzony na Gochach utwierdził mnie w przekonaniu, iż to tu najlepiej poznawać prawdę o polsko-niemieckim pograniczu. Bo czyż nie pięknie dla polskiego ucha brzmi przewijające się niemal w każdym zakątku nazwisko Żmuda – Trzebiatowski. O czym można było się przekonać z wystąpienia Zdzisława Żmuda- Trzebiatowskiego.

Duchem „I Spotkań…” był ich główny organizator Zbigniew Talewski z Fundacji „Naji Gòchё”, tak jak Trzebiatowskich tak i Jego na Gochach wszędzie pełno. To dzięki niemu wrażeń było moc. Nic więc dziwnego, że końcowy wieczorny program artystyczny stał się dla wszystkich doskonałą zabawą, której apogeum przypadł na występ ukraińskiego zespołu (rodowitych bytowianek) sióstr Bułka, gdy przy ukraińskiej muzyce bawić zaczęła się kaszubska brać. I chyba to jest największe przesłanie „I Spotkań…”.

Gochy są nasze, wspólne. Z tym przekonaniem wróciłem do Drawna i już myślę jak i gdzie tu na zachodnich kresach wkomponować tablicę z rodłem i „Prawdami Polaków” bo:
„Tam gdze Wisła òd Krakòwa
W pòlsczé mòrze płënie,
Pòlskô wiara, pòlsko mòwa
Nigdë nie zadżinie”.

Wspominał: Andrzej Szutowicz

Rys. Andrzej Szutowicz. "Płyta z Brzezin". Tak wyglądał pomnik przed 1945 r.

Płyty ludzkiej pamięci z Brzezin

Pod płotem, na terenie przykościelnym w Brzezinach, leżą trzy kamienne płyty. Ułożenie ich wskazywałoby, że stanowią tematyczną całość. Ale tak nie jest. Natomiast łączy ich zadanie upamiętnienia życia i śmierci byłych mieszkańców Brzezin. Największa środkowa płyta to główny element dawnego pomnika ku czci poległych na frontach 1-szej wojny światowej, żołnierzy wywodzących się z Brzezin. Dwie boczne płyty upamiętniają dzieci z rodziny von Natzmer. Byli to chłopiec i dziewczynka. Chłopiec Louis v. Natzmer zmarł, nie ukończył nawet dwóch lat, 1 sierpnia 1848r. Zabrakło mu do tego wieku 25 dni. Dziewczynka Hermine v. Natzmer urodziła się w grudniu 1847r. i nie przeżyła roku, zmarła 28 sierpnia 1848r. Co mogło być przyczyną śmierci tych dzieci? Otóż wg. p. W.Palm z „Heimatgruß-Rundbrief” (Nr. 265/2004 s. 25) była to cholera, która kilkakrotnie nawiedzała Niemcy w XIX w, niestety również i w 1848r. W tym roku między wrześniem i październikiem w samym tylko Choszcznie zmarło 540 mieszkańców (Choszczno liczyło wówczas ponad 5200 mieszkańców).

Utrwalanie pamięci o poległych w działaniach wojennych, poległych pochodzących z jednej miejscowości, było w Niemczech powszechne i nie tylko dotyczyło 1-szej wojny światowej. Dlatego płyta z Brzezin nie stanowi żadnej sensacji, jest typowa. Pozostaje jednak pytanie na ile jej obecny wygląd i usytuowanie różni się od pierwotnego. Ustalenie tego kosztowało trochę trudu i wysiłku. Gdyż nie natrafiliśmy na zbliżoną fotografię pokazującą pomnik w całości. Prezentowany rysunek przedstawia odtworzony układ pomnika. Płyta kamienna, na której pod obrysem krzyża żelaznego wyryto nazwiska poległych, ustawiona była naprzeciw bocznego wejścia do kościoła. Otoczona drewnianym falistym parkanem, zwieńczona była orłem stojącym na kuli z rozpiętymi skrzydłami. Pomnik przetrwał działania wojenne, gdyż jest widoczny na zdjęciu z 1945 r. Niestety już bez orła. Kto wie, może gdzieś na którymś strychu zachował się do naszych czasów.

Napis na zachowanej płycie brzmi:
Es starben den Heldenlod fürs Vaterland im Weltdkriege 1914-1918
(Bohaterowie polegli za ojczysty kraj w wojnie światowej 1914-1918)

Kurt v. Wiefersheim 15.09.14, Wilhelm Krüger 30.03.18
Emil Herzberg 22.06.14, Otto Voge 30.05.18
Wilhelm Jordan 11.11.14 Albert Burow 09.06.18
Hermann Stabenow 12.01.15 Helmut Janke 20.09.18
Otto Luttert 16.10.15 Otto Burow 03.10.18
Ernst Freitag 01.02.18 Albert Jolitz 20.10.18
Rudolf Kühl 08.10.15 Wilhelm Paul 04.11.18
Hermann Burow 13.01.15 Martin Stucke 26.09.17
Albert Schmidt 08.04.15 Erich Ostreich 10.10.18
Fredrich Burow 22.07.15
Wielhelm Thelke 28.09.15
Otto Ganske 03.06.16
Georg Krause 29.11.16
Adolf Kramuschke 29.01.17
Hermann Hahn 19.04.17
Fritz v. Voss 16.10.17
Otto Kommesser 30.08.18

Opracowali: Andrzej Szutowicz, Marian Twardowski

kan1

2 kaniowski batalion saperów

Z tradycji 2 stargardzkiego batalionu saperów

2 KANIOWSKI BATALION SAPERÓW
ORGANIZACJA I FORMOWANIE

kan22 kaniowski batalion saperów został utworzony na podstawie rozkazu dowódcy 2 DSP gen. Bronisława Prugara – Ketlinga z 23.12.1939r. Miejscem jego formowania było Centrum Wyszkolenia Saperów w Les Ponts de Cé niedaleko Angers, siedziby rządu polskiego. Głównym organizatorem jednostki był mjr Teodor Rzewuski, a pierwszymi żołnierzami byli saperzy 1 Dywizji Grenadierów, pozostałe uzupełnienie nadchodziło z ośrodka zapasowego dywizji w Parthenay. Szkolenie specjalistyczne obejmowało głównie przeprawy (na rzece Loarze), fortyfikacyjną rozbudowę terenu oraz minerstwo, które ze względu na braki materiałowe stało na najniższym poziomie. Dobry poziom prezentowało szkolenie ogólnowojskowe. Do ważnych zadań tego okresu należała również ochrona obiektów rządowych w Angers oraz pełnienie służby reprezentacyjnej przy prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej. W książce Mieczysława Borchólskiego „Z saperami generała Maczka” na str. 41-43 autor opisał swoje wrażenia z pierwszych tygodni szkolenia 2 bsap.

„… Otrzymałem przydział do 1 kompanii saperów, której dowódcą był kapitan Zawisza. Kompania koszarowała w odległości około kilometra od Saint Gemmes, w miasteczku Les Ponts de Cé nad piękną rzeką Loarą.

Stamtąd tramwajem można było dojechać do Angers. Przez cały marzec szkoliłem pluton i dopiero teraz miałem możność zetknąć się ze sprzętem i wyposażeniem francuskim. Moje rozczarowanie było ogromne. Umundurowanie żołnierzy było stare i niepraktyczne, owijacze i spodnie często z granatowego sztruksu, większość sprzętu saperskiego przestarzała, nieprzydatna, bez żadnych nowości, ulepszeń, nie przystosowana do nowej, innej niż pierwsza wojny. W Polsce mieliśmy lepszy sprzęt, lepsze uzbrojenie i wyposażenie. Na tym tle dochodziło nieraz do burzliwych dyskusji między młodszymi oficerami, a starszymi, którzy nie „wąchali prochu”, a teraz sprawowali dość wysokie funkcje wojskowe. Cóż, starali się utrzymać i podnieść na duchu młodych, którzy realnie i raczej pesymistycznie oceniali sytuację.

kan3Żołnierze, których szkoliliśmy, to poborowi, Francuzi pochodzenia polskiego. Muszę przyznać, że na ogół byli dobrymi żołnierzami. Mówili dobrze po polsku i polskość zachowali. Może byli mało zdyscyplinowani, ale solidni, uczciwi i pracowici, mieli chyba cechy środowisk, z jakich się wywodzili. Zachowywali się dość „demokratycznie”, często z francuska do oficerów zwracali się per „wy”, ale byli posłuszni, chętni i co najważniejsze, obdarzali nas dużym zaufaniem. Wynikało to też z sytuacji politycznej i okoliczności, w jakich polskie wojsko było organizowane. Opieraliśmy się na organizacji francuskiej. Nie było różnicy w żołdzie podoficerów zawodowych i rezerwy. Żołd ten był niestety bardzo niski i krzywdzący podoficerów zawodowych. Było normalne, że żołnierze codziennie fasowali czerwone wytrawne wino, około pół litra do obiadu, a może nawet i więcej. Poza tym pili wieczorem w kafejkach, które zawsze były pełne wojska. Warunki te nie stwarzały możliwości zorganizowania karnego i dobrego wojska. Tłumaczono nam, że ważniejsza jest dyscyplina wewnętrzna Szkolili się też oficerowie. Były kursy, zapoznawanie się ze sprzętem, uzbrojeniem, a także ćwiczenia aplikacyjne w terenie.

… Trzydziestego marca 1940 roku na stadionie w Angers odbyła się piękna uroczystość. Przed wyjazdem na front, dwa bataliony saperów, wchodzące w skład dwóch dywizji piechoty, zostały zaprzysiężone przez biskupa polowego księdza Gawlinę. W uroczystości wziął udział prezydent Władysław Raczkiewicz i Wódz Naczelny generał Sikorski, który dowódcom batalionów wręczył przywiezione z Polski sztandary pułkowe”.

Po przysiędze (jeszcze przed wyjazdem do strefy przyfrontowej) batalionowi nadano nazwę „2 kaniowski batalion saperów”.

Obsada najważniejszych stanowisk etatowych batalionu przedstawiała się następująco:

  • Dowódca batalionu – mjr Teodor Rrzewuski
  • Adiutant – ppor. Kazimierz Kukielski
  • D-ca 1 kpmpanii – kpt. Jan Zawisza
  • dowódcy plutonów – por. Włodzimierz Siwiński
  • ppor. Tadeusz Protejko – Leszczyc
  • ppor. Jan Koryl
  • ppor. Marian Jankowski
  • D-ca 2 kompanii – kpt. Wacław Szewczyk
  • dowódcy plutonu – por. Witold Wierzchowski
  • ppor. Wacław Rospondek
  • ppor. Marian Ptasiński

Działania zbrojne i internowanie

W drugiej połowie maja nastąpiło przegrupowanie transportem kolejowymi w rejon Colombey les Belles, gdzie batalion kontynuował szkolenie, które zostało niespodziewanie przerwane. Około 13 czerwca ponownie batalion został przegrupowany transportem kolejowym do rejonu Belfort, tam też 2 DSP została podporządkowana dowódcy francuskiego 45 Korpusu. Otrzymała zadanie obrony kotliny Belfortu. Przez cztery dni miano prowadzić rozbudowę fortyfikacyjną terenu, natomiast pozostałe dni miały być wykorzystywane do szkolenia wojsk. 13 czerwca o godz. 15.00 nadeszła instrukcja dla 2 DSP, w której sprecyzowano jej udział w rozbudowie pozycji obronnej. Dowódca dywizji otrzymał dowództwo części południowej tzw. „odcinka centrum” obrony. Następnego dnia z dywizji odszedł 5 pułk z oddziałem rozpoznawczym dla wzmocnienia oddziału wydzielonego płk Duluca, co nie wpłynęło na zmianę zadań dla 2 DSP, ale ją poważnie i jak się okazało bezpowrotnie osłabiło. W konsekwencji 5 pułk z oddziałem został stracony. W dniu 14 czerwca, po rozpoznaniu terenu, przystąpiono do rozbudowy fortyfikacyjnej planowanego rejonu obrony (m. Belfort). Saperzy byli przydzieleni kompaniami do dyspozycji dowódców odcinków, gdzie pod kierunkiem swoich d-ców kompań wykonywali zapory p.panc., oczyszczali przedpole, wykonywali zawały leśne itp. Prace trwały przez cały dzień 15 czerwca, niestety zmiana sytuacji na froncie spowodowała, że cały trud 2 DSP, w tym i 2 kbsap., okazał się daremny. Francuzi zdecydowali się porzucić Belfort, gdyż oddziały niemieckie podeszły pod Vesoul i Gray, co spowodowało zagrożenie 8 Armii, a tym samym od strony zachodniej 2 DSP. Niemcy znaleźli się w odległości ok. 60 km. Zaczęły napływać często niewykonalne rozkazy od dowódcy armii gen. Laure. Ze względu na zachowanie bojowej wartości sił dywizyjnych i z powodu zmieniającej się sytuacji taktycznej gen. Prugar – Ketling część rozkazów nie mógł zrealizować. Natomiast jego propozycje wykonania zwrotu zaczepnego nie zostały przez dowództwo armii, a później i korpusu, zaakceptowane. W godzinach wieczornych 8 Armia francuska znalazła się w niemieckich kleszczach, od czoła stała 7 Armia niemiecka a od tyłu z zachodu oddziały Guderiana. Nocą 2 DSP przegrupowała swoje siły. Zagrożona z trzech stron, manewrowała w kierunku południowym.

Batalion zabezpieczał marsz 2 DSP. Wysiłek saperów był bardzo duży, ubezpieczano w ciężkich warunkach przegrupowanie poszczególnych kolumn dywizyjnych. Na postojach natomiast budowano wszelkiego rodzaju zapory przeciwpancerne. Ponieważ zagony Guderiana odcięły siłom 45 Korpusu drogę odwrotu, dowódca korpusu nakazał przerwać marsz w kierunku Pontarlier. Polecił w nocy 17/18 czerwca zorganizować obronę na wzgórzach Clos du Doubs i stoczyć tam bitwę. W zależności od jej wyników miano albo przebijać się w kierunku południowej Francji lub przejść granicę Szwajcarii.

kan4Dywizja zorganizowała dwa odcinki obrony; północny i południowy. Pierwszy kontakt z nieprzyjacielem nastąpił 18 czerwca o godz. 13.30. Rozgorzała bitwa obronna, która trwała dwa dni, mimo przewagi ogniowej wroga i wielkiej ruchliwości sił niemieckich, nie udało się im przełamać polskiej obrony ani otoczyć broniących się jednostek. Trzeba wspomnieć, że dywizja broniła się na odcinku 18 km. Nie pozwolono także na jej odcięcie od granicy ze Szwajcarią. W ferworze walki batalion rozbudowywał rejon obrony 2 DSP, następnie jako odwód dowódcy dywizji, batalion obsadził drugą linię obrony w rejonie La Mine- Girode-Courtefontaine. W międzyczasie 18 czerwca 1940 r. o godz. 17.00 dowódca batalionu uczestniczył w odprawie z dowódcą dywizji, gdzie w czasie głosowania opowiedział się za przejściem do Szwajcarii – jedynie dowódca artylerii dywizyjnej był za przebijaniem się na południe Francji. Odprawy jednak nie skończono ponieważ dowódca dywizji został pilnie wezwany do dowódcy korpusu, gdzie zapadły decyzje o obronie wzgórz Clos du Doubs. Po powrocie gen. Prugar – Ketling wydał rozkazy zgodnie z zaleceniami dowódcy korpusu. Decyzja gen. Daille podyktowana była wytworzoną sytuacja militarną, niekorzystną dla 45 Korpusu. Ostateczną decyzję przejścia granicy szwajcarskiej gen. Prugar- Ketling podjął w godzinach popołudniowych 19 czerwca 1940 r. Za podjęciem tej decyzji przemawiały argumenty w postaci braku amunicji, wyczerpanie fizyczne żołnierzy, ograniczenie strat ludzkich do minimalnych oraz postawa posła polskiego w Bernie, który wręcz nalegał na podjęcie tej decyzji. O godz. 19.30 na odcinku północnym i o godz. 20.00 na odcinku południowym nastąpiło opuszczenie stanowisk bojowych.

W nocy z 19 na 20 czerwca batalion stanowił straż tylną głównych sił 2 DSP, zajmując stanowiska obronne w Trévillers i Chauvillers. Po wykonaniu zadania osłony odwrotu 2 DSP 20 czerwca batalion przekroczył granicę szwajcarską w m. Epiguerez, przekroczenie nastąpiło w szyku zwartym z bronią w ręku. Za batalionem przeszli oficerowie 45 Korpusu i dowództwo 2 DSP w honorowej asyście spahisów. Rozlokowali się oni w miejscowości Saignelegier. Tu batalion uczestniczył w podniosłej uroczystości. Na zbiórce przy dźwiękach orkiestry dywizyjnej odśpiewano hymn Polski. Odbyła się także defilada pododdziałów dywizyjnych, którą przyjął dowódca 45 Korpusu francuskiego i dowódca 2 DSP w obecności pułkownika armii szwajcarskiej. Postawa i zdyscyplinowanie Polaków spotkało się z uznaniem obserwujących operację przejścia granicy dziennikarzy z różnych państw. Ogółem z saperów zostało internowanych 18 oficerów i 667 szeregowych. Batalion złożył 3 rkm, 445 kb i 13 pistoletów.

W Szwajcarii saperzy batalionu wspólnie z pozostałymi żołnierzami 2 DSP znosili trudy internowania. Zatrudniani byli do wszelkiego rodzaju prostych i ciężkich prac. Wielu z nich mogło skorzystać z form różnorodnego wielopłaszczyznowego kształcenia. Wśród żołnierzy rozwijała się szeroka działalność kulturalna, sportowa i religijna. W kaplicy Dominikanów w Ilanz, 3 kompania saperów zgrupowana w m. Graubünden, umieściła ufundowany przez siebie ryngraf Matki Bożej.

kan5 kan6

Internowanie skończyło się wraz z klęską Niemiec. Część żołnierzy powróciła do Polski, część wybrała tułaczą dolę.

Wyróżnienia i odznaczenia

W uznaniu zasług dla wysiłku zbrojnego dowódca korpusu gen. Daille wyróżnił batalion w swoim rozkazie w dniu 06.08.1940 r.

Rozkaz Ogólny No 10
generała korpusu Daille
dowódcy 45 Korpusu Armii

Batalion saperów – minerów No 186 2 –ej Dywizji Polskiej – pod dowództwem majora Rzewuskiego opóźnił znacznie posuwanie się nieprzyjaciela w dniach 17-18-19 czerwca w St. Hippolyte- Trévillers- Damprichard przez budowę umocnień, przeszkód przeciwpancernych i niszczeń dokonanych w obliczu nieprzyjaciela. W nocy z 19 na 20 czerwca, stanowiąc straż tylną najważniejszej części dywizji, umożliwił tej wielkiej jednostce wykonać manewr bezpiecznie i w porządku. Niniejsza „cytacja” nadaje „Croix de Guerre”

Daille
(pieczęć okrągła 45 Corps d’ Armée
Le General Commandant)

kan7Croix de Guerre jest odznaczeniem sięgającym rodowodem pierwszej wojny światowej. Ustanowiony został w 1915 roku jako wyróżnienie wszystkich bez względu na stopień żołnierzy, których czyny bojowe uhonorowane zostały pochwałą w rozkazie. W zależności od rangi rozkazu na wstążce odznaczenia nakłada się odpowiednie oznaki i tak:

  • za pochwałę w rozkazie armii przysługuje palma brązowa
  • wyróżniony pięciokrotnie w rozkazach tego szczebla otrzymuje palmę srebrną (pięć palm brązowych zastępuje palmę srebrną)
  • za pochwałę w rozkazie korpusu – gwiazdka złocona
  • za pochwałę w rozkazie dywizji – gwiazdka srebrna
  • za pochwałę w rozkazie brygady bądź pułku – gwiazdka brązowa

W 1939 r. wstążkę zieloną z pięcioma czerwonymi paskami zmieniono na czerwoną z czterema paskami zielonymi. W armii francuskiej nie praktykowano odznaczania typu krzyżem związków taktycznych (krzyżem mogą być odznaczane oddziały).

Zrobił to wspomniany już gen. Daille, który wyróżnił w swoim rozkazie całą 2 DSP oraz jej poszczególne jednostki.

Z 2 kaniowskiego batalionu saperów indywidualnie Groix de Guerre z gwiazdką brązową zostali wyróżnieni:

  • mjr Teodor Rzewuski
  • st.sierż. Józef Kurylcio
  • sierż. Jan Gotfryd
  • plut. Marozalski
  • kpr. Emil Adamski
  • kpr. Kazimierz Spancerski
  • sap. Stefan Hejna

Z polskich odznaczeń Krzyż Walecznych otrzymali saperzy:

  •  por. Włodzimierz Siwinski
  •  por. Jan Szewczyk
  •  ppor. Apolinary Trębski
  •  kpr. Józef Zubek
  •  kpr. Władysław Markocki
  •  kpr. Witold Sokołowski
  •  st. sap. Marian Baran
  •  sap. Proszałowicz

Sztandar Batalionu

Sztandar BatalionuTak jak dziwne i złożone są losy ludzkie, tak dziwne i złożone są losy symboli, które ludziom w ich życiowej drodze towarzyszą. W 1918 roku w ogarniętej wojną i rewolucją Rosji trwała walka o zachowanie polskich formacji wojskowych. II Korpus Polski wykonywał marsz z Sorok pod Kaniów. Zabezpieczający to przemieszczenie jego 2 pułk inżynieryjny wykonał najtrudniejsze zadanie tej operacji, przeprawił cały Korpus przez rzekę Dniestr. Wyróżniający się wyszkoleniem i dyscyplina pułk zasługiwał na specjalne wyróżnienie. 26 marca 1918 roku wiceprezes Związku Wojskowych Polaków 4 Armii rosyjskiej por. Rząśniecki w obecności gen. Józefa Hallera wręczył pułkowi sztandar. 11 –go maja 1918 r. II Korpus stoczył z Niemcami słynny bój pod Kaniowem. W bitwie tej dowodzony przez kpt. inż. Artura Górskiego 2 pułk inżynieryjny odparł wdzierające się do miejscowości Stepańce oddziały niemieckie i obsadził prawe skrzydło stanowisk obronnych pod wsią Jamczycha. Niestety w godzinach popołudniowych gen. Haller przyjął propozycje warunków honorowej kapitulacji. Około godziny 16.00 walka na głównych kierunkach została przerwana. Nazajutrz dowódca pułku zebrał pułk na zbiórce i po oddaniu honorów nastąpiło oddzielenie sztandaru od drzewca. Płat sztandaru został podzielony na 960 kawałków, które rozdano na przechowanie żołnierzom pułku. Środek sztandaru z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej zabrał dowódca- mjr Górski. Orzeł i drzewce zostały spalone….

Po złożeniu broni pułk został internowany. Oficerowie trafili do obozu w Brześciu nad Bugiem, a szeregowi do Güstrow, gdzie przebywali do 15.11.1918 roku. Po zwolnieniu większość z nich wróciła do służby w Wojsku Polskim zasilając 2 a później 3, 9 i 13 b.sap.

W maju 1921 r. mjr Artur Górski przystąpił do formowania 2 pułku saperów. 8 listopada 1921 r. w kaplicy osobistej Naczelnego Wodza w warszawskich Łazienkach, w obecności dowództwa pułku, kompanii honorowej i prawie całego korpusu oficerskiego, Naczelnik Państwa marszałek Józef Piłsudski wręczył 2 pułkowi saperów jako pierwszemu wśród pułków saperskich nowy sztandar. Był to sztandar zupełnie nietypowy. Dowódca pułku nie zapomniał o owych 960 częściach spod Kaniowa, które prawie wszystkie udało mu się zebrać. Zostały one wszyte w środek nowego sztandaru. Na te okoliczność sporządzono na pergaminie odpowiedni akt, który zakuto w drzewcu. Dekretem Naczelnego Wodza nr 3528/21  Dz. Rozk. tajne ne 12 pkt. 115) pułk otrzymał miano – „2 pułku saperów kaniowskich”.

kan9W 1929 roku pułk został przeformowany na 2 bsap. by ponownie w sierpniu 1939 r. stać się baza dla nowo formowanego 2 pułku saperów. W obliczu klęski wrześniowej sztandar został przewieziony do Węgier, gdzie nastąpiło jego przekazanie ówczesnemu attache wojskowemu przy poselstwie RP w Budapeszcie ppłk Emisarskiemu. Oficerem, który dokonał tego wyczynu był Emil Tokarz. Uprzednio okucia i akta wręczenia sztandaru zostały przez niego ukryte w Tarnopolu. 30 marca 1940 r., właśnie na ten uratowany sztandar złożył przysięgę batalion saperów 2 Dywizji Strzelców Pieszych gen. Prugara – Ketlinga. Ponieważ sztandar 2 batalionu saperów był jedynym w 2 DSP dlatego był też przez pewien czas również znakiem bojowym całej dywizji. Przeszedł z batalionem chlubny szlak bojowy kampanii francuskiej aż do internowania w Szwajcarii. Po internowaniu sztandar został zdeponowany w Muzeum Polskim w Rapperwil. W 1953 r. powrócił do Polski. 7 maja 1957 roku został wyeksponowany w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

Andrzej SZUTOWICZ

Literatura:

  • Mieczysław Borchólski „Z saperami generała Maczka” wyd. MON 1990 r. str. 41,42,43
  • Józef Smolinski „2 Dywizja Strzelców Pieszych” (Francja – Szwajcaria) W-wa 1992 r. str. 72,75,227,238,243
  • Józef Smolinski „Wojsko Polskie we Francji” Wyd. „Egros” W-wa 1995 str 37-46
  • Adam Szugajew „Saperzy w służbie Polsce” Londyn 1985 r. str. 326,327,328.
  • Henryk Bagiński „Wojsko Polskie na Wschodzie 1914 –1920” Wyd. Gryf Wyd.II W-wa 1990 r. str. 373, 376
  • Kazimierz Santor „Opowieści wrześniowych sztandarów” Instytut PAX W –wa 1990 r. str. 348. 349
  • Jerzy Pająk „Saperzy II Rzeczypospolitej” Skrypt W-wa 1991 r. str. 28, 179-183.
Rys. J. Magnuski. Samolot IŁ-2 w barwach polskich.

IŁ – 2 pod Świeciechowem

Las od Święciechowa do Netkowa nadal świadczy o rozgrywającym się tu w lutym i marcu 1945 roku wojennym dramacie. Liczne transzeje, wykopy po ziemiankach oraz leje po pociskach potwierdzają ważność dawnego odcinka frontu. Najgroźniejsze dowody tj. odłamki i niewybuchy występują tu jak grzyby. Nic dziwnego, że teren ten dość chętnie odwiedzany jest przez mniej lub bardziej doświadczonych poszukiwaczy. Nie odstrasza ich ustawa zabraniająca amatorskiej archeologii. Niestety, doświadczenia wynikające z obserwacji tego terenu, jakby potwierdzają jej słuszność. Prowadzone na własną rękę poszukiwania „owocują” kolejnymi, wyciągniętymi niebezpiecznymi przedmiotami. Obawa przed konsekwencjami powoduje, że nie są one zgłaszane do odpowiednich służb. Pozostawione, lekko przykryte ziemią, potęgują tylko zagrożenie. Ustawa jednak nie zabrania spacerów i obserwacji. Historyczną atrakcyjność tego terenu potęguje, nie tylko fakt przełamania tu niemieckiej obrony, dużego nagromadzenia w tamtym czasie wojsk i sprzętu, a także przebywanie tu znanych „książkowych” wojskowych. (Np. na wieży kościoła w Lubieniowie przebywał dowódca 1 APanc Gw gen. Katukow, a samym uderzeniem wojsk radzieckich kierował osobiście marsz. Żukow). Wycieczka po tym terenie, to także mała lekcja fortyfikacji polowej.

Ciekawość naszą wzbudziło, pochodzące z tego okresu, stanowisko pod haubicę. Wyraźne wykopy i wały uwidoczniają miejsce na działo oraz na magazyn amunicji i ukrycie dla obsługi. Doskonały materiał do naszego cyklu o fortyfikacjach Drawna, Drawna dlatego, że znajduje się ono na terenie gminy, a konkretnie kilkadziesiąt metrów od szosy odcinka Święciechów – Żółwino. Miejsce to wskazał nam p.Adam Hołownia- pasjonat tych terenów. Nic więc w tym dziwnego, że wspólnie przeprowadziliśmy tam mały rekonesans. Stanowisko jest doskonale zachowane i odpowiednio obwałowane. Schodząc z bocznego lewego wału, nasza uwaga skupiła się na kilkunastometrowej ziemnej bruździe. Bliższe oględziny miejsca i pierwsze znaleziska; blachy, stopione kawałki aluminium, porozrywane łuski, ślady spalenizny. Dochodzimy do wniosku, że obok stanowiska artyleryjskiego spaść musiał samolot. Ślady spalenizny i porozrywane łuski świadczą o dramaturgii zdarzenia. Zataczając coraz większe kręgi, znajdujemy inne jego fragmenty. Na ostatnią blachę natrafiliśmy ponad 50 m. od miejsca wypadku. Zebraliśmy wszystko w jedno miejsce i nic nie wydumaliśmy, oprócz tego, że na pewno tu spadł samolot. Pomoc „przyszła” z Bydgoszczy. Naszym odkryciem zainteresował się pracownik Pomorskiego Muzeum Wojskowego p. Arkadiusz Kaliński. Po przyjeździe do Drawna spróbował określić przynależność znalezionych resztek. Niestety, dostarczały one zbyt mało informacji. Musieliśmy ponownie wrócić do „źródła”. Wzmocnieni dodatkowo przez doświadczonych „odkrywców” PiotraViolettę Ochocińskich z Torunia, zaczęliśmy szukać dalszych śladów. Intuicja kobiety wygrała. Okazało się, że najwięcej dodatkowych elementów było w wykopie artyleryjskim. To tam zostały znalezione blachy pancerne, które wstępnie wskazały na radziecki samolot JŁ-2. Ale pewności jeszcze nie było. Wszystkie części zostały wyłożone; od domniemanego przodu czyli blach pancernych, poprzez blachy kabiny, porozrywane łuski …, aż do elementów drewnianych ogona. Takie ułożenie coraz bardziej przekonywało o trafności pierwszej diagnozy. Za JŁ’em –2 przemawiały nie tylko blachy przedniego kadłuba, ale także łuski po amunicji: 23 mm, 12,7mmm, 7,62mm. Czerwony pasek na jednej z blach świadczył, że samolot został wykonany również z materiałów pochodzących z pomocy amerykańskiej dla ZSRR, a nieliczne elementy drewniane utwierdziły nas tylko w przekonaniu, że samolotem tym był radziecki JŁ-2.

W okresie II wojny światowej wyprodukowano tysiące tych samolotów, przez Rosjan zwanych „latającym czołgiem”, a przez Niemców „czarną śmiercią”. Armia Czerwona posiadała te JŁ-y już z chwilą wybuchu wojny z Niemcami w czerwcu 1941 r. Doświadczenia pierwszych miesięcy tej wojny spowodowały modyfikacje, głównie w postaci wprowadzenia dwumiejscowej, opancerzonej kabiny. Miejsce drugie przeznaczone było dla tylnego strzelca. Wprowadzono także silniejsze uzbrojenie: w skrzydłach dwa działka kal. 23 mm oraz dwa km. kal.7,62mm., a także w części tylnej 1 km. kal.12,7mm (stąd łuski). Zabierał do 600 kg. bomb, 8 (po 25kg.) pocisków rakietowych. Wersję zmodyfikowaną rozpoczęto produkować seryjnie w sierpniu 1942 r. Samolot przeznaczony był do wykonywania ataków szturmowych na cele naziemne. Przy osiągach 404km/h, pułapie 6000 m. oraz zasięgu 600 km. okazał się bardzo skuteczną maszyną. Silnik samolotu rzędowy AM38 (AM38F), chłodzony cieczą, posiadał moc 1770 KM. Samolot ważył 4525 kg, był długi na 11,6 m., wysoki 3,4m., rozpiętość skrzydeł wynosiła 14,6 m. Piloci radzieccy chętnie latali na JŁ-2, a to głównie za sprawą opancerzonej kabiny. Opanowali oni sztukę działania bojowego na wysokość ok. 6 m nad ziemią. „Nasz” JŁ nie miał szczęścia, sądząc po braku innych śladów w chwili zderzenia nie było większego wybuchu, gdyż najprawdopodobniej nie miał na sobie bomb i amunicji rakietowej. Czy powracał z wykonywanego zadania- tego niestety możemy się tylko domyślać. Nie znany pozostaje nadal przydział bojowy samolotu, nic nie wiemy o członkach załogi. Niestety radzieckie materiały faktograficzne dotyczące działań w tym obszarze, są mało szczegółowe. Dlatego należy uznać, że pełnej historii tego rozbitego (straconego) samolotu nigdy się nie dowiemy.

JŁ-2 spod Święciechowa jest czwartym samolotem, którego szczątki zostały znalezione w okolicach Drawna. Z tej czwórki jest on drugim po B-17 rozpoznanym pod względem typu. Część znalezionych resztek JŁ-a została przewieziona do bydgoskiego muzeum, pozostałe części samolotu zostaną wyeksponowane w sali tradycji jednostki.

Andrzej Szutowicz
Marian Twardowski

szczatki samolotu il

Literatura:
Janusz Magnuski. Prezentuj broń. Oręż żołnierza polskiego 1939-1945 s. 280-281 Wyd. Horyzonty

Na wrześniowiej wojnie w 3 batalionie saperów wileńskich

Wprowadzenie*** 

20, 21 września 1939 r. doszło pod Kamionką Strumiłową (w II RP; woj. Tarnopol, 6,5 tyś mieszkańców) do zapomnianej dziś bitwy. Było to 3 dni po wejściu Armii Czerwonej na teren polskich Kresów Wschodnich. Siły radzieckie podchodziły już pod Kamionkę. Znajdujący się w tym rejonie polska Grupa Operacyjna Dubno (d-ca płk Stefan Hanka – Kulesza) zamierzała przejść w kierunku granicy rumuńskiej. Ponieważ uznano, że Polska nie jest w stanie wojny z ZSRR postanowiono uderzyć na blokujące Polaków siły niemieckie (44 niem. DP, inne źródła podają 4 Dyw. Lekka). Wola przebicia się była ogromna. Jednak pierwsze uderzenie nie powiodło się, ponowiono natarcie,które tym razem było skuteczne. Linie niemieckie zostały rozerwane, droga na południe otwarta. W zasadzie typowy dla Kampanii Wrześniowej przypadek, który może dlatego trudny jest do uchwycenia. Tymczasem wydaje się, że w bój pod Kamionką Strumiłową znacznie zaangażowani byli saperzy, co oznaczać może konieczność wprowadzenia pewnych korekt w dzieje tej bitwy. Na pewno pod Kamionką znalazł się batalion radiotechniczny, który gdzieś po drodze wszedł w skład improwizowanego Oddziału Zmotoryzowanego. Drugim pododdziałem saperów był 3 batalion saperów wileńskich lub jego kompanie. Jednak o tym fakcie źródła milczą. Tak się złożyło, że o udziale batalionu w bitwie napisał w swoich wspomnieniach były mieszkaniec Stargardu Szcz. śp Andrzej Kiewlicz. Przytoczone epizody oraz osoba autora bezspornie potwierdzają autentyczność relacji. Andrzej Kiewlicz był miłośnikiem polskich kresów z których pochodził. Współzałożycielem koła Towarzystwa Miłośników Grodna i Wilna w Stargardzie Szcz. Nestorem turystyki polskiej, na stałe związanym z kołem PTTK węzła PKP Stargard Szcz. Lubił poezję, nie tylko wspaniale recytował ale także pisał wiersze. Był głęboko wierzącym i temu także dał świadectwo w wspomnianych wspomnieniach. Co najważniejsze, czuł się przede wszystkim saperem. Niestety nieszczęśliwym saperem. Mimo, że brał udział jako saper w kampanii 1939 roku, forsował Nysę Łużycką w 1945 r. nie został dostrzeżony przez jednostki saperskie do których wytrwale, wielokrotnie, osobiście i listownie zwracał się z prośba o kontakt. Bez rezultatu. Nie był zapraszany na spotkania, akademie, rozprowadzenia. Niniejsze wspomnienie, które spisał i przekazał w 1996 r. „młodym saperom” omal nie wylądowało w koszu. Wyciągnięto je z pliku papierów przeznaczonych do zniszczenia w jednostce saperskiej odznaczonej za forsowanie Odry Orderem Virtuti Militari. Co świadczy, że do niej też swego czasu „zapukał”.

Wspomnienia kpr. Andrzeja Kiewlicza z wojny 1939 r.

Pierwsze dni wojny 1939 r. w Wilnie

Alarm poderwał wszystkich na nogi. Śpieszę się, pakuję do plecaka wszystko co żołnierz ma i dopinając guziki z kolegami biegnę na plac koszarowy, ustawiamy się dwójkami – na zbiórce.

W trzecim batalionie saperów wileńskich wstawał jasny, pogodny dzień 1-go września 1939 roku. Na placu z całym „naczalstwem” czekał dowódca naszej kompanii kpt. Wacław Głowacki. Padły krótkie komendy: „BACZNOŚĆ, KOLEJNO ODLICZ” i wsłuchaliśmy się w słowa dowódcy: „Żołnierze dziś o godz. 4.45 rozpoczęła się wojna! Niemcy napadli na Polskę„. Wielu mechanicznie spojrzało na zegarki, dochodziła 5.30.Od tej pory czas biegł szybko.

Jako kapral d-ca drużyny kompanii szkolnej zostałem włączony w tok przyjmowania i mundurowania napływającej rezerwy. W trakcie tych czynności zostałem wezwany do dowódcy batalionu ppłk. Wacława Damrosz, który oświadczył iż wie, że jestem ze wsi i znam się na koniach dlatego kieruje mnie z paroma saperami do miasteczka po zakup niezbędnych koni do taboru. Otrzymałem kilka tysięcy złotych i po niemałych kłopotach kupując 16 koni rozkaz wykonałem.

Mimo wielkiego chaosu cała akcja przyjęcia żołnierzy przebiegła dość sprawnie. Z dniem 15 września mieliśmy odchodzić do cywila, a tu okazało się, że nie wiadomo kiedy to nastąpi. Oficjalnie przedłużono nam służbę wojskową do niewiadomego okresu.. Nastrój panował dobry bo myśleliśmy, że wojna długo nie potrwa.

W eszelonie

Po załadunku batalionu na pociąg (trzy kompanie), 7 września wieczorem wyjechaliśmy z Wilna. Pierwszym docelowym punktem miał być Brześć. Ponieważ odkryły nas samoloty niemieckie i istniała obawa nalotów bombowych, na noc zatrzymaliśmy się w lesie gdzieś w okolicach Czeremchy. Do ataku samolotów nie doszło. Na drugi dzień około południa, gdy zbliżaliśmy się do Brześcia, nadleciało ich kilka. Rzucali bomby i ostrzeliwali nas z karabinów maszynowych. Wszyscy żołnierze opuszczali wagony i kładli się na nasypach torowisk.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem charakterystyczny gwizd spadających bomb i huk ich wybuchów. Większość z nas położyła się na plecach i obserwowała krążące samoloty. Widać było jak bomby błyszcząc w promieniach słońca z gwizdem spadały w naszym kierunku i wtedy przewracaliśmy się brzuchem do ziemi. Z trwogą oczekiwaliśmy na ich detonacje. Na szczęście spadały niecelne i nie wyrządzały nam szkód. Rannych zostało jednak paru żołnierzy i to tych którzy odbiegli dalej od torów. Na przedmieściu Brześcia staliśmy cały dzień i mieliśmy możliwość wejścia do zbombardowanego miasta. Tego rodzaju obrazy zobaczyliśmy po raz pierwszy. Zwalone i palące się domy przedstawiały straszny widok. Zapamiętałem jeden niesamowity. Na podwórku między domami przygotowano prowizoryczny schron. Niestety trafiła w niego bomba. Porozrywana konstrukcja zmieszała się z ciałami ludzi, a na dachu przybudówki rzucone było rozszarpane dziecko. Widok ten dał nam obraz rzeczywistości wojny. Tam też zobaczyłem i inny obrazek: na wewnętrznej stronie stojącej jeszcze ścianie zbombardowanego domu, wisiał cały dość dużych rozmiarów obraz J. Piłsudskiego. Patrzył na nas swym posępnym wzrokiem.

Naloty w Dubnie

Pojechaliśmy dalej na południe, pod Lwów do Dubna W Dubnie rozładowaliśmy się. Byliśmy tu parę dni, zapoznając się z budową i walorami twierdzy, z której w zasadzie nie korzystaliśmy. Obozowaliśmy przy niej w parku. Tam ponownie przeżyliśmy bombardowania i ostrzał z samolotów. Straty były minimalne tj kilku rannych. W czasie jednego nalotu rozerwała się obok bomba opryskując nas ziemią i ogłuszając hukiem. Wtedy to spotkałem się z paniczną reakcją niektórych żołnierzy. Jeden saper z mej drużyny nie wytrzymał nerwowo, gdy wszyscy padali na ziemię kryjąc się nawet pod zwykłym krzakiem, on nie mógł tego wytrzymać, wstawał i biegł wystawiając się na cel. Paru żołnierzy siłą musiało go trzymać, przygniatając do ziemi.

Kierunek – Kamionka Strumiłowa

Po opuszczeniu Dubna kierowaliśmy się na wschód, gdzie miała być formowana obrona przed Niemcami lub ewakuacja tzw. szosą zaleszczycką do Rumunii. Nie byliśmy już sprzętowo klasyczną jednostką saperską, wszystko zostało w Dubnie, teraz jako piechota szliśmy szosami odpoczywając po wsiach. Dostaliśmy większy przydział amunicji do karabinów i po parę granatów. Pewnej nocy, gdy zmęczeni marszem szliśmy szosą przez las, trawiaste boczne nasypy jakby ożyły rumieniąc się ognikami. Były to robaczki świętojańskie. Utworzyły nam ten widok w momencie gdy idąc w marszu zasypialiśmy.

Świt zastał nas gdy wychodziliśmy z lasu. Podchodziliśmy Bugu, nad nim most, dalej było widać zabudowania, była to Kamionka – Strumiłowa. 

Wychodzących z lasu witał i jakby jednocześnie nas żegnał stojący obok swego sztabu dowódca pułku szwoleżerów płk. Stefan Hanka – Kulesza (w tym czasie dowódca Grupy Dubno przyp. A. Sz.). Na czele kompanii jechał konno kapitan rezerwy, który był już nam znany jako nic nie mający w sobie żołnierza. Siedział na koniu jak męczennik z odparzonymi pośladkami i chyba drzemał. Po przejściu przez most, nie zmieniając szyku doszliśmy do pojedynczych domków przedmieścia Kamionki. Na prawo od szosy było pole z kartoflami, dalej był lasek. Na obrzeżach tego lasku ukazały się samochody ciężarowe. Nie rozpoznano ich z powodu odległości. W pewnym momencie widać było przy nich ruch, ale nikt na to nie reagował. 

Bój

W jednej chwili usłyszeliśmy strzały z karabinu maszynowego i gwizd kul. Kompania zwaliła się do przydrożnych rowów, nie rozpoczynając obrony. Kule karabinów maszynowych wzbiły pył, nie dając się podnieść. Po pierwszym ochłonięciu udało się nam przejść na lewą stronę szosy, która nieco wyższa dawała pewne schronienie. Teraz widzieliśmy, że był to oddział niemiecki. Nasza bierność ośmieliła Niemców, którzy w szybkim tempie ruszyli do ataku. Sytuacja stawała się groźna. W końcu odezwały się polskie karabiny, zmusiły Niemców do położenia się na ziemi. Ja ze swoją drużyną znalazłem się za budynkiem stojącym najbliżej szosy.

Obok węgła drewnianego budynku leżała kupka siana, za którą ułożyłem się zrobiłem podpórkę i zacząłem ostrzeliwać Niemców. Zauważyłem, że pojedynczo przebiegają między dwoma kępkami drzew. Odczekiwałem moment, gdy Niemiec wyskakiwał, brałem go na muszkę i… strzał. Według mojej oceny każdy był celny. Tak powtarzałem najmniej kilka razy. W pewnej chwili obok mnie z prawej strony, zaryła się kula karabinu maszynowego, dotknąłem ją – była gorąca. Jednocześnie jakby mechanicznie przekręciłem się w lewo za węgieł budynku. 

W tym samym momencie od kul niemieckich moja kupka siana poruszyła się i rozprysła. Wtedy uświadomiłem sobie, że ta pierwsza kula była przymiarką do mego strzeleckiego stanowiska. Po odkryciu go został zlikwidowany przez ich obserwatora, ale mnie już tam nie było. Na czole wystąpiły mi kropelki potu, który otarłem z westchnieniem do Boga i Matki Boskiej Ostrobramskiej, której ryngraf (był na piersiach) dostałem od stryja w Wilnie tuż przed opuszczeniem miasta.

W tym czasie zaszły na naszą korzyść nieoczekiwane okoliczności. Otóż z tyłu za nami skryta obrzeżem lasu odezwała się polska artyleria. Strzały były celne, w kolumnie samochodów niemieckich widać było wyraźne zamieszanie. Całkowity chaos nastąpił w chwili gdy pocisk artyleryjski trafił w ich samochód amunicyjny. Olbrzymi huk i rozpryski zgromadzonych tam samochodów świadczyły o celności ognia. To pozwoliło naszej kompanii ochłonąć, padły komendy „bagnet na broń i naprzód do ataku”. Przechodziliśmy szosę i z ogromnym hurra ruszyliśmy do przodu padając od czasu w bruzdy kartofliska (gdyż trwał ostrzał od strony niemieckiej). Ich żołnierze, którzy wyrwali się do przodu, zaczęli uciekać wystawiając się na cel naszym karabinom. Tu wyszedł, nasz niedostatek np. w mojej drużynie miało bagnety tylko 3- ech, 4-ech żołnierzy. Gdy dobiegliśmy do pierwszych zabitych lub rannych Niemców, pierwszym moim odruchem było zdjęcie bagnetów i uzupełniałem nimi mych żołnierzy. W pewnej chwili zauważyłem w przysiadzie Niemca, który miał broń krótką złożoną na ziemi, a w prawej ręce trzymał chusteczkę powtarzając „ich bin oficer, ich bin oficer”. Biegnący obok z lewej strony saper z mojej drużyny wziął go na cel, podbiłem lewą ręką jego karabin i strzał padł w górę. Nakazałem dwóm żołnierzom odprowadzić go na tyły. Strzelałem do każdego Niemca w walce, do poddającego się nie mogłem strzelać tym bardziej, że wiedziałem iż był to oficer. Później widziałem go rozmawiającego z naszym dowództwem. Uciekających przed nami Niemców spotkała inna jednostka także saperska, która przeprawiła się przez Bug. Walka zakończyła się naszym zwycięstwem, gdyż reszta Niemców poddała się i została rozbrojona, do niewoli wzięliśmy 76 –ciu.

Zapamiętane epizody

Oprócz tego parę epizodów utkwiło mi mocno w pamięci.

Z chwilą gdy ruszyliśmy do ataku, z prawej strony obok mnie biegło dwóch młodych podporuczników, jeden z nich został trafiony w oko. Padając, spojrzał jednoocznym niesamowitym wzrokiem. Drugi krzycząc „Romek, Romek!!”. zatrzymał się chwilę przy nim. Zaraz potem szybko z karabinem w ręku dogonił mnie, „kapralu, nie macie trochę amunicji?” – błagalnie zapytał. Ponieważ zawsze starałem się mieć zapas, podałem mu dwa zestawy po 5 sztuk.

Drugi epizod, nastąpił przy kończącej się już bitwie. Zobaczyliśmy pod dużym drzewem leżącego żołnierza niemieckiego. Widać było, że był poważnie ranny, popatrzył na nas i odezwał się po polsku „Bracia, rodacy ja też jestem Polakiem ze Śląska”- zaraz umarł. Staliśmy chwilę oszołomieni – to było straszne. Zapoczątkowana przez naszą jednostkę bitwa o Kamionkę – Strumiłową z pomocą innych polskich jednostek została wygrana, zajęto miasto. Nocleg ze swoją drużyną mieliśmy pod stogiem siana, na przedmieściu.

Po bitwie

Pomimo wielkiego zmęczenia, nim zasnąłem odmówiłem jeszcze część różańca. Z mojej drużyny nikt nie zginął ani nie był ranny. Kolega ze szkoły podoficerskiej kpr. Wojtecki dostał sześć kul w żołądek, zabrany został do szpitala ale o jego losie już nic nie wiedziałem, wątpliwe czy przeżył. Była to nasza pierwsza prawdziwa bitwa i niestety ostatnia. Dalej losy potoczyły się już szybko. Marsze i postoje w lesie, gdzie całą noc przetrwaliśmy pod nękającym ogniem artylerii niemieckiej. Przy dość ładnej pogodzie i wielkiego skomasowania wojska polskiego w Rawie Ruskiej, nadszedł rozkaz zakończenia działań. Zgodnie z umową Mołotow – Rubentrop Rawa – Ruska miała przynależność do Związku Radzieckiego. Niemcy, którzy wcześniej weszli, musieli się wycofać wraz z rozbrojonymi jeńcami z jednostek polskich. Olbrzymi chaos, Niemcy obstawili wszystkie drogi i całą swą potęgę kierowali szosą na Jarosław, gdzie wg. ich zapewnień miała być segregacja i wydania odpowiednich zaświadczeń oraz rozpuszczana do domów. Ten dzień zapamiętałem na zawsze – był to 25 wrzesień 1939 rok. 

Na własna rękę

We trójkę tj. ja i koledzy kaprale już nie istniejącego 3 -go batalionu saperów wileńskich Żuk Jan z Wilna i Rodowicz Zygmunt z Łap postanowiliśmy nie iść w kierunku wyznaczonym przez Niemców. Przeskoczyliśmy przez płot do ogrodu obsadzonego kukurydzą i krzakami porzeczek, położyliśmy się pod ich gałęziami postanawiając czekać aż się ściemni. Do wieczora było jeszcze dość daleko. Po pewnym czasie wszedł jakiś pan, który okazał się prywatnie właścicielem ogrodu a służbowo nauczycielem w szkole. Był na tyle dobry, że dostarczył nam picie, trochę żywności i przyniósł mapę wg. której wyznaczyliśmy dalszą drogę. Wyszło. 250 km. (do Brześcia), skalkulowaliśmy; 5 dni po 50 km na dobę. Gdy się ściemniło, a na ulicach już był spokój, nauczyciel wyprowadził nas pod górkę w stronę lasu, pokazał nam drogę i tam rozstaliśmy się. Wyszliśmy na szosę zupełnie pustą i maszerowaliśmy po żołniersku. Na sobie mieliśmy umundurowanie z tym, że pasami głównymi opasaliśmy mundury pod płaszczami, do tego mały plecak i zrolowane na ramieniu koce, w tych nieznanych nam okolicach liczyliśmy się z zimnem. 

Gdzieś około godziny 24.00 usłyszeliśmy warkot czołgów. Przed nami wyjechał łazik patrolowy. Zatrzymaliśmy się – Gdzie idziemy? „Domoj” odpowiedziałem znając język rosyjski. Kapitan był wielce roztropny „No tak – tak, wsio haraszo”.

A my poszliśmy dalej. Jak liczyliśmy do Brześcia doszliśmy po pięciu dniach, tu Ruscy nas na dobre zatrzymali i wszystkich, którzy dążyli do domu wsadzili do wagonów towarowych. W nocy zaryglowano je, pociąg ruszył i skierował się na wschód w niewiadome – do domu wracałem zupełnie inną trasą i to nieprędko.

Andrzej Kiewlicz
saper 3 bat. sap. Wileńskich,
późniejszy saper 2 AWP.
Uczestnik forsowania Nysy Łużyckiej

Wprowadzenie*** 
Andrzej Szutowicz