Roman Juszkiewicz

Zapomniana jednostka z Drawna, czyli 083 posterunek obserwacyjno-meldunkowy

Z początkiem lat 50-tych XX w. w Drawnie i Brzezinach funkcjonowały w ramach obrony przeciwlotniczej posterunki obserwacyjno-meldunkowe. Stanowiły one dość prymitywny system obserwacji przestrzeni powietrznej i wczesnego ostrzegania. Ich funkcjonowanie wzorowane było na podobnym wojennym systemie niemieckim, polskie posterunki często umieszczano w miejscach, gdzie uprzednio działały niemieckie. Pamiętający te czasy starsi mieszkańcy Drawna wspominają nieraz o wojsku, które stacjonowało w obecnym budynku Urzędu Miasta i o tym, jak jako małe dzieci dostawali od żołnierzy wojskowe suchary.

Posterunek w Drawnie oznaczony jako 083 posterunek obserwacyjno-meldunkowy działał jako jeden z siedmiu posterunków obserwacyjnych, wystawionych przez pluton obserwacyjno-meldunkowy (d-ca plutonu ppor. /płk Roman Juszkiewicz *– na zdjęciu) 3 kompanii (d-ca ppor. Lucjan Apeld) 49. batalionu obserwacyjno-meldunkowego (d-ca mjr Wiktor Kamiński, szef sztabu – kpt. Jan Jasiukiewicz). Batalion powstał w Legionowie na bazie 1 batalionu łączności. Stosowny rozkaz został wydany 29 marca 1950 r. Przewidziano dla niego 634 etatów wojskowych i 2 kontraktowych. W skład batalionu wchodziły cztery kompanie, tj. trzy obserwacyjno-meldunkowe i jedna szkolna. W lipcu 1950 r. sztab batalionu przeniesiono do Wałcza. W tym czasie dzięki utworzeniu kolejnych batalionów stworzono system obserwacyjny, który obejmował około 150 posterunków obserwacyjno-meldunkowych i 16 posterunków zbierania i opracowania informacji na stanowiskach dowodzenia (SD) kompanii i batalionów. Miejscem stacjonowania dowódcy plutonu 3 kompanii, któremu podlegał drawieński posterunek, był Czaplinek, natomiast dowództwo kompanii mieściło się w Wałczu. Dowódca plutonu miał na stanie służbowego konia, który był na posterunku w Studnicy. Obok Studnicy i Drawna pluton ten miał posterunki w Czaplinku, Kaliszu Pomorskim, Budowie (w sezonie letnim na kominie). Obserwacja przestrzeni powietrznej na posterunku była całodobowa. Oczywiście prowadzono ją bez względu na warunki atmosferyczne. Zimą żołnierze posterunku zaopatrzeni byli w waciaki, buty filcowe, swetry, czapki uszatki oraz długie kożuchy, a także w podgumowane peleryny na słotę. Etatowo na wyposażeniu posterunku były stoliki kursowe, lornetki, dwa aparaty telefoniczne AP-48, busola, zegar z funkcją budzika i pięć kilometrów kabla telefonicznego. Uzbrojenie dla pięciu żołnierzy składało się z broni etatowej typu PM wz 43 wraz z amunicją oraz granaty ręczne RG-42 i F-1 (wszystkiego oprócz amunicji po 5 szt.). Żołnierze wyznaczeni do pełnienia służby na posterunkach otrzymywali pieniężny ryczałt z dodatkiem socjalnym, tzw. „dobs”. Była to podwyższona norma żywieniowa. Na posterunku prowadzono książkę przychodów i rozchodów pieniężnych, która sukcesywnie kontrolowali przełożeni. Żołnierze zakupów dokonywali sami w miejscowych sklepach. Początkowo raz na miesiąc kupowali na własne potrzeby prosiaka lub cielaka, zmieniło się to, gdy wprowadzono kartki na mięso. Zaopatrzenie mundurowe i kwaterunkowe posterunku otrzymywano z kompanii. Żołnierze we własnym zakresie urządzili punkt obserwacyjny, dół nasłuchowy oraz schron.

Metoda pracy posterunku była prymitywna, tzn. prowadzono obserwację wzrokową i słuchową, dlatego czapek zimowych nie można było wiązać pod brodą. Obserwator stał na wyznaczonym punkcie bez żadnego oszklenia, w tym czasie drugi żołnierz czuwał w pomieszczeniu mieszkalnym przy aparacie telefonicznym. Telefony na punkcie i w pomieszczeniu były ze sobą połączone. Meldunek z posterunku na hasło „powietrze” przesyłany był na stanowisko dowodzenia kompanii, a następnie na SD batalionu i dalej do Głównego Posterunku Obserwacyjno-Meldunkowego w Pyrach pod Warszawą (utworzonego 27 lutego1950 r.). Tam opracowywano raport o sytuacji powietrznej.

Niestety, praca posterunku spotykała wiele ograniczeń, szczególnie z powodu warunków atmosferycznych i z powodu braku stacji radiolokacyjnych w stosunku do liczby zaangażowanych ludzi był mało wydajny.

W maju 1952 r. na bazie 49. batalionu obserwacyjno-meldunkowego sformowano w Bydgoszczy 8. samodzielny pułk obserwacyjno-meldunkowy (8. spobsmeld). Dowódcą pułku został mjr Wiktor Kamiński, szefem sztabu – kpt. Lucjan Ratyński. Zastępcami dowódcy zostali: kpt. Henryk Seroka (ds. liniowych), por. Lech Lipiński (ds. radiolokacji), por. Andrzej Węgrzyn (ds. technicznych). Pod koniec 1952 r. na odcinku na południe od Czaplinka włącznie działały także posterunki obserwacyjno-meldunkowe 078 Czaplinek, 079 Bobrowo, 080 Sławno, 081 Stara Studnica, 082 Kalisz Pom, 083 Drawno, 084 Brzeziny i dalej, posterunki takie istniały jeszcze w innych miejscowościach: nr 087 w Strzelcach Krajeńskich, 089 w Santoku, 089 w Murzynowie. Według potwierdzonych danych siedziba posterunku w Drawnie mieściła się w budynku obecnego Urzędu Miejskiego. Natomiast wieża obserwacyjna mieściła się na Górze Winnej. Reorganizacja systemu obserwacji powietrznej i, co za tym idzie, wprowadzenie na wyposażenie Wojska Polskiego radarów spowodowało zlikwidowanie znacznej liczby posterunków, w tym w Drawnie i w Brzezinach. Jednak w tym czasie Brzeziny wchodziły w skład terytorialny gminy Kołki

opowieści zatomskie

Opowieści zatomskie

Opowieść pierwsza, czyli Historia Herberta Meinel”

Zatom, lata 1920 – 1937

Opowieść pani Ireny Westphal z.d. Steinberg (w Zatomiu), zam. Austernbrede 35, 33330 Gütersloh: Mój ojciec, Rudolf Steinberg (1898 – 1995) opowiadał tę historię często i chętnie jako przykład na to, że i młodzi gniewni wyjść mogą na porządnych ludzi.

Ojciec Herberta, Meinel, był właścicielem bardzo ówcześnie znanej firmy produkującej instrumenty muzyczne „Meinel und Herold” w Klingenthal (na południe od Zwickau na czeskiej granicy). W wyniku różnicy zdań między nim a ojcem, młody Herbert spakował pewnego dnia swój tobołek i wyruszył na wędrówkę. W latach dwudziestych było to bardzo popularne. Wielu młodych mężczyzn wyruszało na pieszą wędrówkę przez kraj – jedni z żądzy przygody, inni ze względu na rosnące bezrobocie. Nie było dnia, żeby taki włóczykij nie zapukał do drzwi mego rodzinnego domu z prośbą o jakiś datek. I tak pewnego dnia Herbert Meinel zawitał w Zatomiu. Przypuszczam, że zima stała wtedy tuż za progiem i szukał po prostu ciepłego kwaterunku na nadchodzące chłody. Poszczęściło mu się – znalazł dach nad głową i dodatkowo pracę. Z mężczyznami ze wsi chodził do lasu na wycinkę – dla Zatomian, oprócz flisactwa było to ważne źródło dochodów. Herbert Meinel był już wkrótce posiadaczem dwóch koni, którymi przewoził drzewo. (Może więc nie opuścił on rodzinnego domu z pustymi kieszeniami?) Wkrótce poznał on swą późniejszą żonę, Marthę Schwandt; pobrali się około roku 1926. Martha była córką głównego flisaka Gustava Schwandt i jego żony Luise mieszkających pod numerem 34 na Planie Roedera. Również brat Marthy, Ernst Schwandt, mieszkał ze swoją rodziną w gospodarstwie pod numerem 30 (Plan Roedera). Ojciec Herberta często ponawiał próby sprowadzenia go do domu, ten jednak wolał zostać w Zatomiu. W 1926 r. ojciec dla swojego syna kupił gospodarstwo z numerem 30, jednakże z przyczyn wychowawczych część kwoty zakupu pozostawił Herbertowi w formie długu. Herbert Meinel gospodarzył pilnie i z rozwagą. Jego postawa zdobyła mu uznanie wśród wszystkich mieszkańców wsi. Z czasem tradycją stały się zatomskie wizyty rodziców Herberta, którzy regularnie przyjeżdżali w odwiedziny do dzieci i wnuków. Z tej okazji zawsze organizowano w gospodzie Beyer poczęstunek z szampanem – mała sensacja dla Zatomia! W ramach nagrody za pracowitość syna ojciec Meinel polecił dostarczać mu w czasie żniw skrzynkę piwa tygodniowo. Tym zajmował się szynkarz Ewald Steinberg. (To od Ewalda ojciec znał tę historię – jakże to były inne czasy (1926) w porównaniu z 1995 r. – cóż to dzisiaj jest skrzynka piwa? – a wtedy była to sensacja, o której dyskutowali wszyscy we wsi!). Małżeństwo Meinel miało już wtedy dwie córki – Gertrudę (ur.1927) i Charlottę (ur.1928), później dołączyła do nich jeszcze piątka dzieci. W 1937 r. ojciec Herberta kupił mu posiadłość wielkości 100 ha w Oelsnitz w Vogtland, dokąd przeprowadziła się cała rodzina. Gospodarstwo w Zatomiu sprzedane zostało Karlowi Klueckmann (bratu Ericha Klueckman z gospodarstwa 2), możliwe, że wpływ na to miał fakt, że matka Ewalda Steinberga z urodzenia nazywała się Klueckmann. Siostra Hildegarda (w Zatomiu od 1.04.1938) poślubiła później nauczyciela ze szkoły leśnictwa, Theo Peter ze Steinbusch. Pani Dorothea Zehe, ur. Feddersen (córka nadleśniczego Friedrich Christian Feddersen, 1871 – 1934; jego nagrobek zachował się po dziś dzień na cmentarzu w Werder) tak pisze o Theo Peter:„Wszystkie roczniki ze szkoły leśnictwa od 1926 począwszy go znają. Był profesorem od „nieleśniczych” przedmiotów – niemieckiego, matematyki, muzyki (we wszelakiej formie) i nauk przyrodniczych – lubianym i szanowanym. Ze swoją rodziną mieszkał w Steinbusch aż do roku 1945, po długiej tułaczce zamieszkał z nią w Hoexter, gdzie zmarł.

Opowieść druga: „Wspomnienia z okresu między 30.01.1945 r. a wysiedleniem w połowie lipca 1945 r. Zatom”

(napisała Ella Sell z domu Splettstoesser, urodzona w Zatomiu)

Ella Sell z Zatten (Zatomia) prowadziła w Zatomiu pocztę, napisała niniejszy list w czerwcu 1945 roku. List nadany został w Wusterwitz, miejscowości, do której pani Sell zbiegła. Adresatką listu była pani Marie Menz z domu Mueller (żona żandarma Otto Menz z Zatten), przebywająca wówczas w Magdeburgu. List ten przekazany został do archiwum w Choszcznie przez panią Gerdę Faenger, z domu Menz, córkę Marie i Otto Menz.

„Zanim odpowiem na Pani pytania, muszę zdać Pani najpierw relację z tego, co przekazał mi w sprawie Pani męża Ernst Wenzel po powrocie z amerykańskiej niewoli. Rozmawiał on krótko z Pani mężem w połowie kwietnia, w okolicach Hamburga. Ten powiedział mu, że ma się dobrze. Pani mąż schronił się (podczas ucieczki – przyp. red.) na wozie Eichelmeyerów z Friedenau. Razem z nim jest tam teraz również Otto Beyer z Neuwedell (Drawno). Proszę się więc za bardzo nie przejmować. Być może już niedługo mąż do Pani dołączy. Rodzina Wenzel dotarła tu, do Wusterwitz, we wtorek. Także teściowa i Wilhelm są tutaj. Nie było ani jednego pociągu do Berlina. Wilhelm walczył w Berlinie, poniósł rany i otrzymał przepustkę z Kuestrin (Kostrzyn). Miejmy nadzieję, że już wkrótce przyjadą jego śladami inni. O Bruno (Sell, mąż Elli, zaginiony od czerwca 1944, w Rosji – przyp. Red.) niestety niczego więcej nie słyszałam. Mam nadzieję, że przebywa w niewoli i pewnego dnia powróci. Wracali już żołnierze ze Stalingradu czy z Sybiru.

Przejdę teraz do opisu całej naszej drogi przez cierpienia. 30 stycznia wmaszerował do Zatomia rosyjski patrol rozpoznawczy z Radencina (Regentin). Tego samego wieczoru zjawiła się również grupa niemieckich spadochroniarzy, którzy poradzili nam opuścić wieś jeszcze tego samego wieczoru. Po zmierzchu przedarliśmy się przez wysokie śniegi – najpierw do Barnimia (niem. Fuerstenau), a nasze bagaże ulokowaliśmy na wozie u Paula Beyer. Różni zatomianie zostali na miejscu (Otto Quade, Butzin, Bomke). Jeszcze tej samej nocy przeżyli oni bitwę pancerną, rozegraną gdzieś między Zatomiem, Radęcinem a Zatomską Smolarnią (Fritz Moerke „Walka o okręg Arnswalde w roku 1945.”, s. 25 – 32; przyp. red.). Salę u Bayerów zmieniono w szpital polowy, leżało tam ponad 100 rannych. Do 2 lutego zatrzymaliśmy się w pałacu w Barnimiu. Potem wróciliśmy do Zatomia, powiedziano nam bowiem, że niebezpieczeństwo minęło, a Rosjanie zostali pobici i są w odwrocie. Gdy dotarliśmy na miejsce, wieś pełna była niemieckich żołnierzy. Poszliśmy najpierw do naszego domu, ale ledwo tam dotarliśmy, przekazano nam, że wieś należy opuścić do godziny 15-tej. To było gorzkie rozczarowanie. Niemieckie wojsko zabrało wszystkich rannych na wozy ciężarowe. Wylądowaliśmy w Berlinie. Na początku maja wróciliśmy do Zatomia. Większość szła pieszo. Dotarliśmy 25.05, była z nami pani Haack. Z zakopanych rzeczy nikt niczego nie odnalazł. Również u Państwa wszystko zostało wykopane. Trzeba było się z tym najpierw oswoić. Przez te sześć tygodni, które spędziliśmy wtedy w Zatomiu, mieszkaliśmy u Elsbeth. Cała rodzina Sell była razem. Był to jedyny dom, który wyglądał jeszcze po ludzku – mieszkali w nim oficerowie. W pozostałych nie dało się wytrzymać – brud był niemiłosierny. Kiedy już się trochę przyzwyczailiśmy do nowych warunków, znowu musieliśmy odejść. I znów wyruszyliśmy w pieszą wędrówkę. Dużo, dużo trudu i mordęgi, Polacy przepędzali nas dalej i dalej. W Pyrzycach (niem. Pyritz) Polacy zatrzymali do robót państwa Loerke, Roeder, Krueger, Wernicke, Oehlke, Klueckmann, Otto Schwandt i panią Haack. Czy wysłali ich potem z powrotem do Zatomia? Elfriede Reichert zmarła w Zatomiu na tyfus, nie leżała długo w chorobie. Willi Schmidt i żona Ernsta Bahr powiesili się, zbyt wiele musieli wycierpieć od Rosjan.”

Źródło: Heimatgruβ Rundbrief

Georg Gransee

Ritterkreuz z Brzezin

Najwyższe odznaczenia bojowe otrzymywali nieliczni, czasem dzięki nim znaleźli miejsce w historii regionu i kraju. Dawni mieszkańcy terenów dzisiejszej gminy Drawno wiedzieli, że landrat Achatz Wilhelm August von Waldow (ur. 11.01.1771) posiadał Pour le Mérite. Było to odznaczenie wysokiej rangi, niestety elitarne. Między innymi w nawiązaniu do niego ustanowiony został w 1939 r. order, który miał być nadawany żołnierzom wszystkich stopni w celu podkreślenia równości żołnierzy armii (jednak większość odznaczonych byli oficerami). Tym odznaczeniem był Krzyż Rycerski, właśc. Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego (Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes, RK), czyli najwyższe odznaczenie bojowe III Rzeszy, order, który niejako stanowił wyższy stopień Krzyża Żelaznego. Początkowo stanowił on jedną klasę Krzyża Żelaznego i umiejscowiony był w hierarchii między Krzyżem Żelaznym I klasy a Krzyżem Wielkim Krzyża Żelaznego. W toku wojny ustanowiono dalsze cztery jego klasy, tj.: Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu, Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu i Mieczami oraz z Liśćmi Dębu, Mieczami i Brylantami. Najwyższa klasa, Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego ze Złotymi Liśćmi Dębu, Mieczami i Brylantami. Przede wszystkim nadawany był za wyjątkowy akt odwagi w obliczu nieprzyjaciela lub za całokształt dowodzenia podczas bitwy. Ponadto przyznawany był za uzyskanie odpowiedniej liczby punktów za zestrzelenie wrogich samolotów (początkowo 20 punktów, punkty zależały m.in. od liczby silników samolotów – do trzech za samolot czterosilnikowy), za zatopienie okrętów lub statków o tonażu 100000 ton lub czyn wykraczający poza zwykłe obowiązki (np. uratowanie ciężko uszkodzonego okrętu). Podczas wojny szczegółowe kryteria były zaostrzane, lecz zdarzały się też wyjątki od ogólnych zasad. Krzyż Rycerski Żelaznego Krzyża był równoramienny o rozszerzających się na zewnątrz ramionach. Wymiary wahały się od 48,2 mm do 48,8 mm. Noszony był na czarno-biało-czerwonej wstążce pod szyją o szerokości 45 mm. Było to odznaczenie niezwykle cenione i dotychczas ma rangę niemal międzynarodową. Do grona odznaczonych tym orderem należy pochodzący z Brzezin oberfeldwebel der Reserve Georg Gransee (ur. 29. czerwca 1917, zm 23. 01. 1945). Urodził się w budynku pocztowym w Brzezinach niem. Berkenbrügge. Tu też kończył szkołę ludową. Ojciec Emil (05.09.1884 – 1945) pochodził także z Brzezin, gdzie zmarł. Matka Martha Jodekdins ur. 24.02.1887 r. w Prusach Wschodnich, zm. 15.03.1978 r. w Hermannstein, Kreis Wetzlar. Miał dwie siostry także urodzone w Brzezinach – Johanna (1913 – 2000) i Hildegard (1915 – 2005). Do Wehrmachtu został wcielony 16. 11.1938 r. Początkowo służył w 6 lekkiej kompanii czołgów, na bazie której powstał w Karniowie w Czechach 31 pułk czołgów (Panzer-Regiment 31). W wojnie z Polską nie brał udziału, dopiero razem ze swoim pułkiem wszedł na krótko do boju podczas wojny na Zachodzie. W dniu 16.04.1941 r. otrzymał awans na stopień Obergefreiter, walczył na Bałkanach z Jugosławią i Grecją. Przeszedł wówczas do 2 kompanii 31 pułku czołgów. 06.05. 1941 r. odznaczony został Krzyżem Żelaznym 2 kl. Po zakończeniu działań w Grecji wrócił do Niemiec, gdzie pułk zregenerował siły. Brał udział w operacji Barbarossa, czyli w inwazji na ZSRR. Znalazł się w 8 kompanii swego pułku, który wszedł w skład 5 Dywizji Pancernej. Walczył pod Moskwą na przełomie 1941 /1942 r. 23.12.1941 r. otrzymał Krzyż Żelazny 1 kl. W lipcu 1943 r. powrócił do 2 kompanii. 12 lipca mianowany został na stopień Feldfebel. W dniach 14 i 15. 08.1943 r. brał udział w ciężkich walkach pod Wiaźmą. Podczas gdy główne siły radzieckie znajdowały się na południe od tej miejscowości, śląski dywizjon czołgów zabezpieczał na prawym skrzydle znajdujące się na wzgórzu słabe siły pancerne dywizji. Z tyłu były stanowiska artylerii i pododdziały zabezpieczenia. Wieczorem 14 sierpnia 1943 roku Rosjanie zaatakowali wzgórze brygadą pancerną wspartą dwoma batalionami. W chwili kiedy utrata wzgórza była zagrożona, śmiałym Gransee zaatakował skrzydło atakujących i osobiście zniszczył dwa czołgi. Następnego ranka przeciwnik znowu zaatakował. Powyżej 10 czołgów zniszczył pociąg Gransse, Feldwebel Gransee osobiście zniszczył trzy czołgi 44-tonowe KW 1. Udaremniono pięć ataków piechoty radzieckiej na wzgórze. Jeden rosyjski czołg, wykorzystując dolinę od południowej strony wzgórza, próbował przedostać się na niemieckie tyły, ten manewr udaremnił Gransee ze swoim czołgiem i zniszczył przeciwnika. Potem niszcząc dalsze czołgi, musiał się wycofać na osłoniętą pozycję. Ogólnie podczas tego boju zniszczył 21 czołgów wroga. Po rozkazie o odwrocie przyczepił do swego czołgu działo przeciwlotnicze, a załogę przetransportował na czołgu. Potem znowu znalazł się na pierwszej linii frontu. Za wykazaną w tych bojach odwagę i zimną krew 19 września 1943 r. został odznaczony krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego. Otrzymał ranę w lewe oko i od 15 stycznia 1944 r. przebywał na leczeniu w IV Szpitalu Rezerwowym w Regensburgu. W 1944 r. został Fahnenjunker-Oberfeldwebel. Po wyleczeniu trafił na front wschodni do 7 kompanii swego pułku. Walczył w Prusach Wschodnich i na Dolnym Śląsku. 23.01.1945 r. poległ pod m. Stradomia Wierzchnia (niem Ober-Stradam ) koło Wrocławia. Pochowany został na niemieckim cmentarzu wojennym w Nadolicach Wielkich. Posiadał Medal za służbę w Wehrmachcie IV kl. (Dienstauszeichnung der Wehrmacht IV. Klasse), Brązową Odznakę „Za rany” (Verwundetenabzeichen in schwarz), Medal za Kampanię Zimową na Wschodzie 1941/1942 (Medaille Winterschlacht im Osten 1941/42), Srebrną Odznakę za Walkę Pancerną (Panzerkampfabzeichen in Silber).

Marian Twardowski i Andrzej Szutowicz

 

Literatura

  • http://geschichte.prepedia.org/wiki/Georg_Gransee
  • http://www.onlineofb.de/famreport.php?ofb=arnswalde_friedeberg&ID=I17826&nachname=GRANSEE&lang=se
  • Heimatgruβ Rundbrief 168/1980 str.13
kanonik Jan Jodłowski

Kolejny proboszcz

W kronice parafialnej w Drawnie jest mała wzmianka: „Następcą ks. Galasa był ks. kanonik Jan Jodłowski. Molestowany przez parafian zraził się do Drawna i po krótkim pobycie przeniósł się do Chłopowa”. Wpis ten niestety nie wystawia dobrego świadectwa ówczesnym parafianom. Zachodzi pytanie czy jest obiektywny, czy wynika raczej z uprzedzenia osoby prowadzącej kronikę ? Tak się złożyło, że trzeci w kolejności proboszcz drawieński jest w Drawnie zupełnie nieznany i do tej pory jego życiorys ograniczał się do krótkiego stwierdzenia, że swego czasu był grekokatolikiem. Niestety, w kronice pomylono imię księdza, gdyż nie był Janem, a Stefanem. Na nieprzeciętność tej postaci zwróciła mi uwagę red. Elżbieta Lipińska, której rodzicom ks. Jodłowski udzielił ślubu. Korekta imienia i wskazówki red. Lipńskiej spowodowały, że z dostępnych źródeł wyłoniła się postać niezwykle ciekawego duchownego.

Życiorys do 1939 r.

Stefan Jodłowski ( Stepan Jadłowśkyj, Степан Ядловський) urodził się 22.05.1901 r. w Szklarach (powiat sanocki, dekanat rymanowski ) w rodzinie Teodora i Anastazji. Miał brata Michała, nauczyciela sanockiego sprzed 1939 r. Po ukończeniu Greckokatolickiego Seminarium Duchownego w Przemyślu został wyświęcony na kapłana 26.06. lub 27.06.) 1926 r. Miejscem jego posługi stała się Łemkowszczyna. Do 1929 r. był też wykładowcą Nowego Testamentu na macierzystym seminarium. Następnie w 1930 r. został zarządcą w Tylawie w pow. krośnieńskim (dekanat dukielski) i w 1932 r. był proboszczem w Puławach w powiecie sanockim (dek. bukowski). 01.05.1934 r. został proboszczem (paroch) parafii w Polanach Surowicznych (pow. Sanock, dek. rymanowski). W tym samym czasie objął funkcję członka Rady (kapituły) Administracji Apostolskiej Łemkowszczyzny. W 1936 r. obok niego Kapitułę stanowili księża: Wołodymyr Ardan, Maksym Durkot, Wołodymyr Mochnackij, Joan Polańskij, Kostiantyn Polańskij, Ołeksandr Prysłupskij i Iwan Tytnar. Kanclerzem Administracji był w tym czasie Joan Polańskij. Ks. Jodłowski pełnił także funkcje egzaminatora prosynodalnego, członka Rady ds. Ochrony Wiary i Obyczajów, cenzora ksiąg religijnych oraz obrońcy związków małżeńskich, sędziego prosynodalnego, Był redaktorem jedynego (wyd.1936 r.) schematyzmu Apostolskiej Administracji Łemkowszczyzny.

Parafia Polany Surowiczne

Według danych z 1931 r. wieś liczyła 103 gospodarstwa i 679 mieszkańców. Kościołem parafialnym była tu cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Początek powstania parafii datowany jest na 1690 r. Pierwsze zapisy o budowie cerkwi pochodzą z 1728 roku. Cerkiew, wg opisu z 1761 r., była drewniana, z trzema kopułami, pokryta gontem. W nawie miała dwa okrągłe okna, w prezbiterium cztery. Na ścianach wisiało 15 obrazów. Wewnątrz był wspaniały, rzeźbiony chór i carskie wrota. W czasie wojny mieszkańcy wsi wspomagali ruch UPA i byli źle nastawieni do Polaków.


Apostolska Administracja Łemkowszczyzny

W 1934 r. w wyniku sprzeciwu wobec ukrainizacji Łemków powstała na terenie greckokatolickiej diecezji przemyskiej Apostolska Administracja Łemkowszczyzny. Była to samodzielna jednostka organizacyjna, podległa bezpośrednio Stolicy Apostolskiej, miała swego administratora, który choć niezależny, biskupem nie był. Jego siedzibą był Rymanów Zdrój, a później z przerwami Sanok. Obawiając się wzrostu wpływów ukraińskich, co poczytywano jako ryzyko wynarodowienia, dwaj przedwojenni administratorzy AAŁ podjęli działania typowo antyukraińskie i tak: administrator ks. Wasyl Maściuch zakazał liturgicznych śpiewów po ukraińsku, a administrator ks. Jakiw Medwecki zakazał duchownym prenumerowania i czytania czasopism ukraińskich. Nic dziwnego, że taka postawa spowodowała poparcie władz II Rzeczypospolitej dla Łemków. 12.03.1936 r. zmarł nagle ks. dr. W. Masciuch, co poczytywano jako ziemską ingerencję środowiska ukraińskiego. Podczas jego pogrzebu 15.03.1936 r. ks. Jodłowski wygłosił pożegnalną mowę. Ukrainizacji jednak po wybuchu wojny nie zapobieżono. Stało się to za sprawą kolejnego administratora ks. Aleksandra Malinowskiego, który opowiedział się po stronie ukraińskich nacjonalistów. Pod jego „rządami” zaczęto posługiwać się językiem ukraińskim, odnowiono ścisłe kontakty z cerkwią ukraińską. Na obszarze AAŁ działalności mieszkało w 1943 r. około 127 tysięcy greckokatolickich Łemków, oraz 18 tys. prawosławnych. W dniu 24.07. 1944 r., by wobec zbliżania się frontu zachować ciągłość kierowania Administracją, ks. Malinowski powołał trzech wikariuszy generalnych. Sam przeniósł się do Krynicy, która w tym czasie była ważnym ośrodkiem ukraińskiego życia narodowego. Powołani wikariusze mieli zarządzać ternem AAŁ tam, gdzie nie mógł tego robić ks. Malinowski. Wśród powołanych był ks. Stefan Jodłowski, pozostali dwaj to ks. Iwana (Jana) Pidharbija z Olchowca, ks. Andrija (Andrzeja) Złupko z Gładyszowa. Ksiądz Jodłowski, według danych archiwalnych AAŁ, objął tereny po wschodniej stronie frontu. Utworzył kancelarię wikariatu generalnego, która posiadała oryginalne pieczęcie, wydawał przepisywany ręcznie biuletyn informacyjny „Wisti Heneralnoho Wikariatu AAŁ w Polanach Surowicznych”. Podczas operacji dukielsko-preszowskiej na terenie parafii stacjonowała niemiecka 68 Dywizja Piechoty, która atakowana była przez wojska trzech radzieckich korpusów. Zmagania wojenne doprowadziły do zniszczenia wielu budynków należących do Kościoła unickiego Łemkowszczyzny. Zginęli także kapłani ks. Damian Dziama i ks. Mychaił (Michał) Semel. 26 lutego 1945 roku ks. Aleksander Malinowski (ks. O. Małynowśki) przeniósł się z Krynicy do Wróblika Szlacheckiego i zwołał na 20.03.1945 r. kongregację duchowieństwa wschodnich dekanatów AAŁ, w której jako wikariusz generalny wziął udział ks. Jodłowski. Na tym spotkaniu powołano członków nowej kapituły AAŁ, wśród których znalazł się także ksiądz Jodłowki. Miesiąc później ks. Malinowski przeniósł się do Sanoka, przedwojennej siedziby AA.

Wysiedlenia

Dnia 09.09.1944 r. został zawarty Układ pomiędzy Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a Rządem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad, dotyczący ewakuacji obywateli polskich z terytorium USRR i ludności ukraińskiej z terytorium Polski. Układ podpisali Edward Osóbka-Morawski i Nikita Chruszczow. Postanowienia wówczas zawarte dały podstawę do wysiedlenia osób narodowości ukraińskiej, białoruskiej, rosyjskiej i rusińskiej z Polski do USRR, oraz przesiedlenia w nowe granice Polski Polaków i Żydów, którzy do 17 września 1939 r. byli obywatelami polskimi. Po zajęciu przez Armię Czerwoną całej Łemkowszczyzny zaczęto w tym regionie realizować ustalenia układu. Mimo że w swej większości Łemkowie byli lojalni wobec władz polskich i nie współdziałali z UPA, to również ich przesiedlenia objęły, co stało się początkiem rozpadu Łemkowszczyzny. Trwał także terror rodzimy np. 20.05.1945 r. UPA za nieposłuszeństwo powiesiło we wsi ks. Jodłowskiego Ukraińca – Wasyla Homyka. Łemkowie na zawsze opuszczali swoje ziemie, niestety – jak się okazało – był to największy exodus tej ludności. Tereny zarządzane przez ks. Jodłowskiego stały się także widownią działalności represyjnej i czysto bandyckiej; w 1945 roku zostali zabici: ks. Petro (Piotr) Andrejczuk z Załuża, ks. Mychajło (Michał) Hajduk z Łubnej, ks. Orest Kałużnjacki z Izdebek, ks. Josyf (Józef) Krysa z Końskiego. Administrator ks. Aleksander Malinowski, obawiając się aresztowania przez NKWD, uciekł przez Czechosłowację do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Po jego ucieczce przestała we wrześniu 1945 r. działać kuria AAŁ. W 1946 roku w czasie starć Wojska Polskiego z UPA zginęli: ks. Ołeksander (Aleksander) Malarczyk z Karlikowa, proboszcz z Sieniawy ks. Orest Wenhrynowicz, który został zabity w Komańczy, ks. Wołodymyr (Włodzimierz) Kostyszyn z Woli Niżnej. 24.01. 1946 r. 34 pułk piechoty WP zaatakował oddział UPA w czasie tego starcia zabity został ks. Ołeksander (Aleksander) Malarczyk wraz z żoną, córką i 6-letnią wnuczką.. Żyjący w ciągłym zagrożeniu życia, wikariusz generalny ks. S. Jadłowski wiosną 1946 roku opuścił Łemkowszczyznę i uciekł do Czechosłowacji’ znalazł schronienie na terenie greckokatolickiego biskupstwa w Preszowie, gdzie przez jakiś czas pomagał miejscowym duszpasterzom greckokatolickim. W 1947 r. rozpoczęła się na Łemkowszczyźnie druga faza przesiedleń, tym razem w ramach akcji „Wisła” między 24.04. a 31.06.1947 r. wysiedlono około 35 tys. Łemków. Był to definitywny koniec AAŁ, która formalnie nigdy nie została rozwiązana. Po prostu zabrakło wiernych. Łemkowie walczący o pozostanie na swojej ziemi najczęściej zmieniali obrządek na łaciński.

Proboszcz parafii katolickich

Po 1947 r. powrócił (prawdopodobnie nielegalnie) do Polski i pracował w obrządku łacińskim. W 1948 r. objął parafię w Drawnie. Niestety, nie został tu zaakceptowany i przeniesiono go do parafii w Choszcznie, w której został wikariuszem. Oddelegowano go do Chłopowa (gmina Krzęcin, powiat Choszczno), gdzie stworzył zręby nowej erygowanej w 1951 r. parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, której został proboszczem. Od 01.10. 1948 r. posługiwał także w Zieleniewie. Często błędnie podawany jest jako pierwszy proboszcz Zieleniewa. Tymczasem został nim dziewięć lat później ks. Feliks Kurczewski. Ks. Jodłowski do Zieleniewa często przychodził z Chłopowa pieszo. Spośród wiernych wsi Pławno i Zieleniewo powołał tu komitet kościelny, którego zadaniem była troska o kościół w Zieleniewie, a także podjęto starania o utworzenie osobnej parafii. Przystąpiono wówczas do adaptacji na plebanię dawnej pastorówki. Dzięki staraniom jego i komitetu powstał tu samodzielny wikariat, a następnie w dniu 24.10.1957 r. parafia. Dał się poznać jako ofiarny kapłan, wiele od siebie wymagający i wspierający innych ludzi. W latach pięćdziesiątych rozpracowywany był przez funkcjonariuszy PUBP. Wspomniana parafia była wówczas bardzo rozległa, więc ksiądz Stefan Jodłowski duże odległości dzielące np. kościoły w Objezierzu, Chłopowie czy Zieleniewie przemierzał pieszo. Do dziś jest serdecznie wspominany przez swoich dawnych parafian, którzy wyraz temu dają np. podczas wypominków związanych ze Świętem Zmarłych. Według wspomnień najstarszych mieszkańców ksiądz Jodłowski w czasie drugiej wojny światowej cudem uniknął śmierci. Był kilkakrotnie wieszany, za każdym razem sznur pękał. Podobno z tego powodu proboszcz z Chłopowa miał kłopoty z głosem. Zmarł w 47. roku kapłaństwa w Państwowym Domu Specjalnym dla Przewlekle Chorych w Trzcińsku-Zdroju. Jego życzeniem było spocząć na cmentarzu w Chłopowie, wśród swoich parafian. W jego dawnej parafii w Polanach Surowicznych zachowały się tylko zdziczałe sady ślady po budynkach (kamienne piwnice), 2 kapliczki i ruiny dzwonnic. Stoją tu dwa drewniane budynki – pozostałości po gospodarującym tu od 1952 r. gospodarstwie PGR w Moszczańcu.

Literatura

  • http://www.odrzechowa.izoo.krakow.pl/lemkowie/polany.html
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/Apostolska_Administracja_%C5%81emkowszczyzny
  • http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/lemkowie/religia/aal http://lemko.org/polish/sprz/04.html
  • http://www.rymanow-zdroj.pl/materialy/tom01_8.pdf
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/Stepan_Jad%C5%82ow%C5%9Bkyj http://edu.gazeta.pl/edu/h/Stepan+Jad%C5%82ow%C5%9Bkyj
  • http://www.bajki.reklik.com/S3ZffidFdVx6VWh4ZmN9emd9cktZc3h-fH9nYmF1e310SDdVITMrJX16fnhlZW51aW1ieWw
Pastor Julius Rohr

Pastor z Drawna – szukający znalazł dom?

Julius Rohr (ur. 05.09.1904 r. w Berlinie, poległ w Rosji 18.08 .1941 r.) W latach 1932 – 1941 był pastorem w Drawnie. Zamieszczona fotografia pochodzi z kroniki dzisiejszej parafii katolickiej w Drawnie . Sądząc po wspomnieniach pastor dobrze zapisał się w pamięci aryjskich Neuwedellczyków. Natomiast z relacji przedstawiającej dzieje żydowskiej rodziny Steinbach (prof. dr Klaus Hermann) wyłania się postać nazistowskiego antysemity:

„Po dojściu Hitlera do władzy w Drawnie zaczęły się prześladowania ludności pochodzenia żydowskiego. W tym początkowym okresie prym wiódł ówczesny burmistrz, członek NSDAP Conrad Muller. Jednak w 1935 r. opuścił on miasto. Niesławę po sobie zostawili: miejscowy policjant Fritz Kaltenbach, rzeźnik Otto Weber, jak również sąsiad Steinbachów Willi Staege i Walter Kopplin. Duchowo byli oni wspierani przez miejscowego pastora i SA – Sturmführera Rohra (odgrywał on znaczną role w mieście do puczu Röhma w 1934 r.). Steinbachom zniszczono ogrodzenie, zdewastowano ogród i powybijano szyby w oknach. Louisa Steinbacha aresztowano. W areszcie przesiedział blisko osiem dni, był tam tak bity, że nie potrafił usiąść. Po zapłacie 600 RM kaucji, został wypuszczony…” 

Anneliese Hohensee zapamiętała pastora jako życzliwego ludziom duchownego. Każdy Drawnianin przypomina sobie, tego duchownego, wykonującego swoją posługę w Drawnie przez stosunkowo krótki czas od 1932 r. do 1941 r.
Mam jeszcze w pamięci ten okres kiedy dość często spotykaliśmy się. Nasza znajomość rozpoczęła się podczas mszy pogrzebowej za mojego ojca w Święciechowie w drugą niedzielę adwentu 1932 r. Po pogrzebie moja matka i ja zostaliśmy zabrani przez pastora Rohr i superintendenta Gramlow samochodem do Drawna na plebanię, gdzie czekała na niego żona z młodszą córką Nikt nie przeczuwał, że ten młody proboszcz osiem lat później także ofiaruje swoje życie! Za nic!

Pamiętam wyraźnie pastora jak w pierwszych dniach maja 1933 modlił się nad grobem mojego młodszego brata. Także i wtedy starał się pocieszyć mnie i moją matkę.
Czasami miał odmienne zdanie na temat ówczesnej sytuacji, ale to była jego sprawa. Przypominam dobrze sobie naszą ostatnią rozmowę w moim domu. Przeczuwał, że zginie na froncie. Jego twarz promieniała gdy umierał. Poległ na polu chwały śmiercią bohatera 18.08.1941 na północnych krańcach Rosji.

Bardzo się wyróżniał, był niebieskookim blondynem. Jednak nie zawsze był tym co rzucało się w oczy. Pochłonęła go polityka, ponieważ był dowódcą grupy SA widziało się go często w mundurze. Mówiono, że czasami, w pośpiechu zapominał ściągnąć buty SA i podczas nabożeństwa miał je pod sutanną. Jednak od 1933 nie widywano go już w mundurze SA.

Znany z licznych wspomnień o starym Drawnie Winfried Dell napisał nawet artykuł o pastorze w którym stara się wyjaśnić jego postępowanie.

„I przyszedł dzień, gdy mi się zwierzył, dlaczego nie należy już do czynnego aktywu SA.Po dojściu Hitlera do władzy zapytano go czy nie porzuciłby sutanny i nie zostałby wyższym urzędnikiem SA. Poprosił o czas do namysłu.

Następnie odpowiedział, że jako Niemiec ma obowiązek wspierać Hitlera i jest przekonany, że tylko on zdoła odbudować gospodarczo, politycznie i socjalnie Niemcy. Wielu ludzi będzie chciało być we władzach SA a na pewno Niemcy będą potrzebowały również dobrego proboszcza i dlatego chciałby poświęcić się służbie Bożej jako kapłan, rezygnując jednocześnie z członkostwa w SA.W ciągu roku przekonał się, że narodowy socjalizm ma inne pojęcie na temat kościoła niemieckiego. Sam byłem tego świadkiem, gdy podczas mszy Gestapo aresztowało Martina Niemöllera i tylko dzięki temu, że był członkiem partii i starym weteranem nie poniósł większych konsekwencji.

Jeszcze w kwietniu tego samego roku opuściłem Drawno, aby rozpocząć dalszą naukę w Winsen. Nie miałem tam dostępu do kościoła; brakowało mi osobowości proboszcza Rohra. Podczas mojego urlopu w lecie 1940 widziałem go na drawieńskiej plaży ostatni raz, pomagał przy przeprowadzeniu egzaminów pływackich. Był do końca w szczególny sposób autorytetem dla miejscowej młodzieży, a i innych ludzi duchowo wzmacniał.”

Niemiecka pocztówka sprzed 1939 roku przedstawiająca wnętrze drawieńskiego kościoła.

Niemiecka pocztówka sprzed 1939 roku przedstawiająca wnętrze drawieńskiego kościoła.

Opracował: Marian Twardowski

Ksiądz Stachowiak

Drawieńska parafia za księdza Stachowiaka

Przez Drawno idzie gościniec szeroki
A przy nim nasz kościół mały, niewysoki,
A za tym kościołem plebania się kryje.
Niechaj Ks. Jubilat do stu latek żyje !

Do stu latek żyje ! Pracuje nad nami
By nas zaprowadził przed Pana nad Pany
Bo już lat szesnaście tu w Drawnie przebywa
I najtwardsze dusze dla nieba zdobywa.

Śpiewajcie dziś starzy i młodzi, śpiewajcie
Ks. Proboszczowi życzenia składajcie!
Niechaj w zdrowiu, szczęściu i radości żyje
Niechaj się Imię Jego tu chwałą okryje !

Za wszystkie przykrości my Cię przepraszamy
I kwiaty wdzięczności u stóp Twych składamy.
Daruj, daruj, księże wszystkie przewinienia
Prowadź nas, ach prowadź do Boga do nieba.

Czterdzieści lat już mija, jak zostałeś kapłanem.
Przez czterdzieści lat stawałeś przy ołtarzu przed Panem
By Mu służyć wiernie, chociaż trudy i cierpienie
Drogę Twoją wyścielały i krzywdy Ci wyrządzały.

Promień światła i radości, niech Twe czoło opromienia.
Niech za trudy pracy znoje spłyną na Cię łaski
O ! Niech z wysokości Bóg nagrodzi Twój znój, trud
Niech łaskami obsypuje, niebo dla Ciebie Przygotuje.
Krystyna Maciąg

Następcą ks. Galasa był ks. kanonik Jan Jodłowski. Niestety w Drawnie nie został przez parafian zaakceptowany, trudno dziś orzec dlaczego. Możliwe, że przyczyna tej niechęci kryła się w tym, że był grekokatolikiem w czasach, kiedy duchowieństwo tego wyznania przeszło niemal do podziemia. Jedyną szansą uniknięcia represji było dla nich posługiwanie w parafiach rzymskokatolickich. Stało się to możliwe, gdyż Pius XII nadał kardynałowi Hlondowi uprawnienia Delegata Ojca Świętego dla katolików obrządków wschodnich. Spowodowało to, że kapłani greckokatoliccy nie musieli przejść formalnie na obrządek łaciński, lecz zachowując status grekokatolika do czasu zmiany sytuacji, pozostawali księżmi katolickimi. Czasami obejmowali parafie katolickie. Ponieważ nierzadko mieli rodziny, które na ogół nie przebywały z nimi, niezorientowani w sytuacji parafianie sądzili, że gdzieś tam na boku utrzymują kochanki z dziećmi. Niestety takie opinie można i dziś usłyszeć w Drawnie. Ksiądz Jodłowski nie znalazł wspólnego języka z parafianami, zraził się do Drawna i po krótkim pobycie przeniósł się do Chłopowa, gdzie przebywał do śmierci.

Dnia 01.10.1948 r. objął parafię ksiądz Brunon Stachowiak. Przybył do Drawna ze Szczecina-Pogodna (parafia Św. Krzyża). W międzyczasie parafia skurczyła się i obejmowała następujące filie i szkoły: Barnimie, Brzeziny, Dominikowo, Kołki, Suliszewo i Żółwino. Pracy w kościołach było moc, wykonywano roboty konserwacyjne, a okna, drzwi, ławki i ołtarze naprawiano sposobem gospodarczym. Kościół w Brzezinach nadawał się już do kapitalnego remontu, tak samo wieża kościoła w Barnimiu. Ponadto msza święta odprawiana była także w prywatnym domu w Zatomiu, gdzie urządzono kaplicę. Właściciel posesji jednak wyjechał i przez krótki okres miejsce kultu doraźnie urządzano w szkole. Wierni w Suliszewie, w Barnimiu i w Dominikowie zakupili szaty liturgiczne i sprzęt kościelny. Do pozostałych miejscowości ksiądz wszystko co potrzebne do sprawowania liturgii zabierał z Drawna, w którym rozpoczęto remont kościoła. Ubytki w posadzce zalano betonową warstwą ze szlifem i częściowo położono płytki. Naprawiono dach i zewnętrzną elewację, a wewnątrz pomalowano olejną farbą chór, ławki, balustradę i lamperię. Cały kościół wymalowano kredową farbą. Sprawiono figurę Miłosierdzia Pana Jezusa, nawę, kapy fioletowe, garnitur bielizny kościelnej, ubranka dla ministrantów, nowe chorągwie żałobne. Ks. Stachowiak do 1950 r. prowadził osobiście naukę religii w szkołach według ustalonego planu zajęć, potem cofnięto mu pozwolenie nauczania, prowadzenie tych lekcji przejęli nauczyciele religii – katecheta i katechetka. Po ich zwolnieniu dzieci na naukę religii przychodziły do kościołów.

Konflikt z Radą Parafialną

W 1953 r. doszło do ostrego konfliktu między proboszczem a Radą Parafialną; otóż naprawa dachu kościelnego została przeprowadzona nieumiejętnie i niesumiennie. Zlecono ponowne prace dekarskie grupie technicznej pracującej w miejscowym POM-ie i ta grupa nie wywiązała się z przyjętego zobowiązania. Konsekwencją tego była rozprawa sądowa, w której stroną skarżoną był wykonawca wsparty przez Radę Parafialną. Żądano podwójnej zapłaty za wykonane roboty, jednak sprawę wygrał ks. Stachowiak. Ponieważ cała Rada występowała przeciw niemu, to po procesie rozwiązał ją. Posypały się donosy i skargi do Kurii Biskupiej i do Kancelarii Prymasa Polski.

W roku 1953 roku przyjechał do Drawna legendarny dziś generał z Miastka, ks. Bernard Witucki. Ksiądz generał przez dziewięć dni nauczał przed bierzmowaniem kandydatów do tego sakramentu. W dniu 12.10.1953 r. ks. infułat Zygmunt Szelążek (b.ordynariusz Ordynariatu Gorzowskiego w latach 1952 – 1956, następnie proboszcz parafii Św. Rodziny w Szczecinie) bierzmował 541 wiernych.

17.01.1955 r. uderzył w kościół mocny huragan, który poważnie uszkodził dach. W roku maryjnym parafię przygotował do odpustu jubileuszowego O. Kruża, prowincjał Misji Św. Rodziny, u którego w seminarium był kandydat do stanu kapłańskiego drawnianin Bernard Dzierbunowicz. Jednak po jakimś czasie Dzierbunowicz opuścił Zgromadzenie i wstąpił do Seminarium Duchownego we Wrocławiu.

Opinia proboszcza o parafianach

Parafianie pochodzą z różnych stron: Drawno przeważnie ma wiernych z Diecezji Wileńskiej z Derewna, stąd wiele nieporozumień metrykalnych zwłaszcza przy wysyłce „No temere” – Barnimie i Suliszewo oraz Dominikowo i Żółwino mają ludność z parafii Medenice (diec. przemyska). Zwarta grupa z Poznańskiego osiedliła się w Święciechowie, Niemieńsku i Konotopiu. Frustracja w parafii jest wielka i wykazuje tendencję zniżkową. Z każdym rokiem ubywa ludności, chociaż przyrost dzieci nie maleje. Jak to tłumaczyć? Ludność jest biedna, rolnicza. Miasteczko nie ma żadnego przemysłu terenowego. Pozostało po wojnie fabrykę sieci, tartaki i warsztaty przeniesiono do Darłowa, Stargardu i innych miejscowości. Ludność wyłącznie zajmuje się rolnictwem, nawet kolejarze i urzędnicy, którzy pracują w miejscowych instytucjach komunalnych albo państwowych. Liczne PGR-y (12) gospodarują deficytowo. Indywidualnych gospodarstw jest coraz mniej. Rozbiórka trwa na całej linii.

Budowano tylko POM-y, a i to, o ironio, na gruncie kościelnym, zapisanym w testamencie parafii katolickiej i kościołowi przez niańkę (2 ha według zapisów w aktach ks. prob. Galasa). Ziemi ornej parafia nie zatrzymała. Było z przydziału 15 ha tuż za torami kolejowymi naprzeciw stacji, z posiadłości gminy wyznaniowej niemieckiej. Religijność ludu jest tradycyjna, ofiarność nierówna. Około 120 rodzin utrzymuje parafię. Reszta jest nastawiona konsumpcyjnie i nieskora do ofiar.

Boże Ciało 1955 i 1956 roku

W roku 1955 doszło do incydentu między proboszczem a władzami świeckimi. Otóż 06.06.1955 r. ksiądz proboszcz wbrew własnej propozycji otrzymał zgodę na zorganizowania procesji Bożego Ciała wzdłuż ulicy Poprzecznej. Zły na stan techniczny ulicy uniemożliwiał przyjęcie tej propozycji. Zadziałała Opatrzność i wieczorem tego samego dnia runęły na niej dwie kamienice. W związku z tym procesja odbyła się tylko wokół kościoła. Na ten czas przestał padać deszcz i na krótko poprawiła się fatalna tego dnia pogoda. Co ciekawe, rok później ponownie wyznaczono trasę procesji przez ulicę Poprzeczną.

Na reakcję ks. Stachowiaka odwołującą jej przejście przez miasto niemal w ostatniej chwili władze telegraficznie zmieniły swoją decyzję i przy pięknej pogodzie procesja Bożego Ciała odbyła się szlakiem tradycyjnym. W dniu 1 września 1955 r. został przeniesiony do Lipian (pow. Myślibórz) ks. Jan Kozioł (wikariusz w latach 1953 – 55). Z Lipian natomiast przybył ks. Jan Głażewski. Wikariuszem był do 1.07.1957 r. Zorganizował chór kościelny, który po kilku udanych występach otrzymał z referatu do spraw wyznań nakaz rejestracji, w razie niewykonania nakazu miał być on rozwiązany. W związku z taką postawą władzy chór przestał istnieć.

Ciekawy dla parafii był rok 1956 i to nie tylko ze względu na Boże Ciało. Dnia 03.06.1956 r. odbyły się prymicje ks. Bernarda Dzierbunowicza, pierwszego mieszkańca polskiego Drawna wyświęconego na księdza. Pochodził z Derewna. Urodzony w 1929 r., zm. 17.02.1991 r. Wyświęcony na księdza został we Wrocławiu. Na prymicję przybyły tłumy parafian. Potem ks. Dzierbunowicz został wikariuszem w Ścinawie, uczył religii w Parszowicach, nastepnie został proboszczem w Działoszynie k. Bogatyni. W Parszowicach odbyły się prymicje bł. ks. Jerzego Popiełuszki. W 1956 roku do Seminarium Duchownego zgłosiło się 2 kandydatów, w tym Jerzy Oszkiel. Nadto trzy dziewczyny wstąpiły do Zgromadzeń Żeńskich, były to: Jadwiga Moroz, Elżbieta Korzonek i jeszcze jedna, która z zakonu wystąpiła. Ponadto Członkowie Żywego Różańca (jest 10 róż matek – 3 panien i 1 ojciec) razem z parafianami ufundowali nowy dywan do ołtarza głównego.

26 VIII 1956 r. drawnianie z księdzem wikarym uczestniczyli w pielgrzymce na Jasną Górę, o której jeden z zagranicznych korespondentów napisał :„ Nigdy jeszcze świat nie widział na żadnej manifestacji publicznej tylu ludzi naraz. W zimą zaśpiewał rozwiązany chór kościelny. Czysty dochód w kwocie 7381 zł ofiarowano na cele budowy stałego ołtarza głównego. Pierwszą ofiarę na ten cel w kwocie 500 zł złożył były parafianin ze Szczecina. Przybył on do krewnych i wstąpił do kościoła na sylwestra, gdzie na zakończenie starego roku regularnie proboszcz zdawał relacje z bilansu Rady Kościelnej i informował o zamiarach inwestycyjnych na następny rok. Wspomniał o chęci budowy ołtarza liturgicznego. Po otrzymaniu niespodzianej wpłaty (ofiary) przystąpił do realizacji tego zamiaru. By spłacić podjęte zobowiązania, ks. Stachowiak skonfliktował się z ks. Szelążkiem i sprzedał swój samochód i inne cenne rzeczy.

Czy ksiądz Kazimierz Kołwzan uciekł z Drawna?

W 19 lipca 1957 r. roku przybył z parafii pw. Wniebowziecia N.M.P. w Nowogardzie (był tam w latach 1954 -57) nowy wikariusz ks. Kazimierz Kołwzan (1927 – 2007). Urodzony w Osinówce na Wileńszczyźnie, ochrzczony został 17 lutego w kościele pw. MB Szkaplerznej w Gugohajach. Święcenia kapłańskie przyjął 29 czerwca 1954 r. W kronice odnotowano, że spóźnił się do nowego miejsca posługi, czyli do Drawna. Po przyjeździe oznajmił, że chce zamieszkać w budynku gospodarczym i aż do jego remontu poprosił o urlop. Ostatecznie wykorzystał pierwszą nadarzająca się okazję, by nie być w Drawnie i jeszcze jako drawieński wikariusz osiadł w Suliszewie. 15 X 1957 r. w uroczystość św. Teresy została kanonicznie erygowana parafia p.w. Św. Trójcy w Suliszewie. Tym samym Suliszewo, Kiełpino, Krzowiec zostały od Drawna odłączone. Kołki pierwotnie przyłączone do parafii Zieleniewo, ponownym dekretem zostały przyłączone dodatkowo do Suliszewa. Ksiądz Kazimierz Kołwzan został proboszczem tej parafii. Funkcję tę sprawował do 24 sierpnia 2004 r. Także ostatnie lata swojego życia spędził jako rezydent w Suliszewie. Do dziś jest legendą tej miejscowości. Jego odejście do Suliszewa ks. Stachowiak skwitował z ulgą: „Odetchnąłem, gdy został w Suliszewie”.

Okrojona Parafia

W miesiącu powstania parafii w Suliszewie Brzeziny zostały wyłączone z parafii Drawno i przyłączone do parafii nowo erygowanej w Zieleniewie.

Wskutek tego podziału parafia Drawno, mimo że położona była na znacznym terenie, stała się parafią małą „ nie licząc 2000 dusz, w tym 190 obrządku grecko-katolickiego i 200 prawosławnych.” Na domiar złego huragan uszkodził zabytkową wieżę kościelną w Barnimiu w takim stopniu, że groziła runięciem i zawaleniem samego kościoła. Trzeba było od razu rozpocząć prace, które wg kosztorysu zatwierdzonego przez Kurię Biskupią oraz przez wojewódzkiego konserwatora zabytków, wynieść miały108200 zł. Ks. Stachowiak zaciągnął pożyczkę i podupadł na zdrowiu. Pomagał mu ks. Zdzisław Chlewiński z KUL.

Władze agitowały katechetów do przyjmowania stałej, intratnej posady nauczycielskiej przedmiotów świeckich. Wielu potem zwolniono. Rok 1959 zaczynał się od zapowiedzi misji św. i wizytacji kanonicznej. Wszystkie krzyże przydrożne odnowiono i ozdobiono, tak samo krzyże misyjne przy kościele parafialnym w Drawnie i przy kościołach filialnych. W czasie Misji Świętej przypadło 25-lecie kapłaństwa ks. bp. Wilhelma Pluty. W tym czasie ukończono roboty przy budowie głównego ołtarza. Wizytacja kanoniczna odbyła się w dniu 18.10.1959 r. Tego dnia bierzmowano około 450 osób, w tym 40 z innych parafii. Ks. bp. Pluta był w Barnimiu i w Dominikowie, gdzie witano go i żegnano niezwykle serdecznie. Przed odjazdem odwiedził rodzinę wielodzietną Gącików i grób matki zmarłego biskupa (?) grekokatolickiego śp. Reszetyło, gdzie po złożeniu wieńca odprawił modły w obecności licznej grupy wiernych. Udało się ustalić, że bp Pluta modlił się przy grobie niemal 90-letniej Agafii Reszetyło, zmarłej 10.01.1954. Pochodziła ze wsi Ulhówek (woj. lubelskie). W 1921 r. wieś należała do woj. lwowskiego, miała 1136 mieszkańców, w tym 1055 Ukraińców i 13 Żydów. W czasie wojny także w wyniku walk z UPA została niemal całkowicie zniszczona. Dziś jest siedzibą gminy. Wynika stąd, że Agafia Reszytyło znalazła się w Drawnie w wyniku akcji „Wisła”. Kim był wspomniany jako biskup ksiądz Reszytyło?

Roman Reszetyło (1880 –1952) – kapłan greckokatolicki, prałat, wyświęcony w 1907 r., po przyjęciu święceń wyjechał na studia do Wiednia, gdzie w 1908 r. obronił doktorat z teologii. Po powrocie do kraju wikariusz w Ulhówku, pow. Rawa Ruska (1912–1914?), katecheta w gimnazjum w Sanoku (1914?–1921?), administrator (1921–1922) i proboszcz (1922–1927) w Poteliczu, pow. Rawa Ruska. Od 1922 r. wykładał język hebrajski w Greckokatolickim Seminarium Duchownym w Przemyślu, pełnił też wiele funkcji w kurii przemyskiej (m.in. był kanclerza, prosynodalnego sędziego, obrońcy związku małżeńskiego, przewodniczącego sekcji pomocy cerkwiom towarzystwa „Eparchalna Pomicz”). Aresztowany 27.06.1946 w nocy z piątku na sobotę, tj. 28–29.06., wywieziony z innymi zatrzymanymi w kierunku granicy z ZSRR. Wszyscy zostali przekazani NKWD; przetrzymywani byli w więzieniu przy ul. Parkowej we Lwowie, potem przetransportowano ich do Kijowa, gdzie zostali osądzeni. Ks. Reszetyło zesłany został do łagru, zmarł w Kazaczyńsku w Krasnojarskim Kraju, tam też został pochowany. Z zatrzymanych w dniach 26 – 27 06.1946 i przekazanych ZSRR kapłanów zmarli w łagrze bądź na zesłaniu: w 1947 r., bł. ks. bp Jozafat Kocyłowski OSBM i w 1950 r. bł. ks. bp Grzegorz Łakota, ur.1883 (obaj wyniesieni na ołtarze przez Jana Pawła II w 2001 r.) oraz w 1947r. zmarł ks. Bazyli Kozłowski, ur. 1876.

Kolegium

W 1960 roku za „ zatrzymywanie księży bez zameldowania” proboszcz drawieński został ukarany grzywną przez kolegium d.s. wykroczeń (za spowiedź wielkanocną). Mimo odwołania do Wojewódzkiego Kolegium, orzeczenie zatwierdzono 1. 09.1960 r. została usunięta ze szkół nauka religii. Katecheta Filip Bogucki uczył jeszcze do końca października. W Zatomiu w domu Lejbików odprawiano godziny duszpasterskie, regularnie co drugą niedzielę. Do Drawna przybył nowy wikariusz ks. Edmund Łata, objął naukę religii po wioskach. Po renowacji salki katechetycznej w Drawnie regularnie odbywały się lekcje nauki religii. Lekcje religii odbywały się normalnie i regularnie przy prawie 100 % frekwencji. W filiach w Dominikowie i w Barnimiu wpłynęły ofiary na wykonanie stacji Drogi Krzyżowej, które zostały poświęcone w dniu 07. 03.1962 r.

Peregrynacja – Kopia Obrazu MB Częstochowskiej w Drawnie

W sobotę dnia 10 VIII 62 r. przybyli do parafii OO. Redemptoryści: o. Golec z Torunia i o. Tokarski z Wrocławia z misją przygotowania duchowego parafii na uroczystość Nawiedzenia Obrazu M.B. Częstochowskiej w kopii Cudownego Obrazu Pani Jasnogórskiej.

Kościół po gruntownym remoncie tonął w zieleni i był udekorowany gustownie na przyjęcie Obrazu M.B. Częstochowskiej. Wieże kościelne były iluminowane i udekorowane flagami narodowymi. Na cmentarzu zbudowano ołtarz polowy. Cały cmentarz ozdobiono zielenią, nowy parkan został iluminowany i przybrany. Nadto remontowano i odmalowano salkę katechetyczną.

Było dużo wczasowiczów. Oni również przystępowali do sakramentów świętych. Liczba rozdanych komunii św. przekroczyła liczbę 5000, co stanowiło przepiękny wynik pracy włożony w przygotowanie. Spowiadało 15 kapłanów obcych, a w nocy pełniło dyżur 4 kapłanów. Nocne nabożeństwa i uwielbienia stanowe oraz „ pasterka” wypadły imponująco. Pogoda sprzyjała po ulewnym deszczu przed nadejściem Obrazu. Powitanie wypadło wspaniale. Program artystycznie wykonany został przez parafianina Halca. Podczas pożegnania księży zaskoczył i zgromadzony lud, i ulewny deszcz, jakby na znak żalu. Obraz odprowadziło 55 motorów i 8 samochodów do Kalisza Pomorskiego. Liczna delegacja wraz z kapłanami i z klerykiem Jerzym Oszkielem w mundurze wojskowym, złożyła wiązankę róż. Po przekazaniu Obrazu przez ks. proboszcza Brunona Stachowiaka w ręce ks. Ratajczaka proboszcza z Kalisza Pom. parafianie w Drawnie schowali się przed deszczem do kościoła, gdzie do tłumu wiernych o.Tokarski jeszcze raz przemówił, a ks. proboszcz odprawił mszę świętą.

W dniu 26 X 1962 r. odbyło się czuwanie soborowe. Już od początku miesiąca w ciągu Tygodnia Miłosierdzia wspominano o dobrych uczynkach i dla ciała, i dla duszy. Pięć rodzin wielodzietnych otrzymało wsparcie. Dary w naturze wpłynęły skąpo w porównaniu z rokiem poprzednim. Dzień chorych wypadł blado, ponieważ nie było chorych.

Obraz M.B. Nieustającej Pomocy

19 XII 1962 r. odbyła się Intronizacja Nowego Cudownego Obrazu M.B. Nieustającej Pomocy. Jest to wiernie i artystycznie wykonana kopia znajdującej się w Rzymie oryginalnej ikony. Obraz oprawił w ramę stosowną do stylu ołtarza i złocił artysta R. Warszewski z Torunia (ul. Reja 32), pomagał Piotr Grygorcewicz z Drawna.

Ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy została napisana (namalowana) około XII wieku. Miejscem jej powstania była grecka wyspa Kreta. Spełnia ona wszystkie kanony wschodniej ikonografii. O jej bizantyjskim rodowodzie świadczą znajdujące się napisy. Najprawdopodobniej około XV wieku ikona została skradziona i przywieziona do Rzymu, tam przekazano ją dla zakonu augustynianów i umieszczono w kościele pw. św. Mateusza, gdzie przebywała w latach 1499 – 1798. Po zburzeniu kościoła przez wojska napoleońskie ikona znajdowała się w kilku kościołach Od 26.04.1866 r. obraz posiadają redemptoryści, którzy otrzymali go za zgodą Piusa IX i umieścili w kościele św. Alfonsa.
23.06.1867 r. obraz został koronowany (spowodowało to szybki wzrost kultu obrazu), od 1867 r. na prośbę wiernych zaczęto wykonywać kopie obrazu, dołączając dokumenty papieskie, nadające różne odpusty i przywileje (od końca XIX w. wykonano 2270 wiernych kopii).
Kult obrazu w Polsce zawdzięczamy ks. Edmundowi Radziwiłłowi, który przed jego oryginałem prosił o zdrowie i tam w 1867 r. został wyświęcony na księdza. W 1869 r. ojciec jego ofiarował mu kopię, która została umieszczona w kościele w Ostrowie Wlkp., gdzie młody ksiądz był wikariuszem. Do dnia dzisiejszego wykonano w naszym kraju kilka tysięcy kopii. Pojawiły się także różne formy nabożeństw np. „drugiej niedzieli”, „Bractwa MBNP”, „Straż Honorowa”, „Nieustanna Nowenna”. Mimo dużej ilości kopii obrazu, tylko trzy wizerunki w Polsce posiadają tzw. korony papieskie tj. w Poznaniu, Toruniu i Niedźwiadach koło Kalisza. Bez wątpienia najciekawsze są dzieje kopii obrazu z Lwowa. Wizerunek ten przekazał dla zakonu karmelitanek bosych kardynał Albin Dunajewski tuż przed udaniem się do zakonu we Lwowie. W tym mieście bardzo szybko został uznany za cudowny i dający wiele łask. Powszechnie wierzono, że to wstawiennictwo MBNP uratowało miasto podczas jego słynnej obrony w 1918 r. Po II wojnie światowej, w czasie której obraz dzielił los zakonu, karmelitanki bose umieściły go w kaplicy klasztornej w Niedźwiadach koło Kalisza, gdzie powstało sanktuarium MBNP. Obraz ten pierwsze korony biskupie otrzymał 25 V 1939 r., a 7 VI 1999 r. Jan Paweł II dokonał koronacji podczas swojej IV pielgrzymki do Polski.
Ikona MBNP przedstawia cztery postacie: Matkę Boską, Dzieciątko Jezus oraz dwóch archaniołów: Michała (z lewej) i Gabriela (z prawej). Dzieciątko Jezus ukazane jest jako dziecię, które po zobaczeniu czegoś strasznego gwałtownie przytuliło się do Matki, chwytając swymi małymi rączkami Jej palec u dłoni. Reakcja dzieciątka była tak gwałtowna, że aż spada mu bucik z lewej nogi. Oficjalne opisy (z którymi się spotkałem) postaci Jezusa mówią, że jest on bardzo wystraszony. Uważam, że to jest błędna interpretacja, gdyż tego strachu na twarzy nie widać. Jezus jest tu poważny, jednak uspokojony dzięki bliskość Matki. Dlatego myślę, że autorowi chodziło tu o przedstawienie Jej opiekuńczo-uspokajającej roli, a moment uchwycony w tej scenie przedstawia Jezusa po reakcji strachu. Powodem tego przestraszenia są narzędzia Męki Pańskiej, które trzymają archaniołowie. Archaniołowi Michałowi przypisano włócznię, trzcinę i gąbkę, natomiast Gabrielowi krzyż i gwoździe. Jest to swoista „ przepowiednia” przyszłej męki, która wywołała reakcję lęku Dzieciątka. Matka Boska przeżywa tę wizję (oraz reakcję Syna), dlatego smutek i troska są widoczne na jej twarzy. Z matczyną delikatnością trzyma Dzieciątko, jednocześnie swoim wzrokiem ogarnia patrzących na tę scenę. Mimo cierpienia, oczy Jej promieniują spokojem i miłością, dają nadzieję, że uciekając się do Niej, zostaniemy tak samo przygarnięci jak Jej Syn.
Taka interpretacja obrazu spowodowała, że nadano mu nazwę Matki Bożej Nieustającej Pomocy

1 lipca 1963 r. przeniesiono do Świdwina wikariusza ks. E. Łatę. Na jego miejsce przybył ze Stargardu Szczecińskiego ks. Franciszek Wojtuń, który po parodniowym pobycie wyjechał na urlop. W grudniu 1963 r. za zabytek uznano kościół filialny w Dominikowie.

Po otrzymaniu w 1964 r. z Kurii Biskupiej powiadomienia, że Wojewódzka Rada Narodowa zatwierdziła plan remontu kościoła. Ks. Stachowiak zgłosił się w tej sprawie do Wydziału Architektury i Budownictwa w P. R.N. w Choszcznie i otrzymał odpowiedź negatywną.

Nadto wszystkie dzieci zostały wezwane na wycieczkę do lasu, do której pretekstem stał się„ Dnia Dziecka”, mimo że to międzynarodowe święto wypadało dopiero 5 dni później, w poniedziałek.
Inspektorat Oświaty w Choszcznie sprytnie organizował tę akcję dopiero w środę, dzień przed Bożym Ciałem. Pewna część dzieci została wysłana przez bojaźliwych rodziców do lasu!
Na drugi rok trzeba było odpowiednio zaangażować dzieci, by uniknęły udziału w następnej leśnej imprezie.

Do remontu kościoła nie można było brać miejscowych brakorobów. Ludzie nawet postawili ultimatum : „ Nie będziemy dawać pieniędzy !” Trzeba było więc szukać odpowiedniej ekipy. Prymicje ks. J.M. Oszkiela zaczęły się 40-leciem świeceń kapłańskich ks. prob. Obie uroczystości zostały sfotografowane. Uroczysta akademia przy udziale duchowieństwa dekanatu odbyła się na zewnątrz, pod wieżą kościoła. Według ks. Stachowiaka „Nikt nie próbował chwalić drętwą, zdewaluowaną mową w oklepanych frezesach…. Przepraszali za przewinienia, przykrości wyrządzone i krzywdy. Lepsze takie słowa, niż podarunki i opłaty tym, co brzęczy i szeleści. Bóg wynagrodzi rozczarowania ostatnich lat”.

Rok remontów 1965

W Drawnie przeprowadzono kapitalny remont wieży. Szczyt został pokryty nową blachą. Dach na wieży przekładany, łaty wymieniono. W kościele, z okazji malowania wnętrza, usunięto schody obok ołtarza. Prowizoryczne boczne ołtarze usunięto, okna naprawiono, tynk na zewnątrz uzupełniono i wybetonowano ściek z rynien. Salkę katechetyczną odnowiono. Otrzymała nową podłogę. Dach naprawiono, otynkowano i odmalowano wnętrze po naprawie tylnej ściany, wyposażono je w nowe ławki, stoliki i nowy piec. W Barnimiu usunięto walącą się lipę (zabytek) sprzed 600 lat. Nie była do uratowania – burza zwaliła ją na kościół. Z tej okazji uporządkowano cmentarz i ogrodzono nowym parkanem, ozdobiono go licznymi kwiatami. Ołtarz otrzymał nowy obraz Najświętszego Serca Jezusa.

W Dominikowie zupełnie odnowiono i pomalowano wnętrze kościoła. Usunięte zostały empory. Ołtarz główny otrzymał nowe złocone ramy do głównego obrazu i nową instalację elektryczną. Nowy sufit pokryty został płytami pilśniowymi i pomalowany. Starszy brat Władysław Jakubowski refundował m.in. srebrną monstrancję złoconą.

Na uroczyste oddanie Polski w macierzyńską niewolę Bogurodzicy wyjechała liczna delegacja z ks. J. Gałeckim na czele do Częstochowy. Sprawiono staraniem Kółek Różańcowych nowy, duży, piękny dywan do głównego ołtarza oraz chodnik do prezbiterium.

Siostra Jadwiga Moroz podarowała koronkowy obrus do głównego ołtarza na ambonę, albę i komżę pięknej ręcznej roboty.

Rok milenijny1966

W tym roku ksiądz Stachowiak nie uniknął kłopotów i musiał zapłacić grzywnę za nie prowadzenie księgi inwentarzowej, nastąpiło to mimo odwołania do Sądu w Stargardzie i rewizji w Wojewódzkim Sądzie w Szczecinie. W sierpniu 1966 r. unieważniono Księgi kasowe parafii i nałożono podatek na parafię w kwocie ponad 3022 zł. W uzasadnieniu podano „…. za nie prowadzenie księgi inwentarzowej …. jako składnik Księgi kasowej”. Po 1odejściu ks. J. Gałeckiego katechizacją dzieci zajął się ks. Franciszek Radomski z Chojny.

Do parafii wpłynął LIST ORDYNARIUSZA GORZOWSKIEGO Z 3 XII 1966 r., można śmiało rzec, że jest to najważniejszy list w historii parafii. Ksiądz biskup Pluta napisał w nim:
„Diecezja Gorzowska podobnie jak inne diecezje, wyśpiewała Panu Bogu w dniu 6 listopada 1966 r. wdzięczne „ Te Deum” za TYSIĄCLECIE Królestwa Chrystusowego na polskiej ziemi i za SKARB WIARY, z którym z dobroci i Opatrzności Bożej wstępuje w NOWE TYSIĄCLECIE bytu chrześcijańskiego Narodu. W tym radosnym, pełnym żywej wiary i niezłomnej nadziei akcie religijnym uczestniczył lud gorzowski, a razem z Wiernymi całej diecezji również Delegacja parafii DRAWNO, która w łączności z J. Em. Ks. Kardynałem Stefanem Wyszyńskim, Prymasem i Episkopatem, ze swymi Księżmi Biskupami i Duchowieństwem wyznała publicznie przynależność do Jezusa Chrystusa w Jego gorzowskim Kościele. Za tę dojrzałą postawę, poniesiony trud i niewygody w pielgrzymce do Gorzowa, za okazane uczucie miłości i przywiązania do Ewangelii, za wewnętrzne rozmodlenie i czynne uczestnictwo w Najświętszej Ofierze Mszy wyrażam ojcowskie uznanie, a jako zadatek na Nowe Tysiąclecie Wiary w parafii DRAWNO udzielam Arcypasterskiego Błogosławieństwa.”

1967 Rok po obchodach milenijnych nastąpiły intensywne przygotowania do wizytacji kanonicznej sufragana Diecezji Gorzowskiej w Gorzowie ks. bp. Jerzego Stroby.
Szczególnie imponująco wypadła procesja maryjna przed zakończeniem Misji Św. Nowością było poświęcenie krzyża misyjnego połączone z poświeceniem samochodów i 32 motocykli. Wymieniono na nowe zbutwiałe krzyże w Drawnie, w Dominikowie i w Zatomiu.

W tym też roku odbyły się trzecie wczasy osób niepełnosprawnych w Drawnie. Przyjechali tu z różnych stron Polski. Był między nimi kościelny ze Szczecin-Pogodna na wózku inwalidzkim. Stracił obie nogi. Wszyscy sobie wzajemnie pomagali, widać było ich ogromne przywiązanie do kościoła.

Ostatnie lata na probostwie

W 1968 roku została odnowiona całkowicie zakrystia, wyremontowano ogrodzenie cmentarza. Odświeżono pokoje, usunięto przecieki na dach. W sierpniu wikariusza ks. Franciszka Radomskiego przeniesiono do Słupska. Na jego miejsce przybył z Bytnicy ks. Mieczysław Ostruch, który opuścił parafię 01.02 1969 r., by objąć samodzielna placówkę.
W 1969 r. ks. Stachowiak odnotował w kronice: „Od lutego zostałem sam, bez współpracownika, konieczna pomoc okazała się w katechizacji wiosek. Objął katechizację kleryk Henryk Kaszubski, który po odbyciu służby wojskowej przed czasem zwolniony, nie zdążył ukończyć rozpoczęty rok studiów. Podniósł liturgiczny śpiew na nabożeństwach. Znowu młodzież uczęszcza liczniej na śpiewy i na katechizację.
Rekolekcje Wielkopostne przeprowadził o. Antoni Wiśniowski, dominikanin delegowany z Ośrodka Kaznodziejskiego Warszawskiego z Poznania, równocześnie odbyły się także rekolekcje w Barnimiu i w Dominikowie. Trwały od 05.03 do 09.03 b.r.

W dniu 27 V b.r. zapowiedział wizytację dziekan ks. Zygmunt Ratajczak, dziekan z Kalisza Pom. Od 1 czerwca wydzielono wikariusza do duszpasterstwa w Drawnie. Jest nim Kazimierz Piechota. Tydzień Miłosierdzia przeprowadzony ściśle według instrukcji bez konkretnych uczynków z minionych lat.

Uroczystości ku czci Św. Stanisława Kostki odbyły się przy minimalnej dotychczas frekwencji młodzieży męskiej. Wynik: koniecznie trzeba się zajmować duszpasterstwem młodzieży, by zachować przynajmniej poziom z czasów ks. Gałeckiego, wytrawnego młodzieżowca. W dniu dzisiejszym 12 listopada 1969 r. ufundowali Władysławostwo Jakubowscy z Dominikowa wartościową puszkę bogato złoconą, o trzonie czysto srebrnym po innych cennych ofiarach jak pancerne tabernakulum. Proszę o modlitwę liturgiczną za fundatorów i dobrodziejstwo kościoła po zgonie. Osobny wpis do Złotej Księgi, obszernie wspomina o ich prośbie. Pragnę podpisem swoim ponowić prośbę swoją”.
W 1970 roku była ciężka i kapryśna zima. Spadło masę śniegu, który zalegał dach kościoła, który po roztopach ucierpiał poważnie. Katastrofie zapobiegli mieszkańcy Drawna, panowie Antoni Sokołowski i Pawłowski. Ryzykując z pełnym poświęceniem niemal codziennie przez szereg dni zrzucali z dachu tony śniegu. W ten sposób uratowali nie tylko dach, ale i pośredni sufit i ściany. Zima była tak ostra, że jeszcze 29 marca zamarznięty był cmentarz w Drawnie. Lepiej przedstawiała się sytuacja z kościołami filialnymi w Barnimiu i w Dominikowie, gdyż ich strome dachy same poradziły sobie ze śniegiem. Zmiana proboszcza nastąpiła w czerwcu 1971 r.

Koniec pewnej epoki

Ksiądz Bruno Stachowiak przeszedł na emeryturę. Parafię objął Ks. Marian Mach, który nie pobył w Drawnie długo i w lipcu 1971 r. przekazał „urząd” w ręce księdza ks. Edmunda Łaty. Nowy proboszcz objął urzędowanie 25 lipca 1971 r. Według przekazów nie miał nawet gdzie mieszkać, gdyż ksiądz Stachowiak zajmował pierwsze piętro, a parter był w fatalnym stanie. Ponadto niektórzy parafianie byli skłóceni z poprzednikiem i przestali uczęszczać do kościoła. W sierpniu został odnowiony parter plebanii (przy wydatnym udziale wiernych), ale to już inna historia.

Ksiądz Brunon Stachowiak zmarł dwa lata po przejściu na emeryturę 03.12. 1973 roku.

(Opracowanie: Andrzej Szutowicz, na podstawie materiałów udostępnionych w 2005 r. przez śp ks. prał.Stanisława Gulczyńskiego)

 

Luzia Pruska

Królowa Luzia Pruska w Choszcznie i Drawnie

14 października 1806 r. armia napoleońska pod Jeną i Auerstedt rozgromiła główne siły pruskie. W państwie pruskim upadło morale i chęć walki. Tylko nieliczni dowódcy i młodzi oficerowie próbowali ratować jego honor. Armia francuska parła na wschód, przejmując obsadzone załogami nadal silne twierdze i rozbijając zdezorientowane oddziały. Para królewska opuściła Berlin. Król licząc na pomoc Rosji z resztą swoich wojsk zamierzał stawić opór w Prusach Wschodnich. Monarsza ewakuacja (ucieczka) przebiegała z Berlina przez Szczecin, Stargard Szcz., Recz, Kalisz Pomorski, Mirosławiec, Wałcz, Piłę itd. Królewscy małżonkowie nie podróżowali razem. Możliwe, że przeważyły racje bezpieczeństwa i królowa z synem księciem Wilhelmem przemieściła się inną trasą, która wiodła także przez Choszczno i Drawno. Choszczno zostało wyróżnione gdyż królowa zatrzymała się w nim na odpoczynek. Było to 28 października 1806 roku. Noc spędziła w budynku znajdującym się przy Rynku o numerze 14, a należącym do mieszczanina Plummoh. Pod oknami jej apartamentu zebrali się liczni mieszczanie, którzy czuwali tam do rana. Następnego dnia 29 października królowa opuściła Choszczno i przejeżdżając przez Drawno zatrzymała się w nim na chwilę. Miasto jeszcze nie otrząsło się po pożarze w 1805 r., kiedy to spłonęło ponad 100 domów. Rada miasta zapoznała królową z bolączkami związanymi z jego odbudową. Możliwe, że ta wizyta zadecydowała o tym, że Francuzi zwolnili Drawno z płacenia na ich rzecz kontrybucji (ze względu na skalę zniszczeń), a w 1811 r. Drawno otrzymało królewską pomoc w wysokości 69 277 talarów, co umożliwiło jego odbudowę do 1813 r. 30 października 1806 r. na teren powiatu choszczeńskiego wkroczyli pierwsi napoleońscy żołnierze. 7 listopada byli już w Drawnie i zajęli się plądrowaniem miasta i okolic. Gdy jedni opuszczali miasto nadchodzili drudzy, tak trwało aż do 16 listopada. Z okazji pobytu królowej w Choszcznie na ścianie budynku, w którym się zatrzymała, w 1880 r. umieszczono pamiątkową tablicę. Dom ten wraz z tablicą został zniszczony podczas działań wojennych w styczniu 1945 r.

Życiorys niezwykłej królowej

Luiza Augusta Wilhelmina Amalia von Mecklemburg-Strelitz (ur. 10 marca 1776 w Hanowerze – zm. 19 lipca 1810, w zamku Hohenzieritz) – księżniczka Meklemburgii-Strelitz córka księcia Karola Mecklemburg-Sterlitz i Fryderyki Karoliny Heskiej-Darmstadt, od 1797 królowa Prus, żona króla Fryderyka Wilhelma III. Jej ojciec był szwagrem króla Anglii Jerzego III. Po śmierci matki (1782 r.) Luiza wychowywana była przez babkę i przebywała głównie w Darmstadt,. W 1792 r. musiała opuścić Darmstadt z obawy przed nadciągającymi Francuzami i udała się do Hildburghausen. Wraz z babką wiele podróżowała. Najważniejszą w życiu Luizy okazała się podróż do Frankfurtu, w tym mieście w marcu 1793 roku gospodzie „Pod białym łabędziem”, poznała swego przyszłego męża Fryderyka Wilhelma. Znajomość ta przerodziła się w wielkie uczucie. 24 kwietnia 1793 roku doszło do zaręczyn, ślub odbył się 24 grudnia 1793 r. w Berlinie. Małżonkowie byli nierozłączni. Towarzyszyła mężowi nawet na ćwiczeniach wojskowych. Dłuższe rozstanie nastąpiło latem 1794 roku, kiedy mąż wyruszył tłumić powstanie w Polsce. 17 czerwca 1798 jako królowa Prus przybyła z mężem do Warszawy która w wyniku III rozbioru w 1795 znajdowała się pod władzą pruską. Jak na epokę w której żyła była kobietą światłą. Zmieniła styl dworu pruskiego (pierwsza zaczęła tańczyć walca). Wywarła wpływ na europejską modę gdyż zapoczątkowała noszenie żeliwnej biżuterii, co w latach dwudziestych XIX wieku opanowało całą Europę. Wyjątkowa uroda oraz ludzka życzliwość zjednywały jej serca od zwykłych ludzi po głowy koronowane. Pod jej wrażeniem pozostawał car Aleksander I. Miała duży wpływ na politykę. W 1805 r. była obecna przy zawiązaniu nad trumną Fryderyka Wielkiego w Poczdamie tajnego przymierza rosyjsko – pruskiego przeciwko Napoleonowi,. Stanęła na czele stronnictwa antyfrancuskiego i doprowadziła jesienią 1806 do wojny z Francją której efekty okazały się tragiczne. W 1806 uciekła z królem z Berlina, do Ortelsburga, skąd królewska para udała się 10 grudnia 1806, do Królewca. W styczniu 1807, w Kłajpedzie spotkała się z Aleksandrem I. W czasie rozmów pokojowych w Tylży (6-7 sierpnia 1807) błagając o złagodzenie warunków pokojowych upokorzyła się przed Napoleonem.. Nie udało jej się zachować dla Prus strategicznej twierdzy w Magdeburgu. Napoleona kazał prasie francuskiej oczerniać ją i obwiniając za politykę pruską. Od grudnia 1806 do 1809 przebywała. kolejno ; w Sankt Petersburgu w Rosji, potem w Królewcu i Kłajpedzie. Popierała reformy państwa realizowane przez Karla von und zum Steina. W grudniu 1809 wróciła do Berlina, gdzie wspierała tajne przygotowania do nowej wojny z Francją.. Zmarła na zapalenie płuc 19 lipca 1810, w zamku Hohenzieritz i została pochowana w mauzoleum, w Charlottenburgu. Była wzorem dobroczynności i uchodziła za wzór matki. Wykazany przez nią pruski patriotyzm i odwaga zjednały jej ogromną popularność i sławę.. Oddziaływała na Prusy także po śmierci W dzień urodzin królowej 1813 r. Fryderyk Wilhelm III ustanowił we Wrocławiu słynne wojskowe odznaczenie Krzyż Żelazny który mógł być nadawany także prostym żołnierzy, rok później wprowadził do pruskich odznaczeń Order Luizy który przyznawany był kobietom za opiekę nad chorymi i ułomnymi. Gdy w 1814 r. padł Paryż i Napoleon abdykował pruski feldmarszałek Gebhard von Blücher miał zawołać: „Luiza jest pomszczona!” Jej syn Wilhelm I w przededniu wojny z Francją w 1870 r. odwiedził mauzoleum matki. Wojna ta rozpoczęła się dokładnie w rocznicę jej zgonu Także w rocznicę śmierci Luizy król reaktywował ustanowiony przez ojca Krzyż Żelazny. W Prusach XIX w. czczona była niczym święta, zyskała nawet przydomek pruskiej madonny. Imię Królowej Luizy otrzymało miasto Luisenburg oraz niektóre kościoły ewangelickie w Prusach a także żeńskie szkoły, sierocińce, szpitale, domy opieki. Była matką dziewięciorga dzieci jej córka Charlotta (13 lipca 1798 – 1 listopada 1860) jako żona Mikołaja Romanowa (Mikołaj I) została carycą Rosji (Aleksandra Fiodorowna) natomiast dwóch synów Fryderyk Wilhelm i Wilhelm zostali królami Prus. Ten ostatni jako Wilhelm I został w 1871 r. w zdobytym Wersalu cesarzem zjednoczonych Niemiec. Imię Królowej przetrwało do dziś także w Polsce w postaci skansenu górniczego „Królowa Luiza” ma to odniesienie do czasów kiedy KWK „Zabrze” była Kopalnią „Królowa Luiza”.

Niemiecka kartka pocztowa z przełomu wieków upamiętniająca pobyt Królowej Luizy w Choszcznie z napisem między ilustracjami informującym o jej pobycie w przedstawionej kamienicy przy Rynku.

Niemiecka kartka pocztowa z przełomu wieków upamiętniająca pobyt Królowej Luizy w Choszcznie z napisem między ilustracjami informującym o jej pobycie w przedstawionej kamienicy przy Rynku.

Kopalnia Węgla Kamiennego Zabrze

W 1975 r. po zdaniu egzaminów wstępnych na Wydział Górniczy Politechniki Śląskiej im Wincentego Pstrowskiego, miałem odbyć praktykę robotniczą w kopalni. Okazało się ,że wskutek jakiś nieporozumień dość spora grupa przyszłych studentów nie została do wyznaczonych kopalń przydzielona .Wśród tych nieprzydzielonych znalazłem się ja, zanim sprawa się wyjaśniła czekaliśmy na sali audytoryjnej wydziału kilka godzin. Kopalnia się znalazła lecz dla nas początek praktyki musiał ulec przesunięciu o tydzień. Tak też się stało. Nie wróciłem do domu czyli do Bytowa, lecz skorzystałem z gościny u mego przyjaciela Leszka Dudka w Piekarach Śląskich, który był górnikiem KWK Rozbark w Bytomiu. Po tygodniu pojechałem do Zabrza i razem z innymi kolegami zgłosiliśmy się do dyrekcji kopalni. Tak ,tak była to Kopalnia Węgla Kamiennego Zabrze. Po krótkim zapoznaniu się zakwaterowano nas w kopalnianym Hotelu Robotniczym i po badaniach lekarskich po przydzielano parami do poszczególnych „mistrzów”. Ja z przypadkowym kolegą Jerzym Piasta, który okazał się wspaniałym kompanem, zostaliśmy podporządkowani górniczemu cieśli p. Milota (?). Dostaliśmy ubrania robocze, kask latarkę z akumulatorkiem, maskę pgaz i markę” czyli taki górniczy nieśmiertelnik. Od tej pory zawsze przed zjazdem w dół pobierałem markę z „markowni”. Po wyjeździe natychmiast się ją zdawałem. Nie daj Boże gdyby ktoś zapomniał to zrobić, od razu w kopalni rozpoczęłaby się akcja ratownicza. Razem z panem cieślą podeszliśmy pod szyb ,tam stał sztygar, widać było ,że był to ktoś. Głośno po śląsku sprawdził obecność i załadowaliśmy się do windy, Trzasnęły metalowe „wrota” i gdy wszystkie pokłady tej maszyny się załadowały polecieliśmy w dół a żołądek do góry. Potem świsty i piski w uszach… i w dół, i w dół z małymi przystankami na poszczególnych poziomach. Tak zjechaliśmy ok. 800 m pod ziemię. Potem spokojnie z naszym cieślą przeszliśmy do czekającej kolejki, gdy się zapełniła to ruszyła. Jechaliśmy może z kilkanaście albo i więcej minut. To tu – wskazał cieśla. Wyszliśmy, jedne wrota, drugie, trzecie i ciągle – „zamykaj, zamykaj je pieronie”. Więc pieron dokładnie je zamykał. Były to drzwi wentylacyjne których nie zamknięcie groziło „ucieczce”; wdmuchiwanego na przodek powietrza. Stanęliśmy przy taśmociągu który bezpośrednio biegł z przodka, tu miało być nasze miejsce pracy. Cieśla pokazał nam maszynę do szycia taśm ,poinstruował jak się ją obsługuje , jak wyłącza taśmociąg ostrzegł przed próbami drzemek (bo ze względu na gazy gromadzące się w zagłębieniach podłoża – spągu można było nie wstać). Staliśmy, słuchaliśmy a z nas leciał pot, więcej ,więcej coraz więcej. Na przodku trwało wiercenie nadzy górnicy napierali na te swoje świdry byle szybciej wywiercić, potem wkładali ładunki i wszyscy chowaliśmy się do niszy . Wybuch powodował ,że masa kurzu i miału leciała obok nas i potem słychać było charakterystyczne klap… klap… klap … to klapały te tamy- drzwi wentylacyjne. Jeszcze nie ochłonęliśmy a już ruszyły taśmy a na nich urobek z ostatniego odstrzału. Patrzyliśmy z Jurkiem jak wszystko szło do góry .Raptem trach i coś się zatrzymało węgiel kamienie zaczęły spadać jak po pochylni. Wyłączyliśmy taśmociąg i z maszyną zasuwaliśmy do góry by zszyć taśmę, na przodku znów wiercić zaczęli. Cieśla trochę pomógł a potem już tylko poganiał i poganiał. Gdy zszyliśmy znów wszystko ruszyło. Staliśmy i pot napełniał nam garście. Potem znów trach, zatrzymanie taśmociągu i maszyna i szycie i ponownie szedł urobek dla naszej kochanej Polski. I znów wybuch i klap, klap,klap… i ruszył taśmociąg… i trach, i szycie i gotowe i znów do góry a przy okazji łopatami wrzucaliśmy to co spadło przy awarii Tak weszliśmy w rytm; wybuch ,klap, klap taśmociąg, trach, szycie, łopata i…… Raptem wszystko się podniosło i biegiem, biegiem zrobił się niesamowity ruch wszyscy zaczęli jakby uciekać. Jak wszyscy to i my, może wypadek tąpniecie? Kto to wie? – pomyśleliśmy. Nie, na szczęście nie, to zwykły pośpiech by nie stać w kolejce do wyjazdu. Cudem marki mieliśmy przy sobie inne rzeczy pogubiliśmy. Dzień po dniu mijał nam w tym samym rytmie poznaliśmy rangę sztygarów, poświęcenie ratowników, i tytaniczną pracę nagich ludzi na przodku. Widzieliśmy podziemne jeziora z których wyciągaliśmy zepsute pompy a każda ranka piekła niesamowicie, taka to była solanka. Staliśmy na węźle krzywych taśmociągów i non – stop ładowaliśmy wysypujący się urobek bo nie mogło być przestoju aż hen na górze trzasnęła taśma i wszystko jak lawina poleciało na nas, nic się nie stało, była nisza. Potem maszyna i szycie i znów łopata. W połowie praktyki zginęło kilku górników szli obok jadących wagoników z węglem jeden z nich wypadł z torów i przygniótł nieszczęśników. Wtedy nasi opiekunowie zorientowali się ,że nie zrobili z nami przeszkolenia z bhp. Tak złapaliśmy trochę oddechu bo szkolenie odbyło się pod ziemią byśmy po nim jeszcze trochę poszyli tych taśm, pomachali łopatami, ponaprawiali pomp itd. Tak minął miesiąc. Po praktyce zamieszkałem w akademiku przy ul Marii Curie – Skłodowskiej 7 w Gliwicach. 4 grudnia 1975 r w głównym holu Wydziału górniczego skakałem przez skórę czyli zostałem pasowany na górnika. Przygoda z górnictwem była krótka , dwa semestry byłem studentem… Potem kolejne egzaminy, tym razem na WAT. Znów radość ze zdania i zameldowałem się na unitarkę (szkolenie podstawowe) gdzie miałem dostać w kość. Przykro mi, nigdy armii nie udało się wycisnąć ze mnie tyle potu co przez miesiąc „Królowej Luizie”.

Opracował: Andrzej Szutowicz

Źródła:

  • Portret królowej Luizy, autorstwa Josef Grass
  • http://www.muzeumgornictwa.pl/index3.php?co=wystawy_czasowe&id=39
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/Luiza_Pruska
  • Grzegorz Jacek Brzustowicz „Czasy Wedlów”. Wyd. ASZ. Choszczno 2003. Str.64
  • Grzegorz Jacek Brzustowicz „Reformacja i wojny. Historia miasta w latach 1536–1815. Wyd. ASZ. Choszczno 2005. Str.102, 103.
  • Niemiecka kartka pocztowa z przełomu wieków upamiętniająca pobyt Królowej Luizy w Choszcznie z napisem między ilustracjami informującym o jej pobycie w przedstawionej kamienicy przy Rynku.

Barnimie na szlaku wielkiej historii

Nie tak dawno w luźnej rozmowie z zacnym mieszkańcem Barnimia mój rozmówca stwierdził; „no wie pan w naszym kościele był król Szwecji Karol X Gustaw i gorliwie się modlił, może warto to wydarzenie upamiętnić jakąś tablicą?”
„A Czarniecki?”- spytałem.
„Ależ, to był zbrodniarz palił, niszczył okolicę! Nie wie pan o tym?”
Popatrzyłem na uśmiechniętą dobrotliwą twarz wypowiadającego te słowa i do tej pory zastanawiam się czy to swoisty proniemiecki sposób ukazywania historii, czy zwykły kosmopolityzm powodują, że ludzie, którzy powinni dbać i przekazywać narodowe tradycje uprawiają swoistą dywersję w polskich mózgach.
Niemal w każdej publikacji nt. kościołów, które swym zasięgiem objęła reformacja wymienia się nazwiska ewangelickich kapłanów. O ich poprzednikach księżach katolickich panuje prawie cisza. Podobnie postępuje się w przypadku księży, którzy w morzu wiary ewangelickiej trwali w swoich katolickich parafiach. Dlaczego? Czyżby brak dokumentów czy też świadome działanie? Od ręki można przytoczyć w postaci pytania dowód. Kto znajdzie lub wie jak miał na imię ks. Jordan, w czasie wojny proboszcz katolickiego kościoła w Choszcznie? Postać wielce zasłużona dla podtrzymania wiary wśród Polaków, jeńców wojennych i robotników przymusowych…

W przypadku wojewody Stefana Czarnieckiego zbruzgał mu opinię ewangelicki diakon z Stargardu Szcz. Nazywał się Wilhelm Engelken i wiadomo o nim, że w latach 1652 – 1658 był diakonem, następnie 1658-1660 archidiakonem, a 1660 – 1683 pastorem w kościele mariackim w Stargardzie Szcz.

Potop

Feldmarszałek Arvid Wittenberg21 lipca 1655 r. feldmarszałek Arvid Wittenberg na czele liczącej 14 tysięcy żołnierzy z 72 działami armii wkroczył z Pomorza do Wielkopolski.. Tak rozpoczął się słynny „szwedzki potop”. Armia ta od początku odnosiła same sukcesy wręcz kompromitując Wielkopolan, którym brakowało woli walki, panował duch zdrady i kolaboracji. 25 lipca pod Ujściem skapitulowało szlacheckie pospolite ruszenie a szlachta rozjechała się do domów. 31 lipca Szwedzi bez walki zajęli Poznań. Na wieści z Polski czekała na Pomorzu druga szwedzka armia dowodzona przez samego króla Karola X Gustawa.
Gdy obejmował rządy po królowej Katarzynie. Zastał kraj w ruinie gospodarczej z pustym skarbcem. Wówczas miał wypowiedzieć myśl której sens był taki „Szwecja nie ma złota ale ma rudy żelaza a to oznacza że może mieć oręż. Mając oręż zdobędziemy bogactwa”. Wynika stąd, że już u zarania panowania tego władcy wkalkulowana została wojna i grabież. a co za tym idzie śmierć i zniszczenie. Śniła mu się Szwecja z Bałtykiem jako morzem wewnętrznym. Wojna ta mimo, że miała wymusić zrzeczenia się przez polskiego króla Jana Kazimierza (prawowitego dziedzica Wazów) praw do tronu szwedzkiego, z samego założenia miała być wojną zaborcza i łupieżczą. A problem korony Wazów był tylko zwykłym pretekstem. Wiadomo, że 12 tysięczna armia króla Szwecji jeszcze 4 sierpnia była rozłożona pod Choszcznem i czekała rozkazu wymarszu. Minęło kilka dni i na czele z Karolem X Gustawem ruszyła w kierunku przeprawy na Drawie.

14 sierpnia 1655 r. przekroczyła tę rzekę w Barnimiu. Czy wtedy król szwedzki modlił się w miejscowym kościele? Jeśli tak to była to modlitwa obłudnika. Minął jakiś czas i losy wojny odwróciły się przeciwko Szwedom, latem 1657 r. król opuścił Polskę, wiedział już, że Rzeczpospolitej nie pokona. Wracając ze swoją armią (możliwe, że tą samą drogą) 1 lipca 1657 r. wjechał do Stargardu. Wspomniany stargardzki diakon Wilhelm Engelken opisał tak to wydarzenie „przybył tu z Polski król szwedzki Carolus Gustawus i przeciągnął przez Stargard na czele pokaźnej armii konnej i pieszej w ślad za kilku oddziałami, które przemaszerowały już w dniach poprzednich”. Po czym Diakon niemal wykrzyknął „ Boże! Ten prawy wojownik niech będzie naszą opieką”
Armia „tego prawego wojownika” dokonała strasznych zniszczeń mimo, że większość polskich zamków i twierdz poddawała się bez walki, to zostały one złupione i obrócone w ruinę. Wiele wspaniałych rezydencji nigdy nie zostało odbudowanych. Szwedzi rozgrabili biblioteki i skarbce, wywożono nawet detale architektoniczne i relikwie świętych (np. św. Stanisława). Jednak najważniejsi są ludzie i tu skutki zachcianki Karola X Gustawa były tragiczne. Zniszczenia jakich w wyniku szwedzkiego najazdu doznała Polska były procentowo większe od zniszczeń II wojny światowej. Profanacja miejsc świętych była na początku dziennym. Straty w ludziach liczone są w setkach tysięcy. Blisko sto lat trzeba było Polsce by osiągnąć zaludnienie sprzed „Potopu”. W swoich czasach Karol X Gustaw uchodził za rozbójnika Europy a w kategoriach dzisiejszych był arcyzbrodniarzem. Widać to nie przeszkadza by w głowie zacnej osoby zrodziła się myśl uczczenia jego pobytu i modlitwy w Barnimiu.

Elektor, zdrajca w imię potęgi Prus.

Elektor brandenburski Fryderyk Wilhelm HohenzollernElektor brandenburski Fryderyk Wilhelm Hohenzollern był polskim lennikiem, zamiast jako książę Prus przyjść z pomocą Rzeczypospolitej, zdradził Jana Kazimierza i 17.01.1656 r. uznał się wasalem króla Szwecji, następnie wspomógł jego 9,5 tyś. armię i podporządkował mu swoją 8,5 tysięczną, czym przyczynił się do zdobycia Warszawy. Zdobycie Warszawy jest symboliczne gdyż od tej pory nie było polskiego pokolenie które nie przeżyłoby wejścia i pobytu obcych żołdaków w stolicy. Natomiast współudział Prusaków w zdobyciu Warszawy jest pierwszym zbrojnym wystąpieniem Prus Książęcych przeciw innemu państwu. Po pewnym czasie zdając sobie sprawę z możliwości klęski Szwecji elektor zmienił front. W 1657 r. z będącym nadal w trudnym położeniu Janem Kazimierzem zawarł tzw. traktaty welawsko-bydgoskie, na mocy których Hohenzollern i jego męscy potomkowie uzyskali prawa suwerenne w Prusach Książęcych. Jednocześnie Prusy uwolniły się od zależności od Polski i uzyskały pełną samodzielność aż do wymarcia rodu. Elektor dostał jako zastaw Drahim, przyjął w lenno Bytów i Lębork, otrzymał na własność Elbląg z zastrzeżeniem prawa wykupu (ostatecznie Elbląg nigdy nie został wykupiony).
Tak oto na nieszczęściu Rzeczypospolitej wykluwać zaczęła się potęga Prus która ostatecznie zniknęła dopiero w wyniku klęski 1945 r.

Przejście Drawy

We wrześniu za odchodzącymi Szwedami ruszyła z wielkopolskich Pyzdr na Pomorze ekspedycja pod wodzą Stefana Czarnieckiego. Teoretycznie wyprawa ta miała spowodować zamieszanie na tyłach wojsk Karola X Gustawa który zmagał się z Danią. Jednak z zachowanych źródeł wynika, że już od samego początku wyprawa ta była łupieżcza i obok manewrów na tyłach szwedzkich, została wymierzona przeciw „zdrajcy – sojusznikowi” elektorowi. Czarniecki, udał że nic nie wie o zawartym traktacie bydgoskim i ruszając za Drawę miał zwrócić do swoich oficerów: „Niech wie lis zdradziecki (elektor), czego się może po nas spodziewać. Mamy wciąż własnych chłopów z bydła i kur obdzierać? Lepiej elektorskich krów posmakujmy. Tak, panowie, na koń, I do Marchii! Tam należną zapłatę z elektora ściągniemy. Będzie on krzyczeć, to pewne, ale się tym zasłonimy, żeśmy o traktacie nie wiedzieli.” Dla Czarnieckiego elektor był takim samym zdrajcą jak rodzimi magnaci, którzy już bezkarnie zaczęli powracać w Polsce do łask. Więc możliwe, że polski wojewoda wymierzył elektorowi swoją sprawiedliwość.

Stargardzki diakon Wilhelm Engelke zanotował: „W roku pańskim 1657 dnia 17 (27 według nowego kalendarza) września przekroczył tereny Nowej Marchii w okolicach Barnimia polski wojewoda Czarniecki z wojskiem w sile 4000. 18 (28) września o godz. 8 stanął pod miastem Stargardem i usadowił się pod Klempinem.
Tymczasem jego żołnierze w grupkach po 10, 20, 30 i 40 chodzili po okolicznych wioskach, plądrowali mieszkańców, odbierali siłą konie, woły i inny inwentarz, zachowywali się wielce zuchwale, pozbawiali wolności szlachtę, duchownych i innych, żądając od nich okupu, gwałcili kobiety i dziewczęta”
Czy podana przez Wilhelma Engelke data przejścia Drawy jest prawdziwa?
Uznać ją należy za wątpliwą. Natomiast data jego podejścia pod Stargard czyli 18 (28) września nie powinna budzić zastrzeżeń. Czarniecki dysponował jedynie polsko – tatarską jazdą, dlatego należy odrzucić sugestie by próbował szturmować Drawno. Natomiast jest możliwe a z punku widzenia wojskowego zasadne by, patrole wojewody w czasie marszu pod i przez Barnimie zapuszczały się pod Drawno. O przejściu przez Polaków Drawy król Szwecji Karol X Gustaw dowiedział się 17 (27) września czyli w dniu w którym wg stargardzkiego pastora przeprawa przez rzekę nastąpiła. Stargard od Barnimia dzieli ponad 60 km, nawet dziś przy nowoczesnym systemie telekomunikacji oba miasta mało o sobie wiedzą a jeśli już coś ważnego w jednym z nich nastąpi to wieść o tym do drugiego dociera z pewnym opóźnieniem. Przy ówczesnym systemie łączności było raczej niemożliwe by wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy i gdy Czarniecki przechodził Drawę dotarła ona do szwedzkiego władcy. Zasadnym jest za datę przekroczenia Drawy przez Polaków przyjąć, tak jak to uczynił Adam Kerstern, przedział czasowy 12-17 (22–17) września 1657 r. kolejnym pokutującym w Barnimiu i w Drawnie mitem jest wiązanie przeprawy Czarnieckiego z fragmentem polskiego hymnu narodowego odnoszącym się do pływania w morzu. Otóż nie była to ta wyprawa. Jednak pewien związek między hymnem a wydarzeniami w Barnimie istnieje.

Zemsta czy grabież?

Najprawdopodobniej Czarniecki od Barnimia szedł na Stargard przez Recz i Suchań. Do tej pory miejsce jego postoju pod Stargardem nie jest jednoznacznie określone dr G.J. Brzustowicz twierdzi że było to Klępino (niem. Klempin) a Adam Kersten wskazuje na Kłęby (niem. Klemmem). W każdym bądź razie w swoim nowym miejscu postoju był tylko dzień i na drugi dzień 19 (29) września stanął w Chlebówku. Już spod Stargardu rozpoczęły się łupieżcze wyprawy po okolicy jeden z podjazdów podszedł nawet pod Dąbie i spalił tam młyny. Na drugi dzień po ulokowaniu się Czarnieckiego w Chlebówku zapłonęła okolica. 20 (30) września podpalono Łobez, Węgorzyno, Ińsko także wieś Poźrzadło Dwór. Palono i łupiono aż po Drawsko Pom. i Złocieniec od którego miano przyjąć okup. Ruchliwość Czarnieckiego była zdumiewająca, gdyż nim jeszcze pożary nie wygasły znalazł się 21 września (1 października) w Reczu. Wg źródeł Polacy mieli znaleźć się w Pomieniu, Stradzewie i Raduniu. Trudno jest jednoznacznie orzec czy 22 września (2 października) Czarniecki w celu przejścia Drawy po moście podjął próbę zbrojnego najścia na Drawno. Jeśli taki miał być powód zajęcia Drawna to na pewno żadnej dzielnej obrony Drawna nie było. Czarniecki znał drogę z Recza na Barnimie i spokojnie powróciłby do Wielkopolski. Jedynym powodem mogło być ograbienie miasta. Ale nie poprzez szturm, bo do tego nie miano stosownych sił. Polacy poszli jednak w kierunku Drawska Pom. Podczas marszu spotkali przedstawicieli mieszczan z okupem i wozami. Okup przyjęli, wozy zatrzymali a woźniców rozebrali do naga i puścili wolno. Wyprawa Czarnieckiego trwała ok. 10 dni. Szlak jego pochodu znaczyły popioły spalonych wsi i złupionych miast. Zostawił po sobie w skali mikro to, co nie tak dawny sprzymierzeniec elektora Karol X Gustaw, przy elektorskiej zdradzieckiej wybitnej pomocy zostawił w skali makro w Polsce. Obładowane łupami wojska wróciły do Polski zostały rozmieszczone nad Notecią k. Ujścia, Wielenia, w okolicy Wałcza a jeden oddział nawet pod Lęborkiem (Żegockiego).

Jak Czarniecki do Poznania

Stefan Czarniecki23 października Czarniecki ruszył z wojskiem po raz drugi na Pomorze, tym razem zaodrzańskie. 26 października przekroczył granicę Marchii. Ziemie elektorskie przeszedł w cztery dni. Tym razem przemarsz utrzymywany był w rygorach dyscypliny. Za jej naruszenie bezwzględnie karano. „Karanie zaś było za ekscesy już nie ścinać ani rozstrzeliwać, ale za nogi u konia uwiązawszy włóczyć po majdanie tak we wszystkim, jak kogo na ekscesie złapano, według dekretu lub dwa, albo trzy razy naokoło. I zdało się to zraz, że to nie tylko suknie, ale i ciało tak opada, że same tylko zostaną kości.” (Pasek) Granicę Pomorza Szwedzkiego Czarniecki przekroczył 30 października. Na Pomorzu Szwedzkim jako podległym Karolowi X Gustawowi rygory dyscypliny zelżały. ograbiono i spalono Gartz, podobnie jak ponad 100 wsi w okolicach Szczecina, Anklam, Pasewalku, Penkun. 9 listopada Czarnecki rozpoczął powrót do Polski. 11 listopada przekroczył Odrę. Historiografia niezbyt pozytywnie ocenia obie wyprawy na Pomorze a w pamięci miejscowej ludności bardzo długo pozostały wspomnienia rabunków, gwałtów, pożarów i zwykłych mordów.

12 listopada Jan Kazimierz wraz z królową przybył do Poznania. 25 listopada 1657 r. odbyła się w Poznaniu rada wojenna, na którą przybył Czarniecki. To wydarzenie 140 lat później natchnęło Józefa Wybickiego do napisania w hymnie narodowym słów, które uwieczniły Czarnieckiego w hymnie narodowym ; Jak Czarniecki do Poznania … Po szwedzkim rozbiorze.
Czarniecki następnie udał się na Pomorze, gdzie staczając potyczki ze Szwedami przebywał do lata następnego roku. Jesienią 1658 r. podjął słynną wyprawę do Danii. Podczas której do legendy przeszedł 14 grudnia 1658 r. rozpoczęto wtedy przeprawę na wyspę Als. Wzięły w niej udział siły polsko-brandenburskie pod komendą Czarnieckiego, wspierane przez duńskie okręty wojenne. Przeprawa przez cieśninę Mały Bełt odbyła się na łodziach, obok których płynęły konie. Po wylądowaniu siły Czarnieckiego rozbiły piechotę i jazdę szwedzką, a następnie zmusiły Szwedów do wycofania się i zamknięcia się w zamkach Sonderborg i w pobliskim Nordborg. Król Dani wystosował do Czarnieckiego kurtuazyjny list:

„Fryderyk III etc., świadcząc osobliwą łaskę i wdzięczność naszą królewską. Jaśnie Wielmożny uprzejmie Nam miły! Z najwyższym uznaniem doniesiono Nam, jako Wasza Miłość w wielu potyczkach, a ostatnimi czasy przy zajęciu wyspy Alsen i leżących na niej zamków, między innymi pokonała w trójnasób liczniejszego nieprzyjaciela, sama przewodząc hufcom swoim na przodzie, czem okazała bohaterskie męstwo swoje ku podziwieniu wszech ludzi. Winszowaliśmy sobie zawsze z powodu wysłania Nam Wasza Miłość jako znakomitego wodza i wielce obowiązani jesteśmy królowi polskiemu za afekt braterski udowodniony wysłaniem Nam na pomoc Wasza Miłość. Chcemy przeto oświadczyć Wam wdzięczność Naszą królewską zjednaną tylu zasługami, życząc w duszy, aby wciąż szczęśliwem powodzeniem sława Waszej Miłości nie tylko ojczyźnie, ale całemu światu coraz bardziej znana, szczególniej na tej północy coraz świetniej jaśniała. Nich będzie WM przekonana, że za wszystkie wyświadczone Nam usługi przy pomocy Bożej z czasem okażemy dostojnie wdzięczność Naszą królewską. W Kopenhadze 24/XII 1658. Waszej Miłość Życzliwy Fryderyk król.” (Wojny duńskie i Pokój Oliwski, Lwów 1922 s.168-169)

Ostatecznie w wyniku działań Czarnieckiego Szwedzi zrezygnowali z dalszej obrony i opuścili Jutlandię ewakuując się na Fionię, która została przez Duńczyków zdobyta jesienią 1959 r. Wojska polskie udając się w drogę powrotną do ojczyzny, opuściły Danię w sierpniu 1659 r.

Powrót przez Choszczno

Koło Gryfina wojska polskie przeszły Odrę. Stąd przez Pyrzyce Czarniecki poszedł na Dolice które osiągnął 10 października. Datę tę niejako potwierdza list Czarnieckiego napisany tego dnia w Dolicach do elektora Fryderyka Wilhelma. Następnie udał się przez Choszczno w kierunku Drawna Drawę przekroczył w jego okolicy 12 października. Trasę tę określił w Abteilung Militärgeschichtliche Studien herausgegeben vom Militärgeschichtliche Forschungsamt 10, Eckardt Opitz „Österreich und Brandenburg im Schwedisch-Polnischen Krieg 1655-1660 Vorbereitung und Durchführung der Feldzüge nach Dänemark und Pommern.“ Harald Boldt Verlag. Boppard am Rhein 1969 s. 360 (Austria i Brandenburgia w wojnach polsko–szwedzkich 1655–1660.Przygotowanie i prowadzenie wyprawy na Danię i Pomorzu. Wydawnictwo Herald Bolt. Boppard nad Renem 1969 r. stron 360). Autor na stronie 256 napisał: „Am 29. September nahm Czarnecki unter großem militärischem Zeremoniell Abschied. Er führte sein Korp an Demmin vorbei und über Klempenow, Treptow, Friedland, Pasewalk nach Löcknitz. Während seine Truppen bei Greifenhagen die Oder überschritten, besuchte der General das österreichische Lager vor Stettin. Die Polen zogen über Pyritz nach Arnswalde, passierten am 12. Oktober bei Neuwedell die Drage und bezogen Quartiere nördlich der Netze.”; Ponieważ znana jest tylko jedna przeprawa w okolicy Drawna nie uniknie się błędu jeśli Barnimie wskarze się jako na miejsce w którym zamknął się ciąg wypraw Czarnieckiego za Szwedami poza zachodnią granicę Polski.

Barnimie, elektor i jego następca.

Dla Polaków Fryderyk Wilhelm Hohenzollern był zdrajcą zaś dla Prus był władcą wielkim. Nie dość, że za jego rządów stały się suwerenne również i jego armia zaczęła odnosić sukcesy zmieniające bieg historii. A jego potomkowie wpływali na losy świata. Dlatego godne odnotowania jest to, że elektor kilkakrotnie przebywał na ziemi choszczeńskiej. Jego wizyty opisał w Kurierze Ziemi Choszczeńskiej dr Grzegorz Jacek Brzustowicz w artykule „Wielki elektor i pierwszy król pruski”. Pierwszy raz w Choszcznie elektor pojawił się 21 lutego 1643 r. i w mieście tym przenocował. Następnego dnia udał się przez Barlinek do Kostrzynia. Pewnie przejeżdżał wtedy przez Pełczyce. Historia odnotowała jeszcze kilka wizyt w okolicy Choszczna. Elektor bywał w Bierzwniku który był domeną państwową. W 1668 r. konkretnie 18 sierpnia t.r. wraz ze swoją żoną Dorotą von Holstein–Glücksburg byli w Drawnie gdzie na miejscowym zamku ugościli ich Wedlowie. Na szlaku elektorskich wędrówek znalazło się Barnimie. 24 marca 1679 roku z żoną i z synem Fryderykiem przejechał przez wieś i udał się w kierunku Bierzwnika. Tak oto przejazdem na ziemi drawieńskiej znalazł się pierwszy król pruski. Gdyż syn elektora w 1701 r. koronował się na pierwszego króla Prus i zasiadł na pruskim tronie jako Fryderyk I. Sytuacja z Barnimia z 1679 roku była podobna do tej z Drawna z 1806 r. kiedy to w mieście znalazła się królowa Luisa z synem Wilhelmem, który choć nie był wtedy następcą tronu, do historii przeszedł jako cesarz Niemiec Wilhelm I.

Tablice, płyty, pomniki

Jak na jedną wieś historii w niej wiele. Barnimie zawdzięcza to swemu położeniu na szlaku komunikacyjnym i dogodnej przeprawie mostowej (bród) przez Drawę. Na pewno nieprzeciętne postacie które znalazły się w Barnimiu zasługują na przypomnienie. Jednak Barnimie znajduje się w Polsce i należy pamiętać jaką rolę barnimscy przejezdni odegrali w naszej historii. W przypadku Karola X Gustawa i Wielkiego Elektora była to rola negatywna. Zrodzone na nieszczęściu Polski państwo pruskie przez cały okres swego istnienia skupiało się na złamaniu polskiego ducha. Przyczyniło się do unicestwienia niepodległości Polski ale narodu nie złamało. Duch pozostał, choć nieraz podnosił się z ogarniającego zwątpienia, między innymi poprzez hymn narodowy którego jedna strofa odnosi się do wydarzeń na których szlaku znalazło się Barnimie. Ducha Prus nie ma, zniknął. Zmiażdżył go inny równie dla Polski niebezpieczny. To taka homeopatia historii. Można mieć nadzieję, że w Barnimiu nigdy nie nastąpi odsłonięcie tablic upamiętniających króla zbrodniarza i elektora zdrajcy. Byli jednak postaciami które odegrały znaczącą rolę w ówczesnej Europie. Dlatego o ich bytność można wspomnieć poprzez tablice informacyjne. Przejście Drawy przez Czarnieckiego utrwalone jest w historii Polski jest ono symbolem podnoszenia się Rzeczypospolitej z lat upadku, zdrady i cierpienia. Wejście za Szwedami do Nowej Marchii nie tylko zwiastowało pokonanie śmiertelnego wroga, ale było też ostrzeżeniem dla tych królewskich poddanych, którym zdrada tliła się jeszcze w głowach. Dlatego nie pokutny wierszyk z przeprosinami który ktoś kiedyś napisał, lecz pamiątkowa tablica usytuowana przy barlińskim moście powinna przypominać, że: „W tym miejscu we wrześniu 1657 roku, wojewoda ruski Stefan Czarniecki na czele 4000 polsko-tatarskiej jazdy przekroczył Drawę by mścić i karać za hańbę i krzywdy Rzeczypospolitej”.

Opracował: Andrzej Szutowicz

Literatura

  • Fot.1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Karol_X_Gustaw,
  • Fot.2. http://pl.wikipedia.org,/wiki/Fryderyk_Wilhelm_I_(Wielki_Elektor)
  • Fot.3. http://pl.wikipedia.org/wiki/Stefan_Czarniecki,
  • Marek Jaszczyński O hetmanie, co bił Szwedów i łupił Pomorze,
  • http://sedina.pl/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=2324,
  • Dorota Matyaszczyk A Boże igrzysko czyli potop szwedzki,
  • http://www.poznan.pl/mim/public/iks/dzial.html?dz_id_dzialu=2430,
  • www.gryfino.info/printview.php?t=2749&start=200&sid=119cdca3a41bbd0e49f4ad87650721a0 – 261k,
  • Władysław Czapliński, „Polska a Dania XVI-XX w.” Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1976,
  • Profesor wyprawie poświęca opracowanie na stronach 201-321. s.313 W przypisie 267 s. 313 jest taka informacja. „Droga powrotna określona na podstawie diariusza, za nim podaje ją Opitz, o.c., s 254-256. List Czarnieckiego do elektora z Dolic 10 X 1659 (…),
  • Adam Kersten Stefan Czarniecki 1599 -1665 Wydawnictwo UMCS Lublin 2006 s 412 -420,
  • Abteilung Militärgeschichtliche Studien herausgegeben vom Militärgeschichtliche Forschungsamt 10, Eckardt Opitz „Österreich und Brandenburg im Schwedisch-Polnischen Krieg 1655-1660 Vorbereitung und Durchführung der Feldzüge nach Dänemark und Pommern.” Harald Boldt Verlag. Boppard am Rhein 1969 s. 360,
  • Grzegorz Jacek Brzustowicz „Wielki elektor i pierwszy król pruski” Kurier Ziemi Choszczeńskiej. Wrzesień 1999 r. s.23,
  • Grzegorz Jacek Brzustowicz „Czarniecki w Reczu”,
  • Grzegorz Jacek Brzustowicz „Król szwedzki Karol X Gustaw w Barnimiu „Kurier Ziemi Choszczeńskiej”. – Zdzisław Sieradzki Stefan Czarniecki 1604 – 1665. Wyd. MON W-wa 1974 s. 214-215,
  • Leszek Podhorodecki „Stefan Czarniecki” KiW 1966.

PS. 27.02 1945 r. polska 2 Dywizja Artylerii (największa w historii Polski jednostka artyleryjska) pod dowództwem gen. bryg. Benedykta Nestorowicza po przybyciu do Człopy została podporządkowana dowódcy 3 Armii Uderzeniowej gen. Simoniaka. Następnie otrzymała zadanie ześrodkowania się w rejonie podrawieńskiego Barnimia. Zadanie to zrealizowała, o godz. 21.00 dotarła do wsi. W nocy 28.02/01.03 oddziały dywizji zajęły w okolicy Drawna ugrupowanie bojowe. Gdy wstał dzień, 1 marca 1945 r. o godz. 8.00 ogniem wszystkich dział weszła do boju. To był jej chrzest bojowy. Rozpoczęła swoją zemstę za 6 lat okupacyjnej nocy, za 6 mln wymordowanych polskich obywateli. Po 312 latach Prusy szły w rozsypkę by ostatecznie na zawsze zniknąć. Dla Barnimia ta historia zamknięta jest w kole „ Od Czarnieckiego do Nestorowicza“ i trwała tyle samo lat. A w Drawnie jak nie ma tak nie ma oznaczenia Skweru Artylerzystów Polskich. Można powiedzieć, że już mijają lata od podjęcia uchwały Rady Miasta nadającej tę nazwę znanemu w mieście miejscu.

Żydzi z Drawna (Neuwedell)

Rodzina Casparus – sprostowanie

Protoplastą rodziny Casparus z Drawna był Casper Gumprecht, świadczą o tym dokumenty w postaci listu protekcyjnego wystawiony na Caspera Gumprechta z Drawna i dokument z 1813 r. dotyczący zmiany nazwiska. Nazwisko to występowało także w innych miastach i nie zawsze nosili je członkowie rodziny wywodzącej się z tego samego pnia. Dla przykładu, na Kaszubach niejaki Elias Casper przyjął nazwisko Casparius i mieszkał w Bytowie.

Błędem jest przekonanie, iż żoną Siegfrieda Casparius (syn Josua i Amalii, ur. 02.07.1854 r.) była Helena zd. Cohnreich (ur. 20.01.1869 r.). Otóż była ona żoną Gottholda CASPARIUS. Dnia 09.09.1942 r. została wywieziona do Terezina, następnie (29.09.1942) do Treblinki, gdzie zginęła. Żoną Siegfrieda Casparius była Rosa (Reisel) PESTACHOVSKY (ur. 11.01.1866 w Gnieźnie). Siegfried był znanym w Drawnie (Neuwedell) biznesmenem, właścicielem fabryki octu i likierów. Caspariusowie mieli cztery córki: Irmgard, Lilly i Käethe. Jedna z córek, nieznana z imienia, zmarła ok. 1929 r. Uchodzili za ludzi rozważnych, inteligentnych i dobrodusznych, gotowych poświęcić wszystko dla swoich dzieci. Dlatego starali się zabezpieczyć ich przyszłość. Niestety, najprawdopodobniej te cechy charakteru spowodowały, że nie opuścili w porę Niemiec. Po Nocy Kryształowej S. Casparius sprzedał za bezcen swój majątek. Opuścił z rodziną Drawno i wszyscy oprócz Käethe zamieszkali w Berlinie. Dom przy Neue Straße 4 nabył handlarz bydła Georg Barnick, a willę przejął O. Tetzlaff na przedszkole dla dzieci. Siegfried Casparius deportowany został 22.07.1942 r. do Terrezina, skąd 21.09.1942 r. trafił do Treblinki (wg innych źródeł deportowano go do Mińska i tam zginął), jego żona Rosa zginęła w 1942 roku w Terezinie. Córkę Käethe Casparius 22.10.1942 r. wysłano z Frankfurtu n. Menem do getta w Łodzi. Tam jej ślad urwał się na zawsze. Ponoć zginęła w Oświęcimiu. Po latach upamiętniono ją tabliczką na ścianie synagogi we Frankfurcie n. Menem. W Berlinie przebywały pozostałe dwie córki Caspariusów – Lilly i Irmgard, zostały w porę ukryte na ogródkach działkowych. Ukrywała je berlińska dentystka, pani dr Mäusel. Dzięki bohaterstwu tej kobiety obie panie przeżyły. Na uwagę zasługuje fakt, że pomocy żywnościowej udzielała im mieszkanka Drawna, pani Liese. Panny Casparius po latach odwdzięczyły się jej za okazaną pomoc. Siostry Casparius żyły samotnie i ostatnie lata życia spędziły w domu starców. Irmgard zmarła w listopadzie 1981 r., Lilly w 1988 r. uległa wypadkowi i przeniosła się do domu starców w Lankwitz, zmarła 14.10.1989 r. Siegfried Casparius miał brata Leo, który uniknął represji nazistowskiej.

Marian Twardowski

Harmonia 1

Harmonia

W rosyjskiej gazecie „Czto diełać” nr 20/2013 na str. 4 ukazał się artykuł Aleksandra Dawidowa o zwykłym człowieku i jego instrumencie –małej harmonii. Nazywa się Sziszow Aleksander Aleksiejewicz. Urodził się 04 listopada 1938 w  wiosce Abrosjewo w rejonie Sudisławskim obwodzie Jarosławskim. Jego ojciec Aleksiej Jefimowicz Sziszow, ur. 06.07.1911, był wojskowym kadrowym i pracował w miejscowym sztabie poborowym. Gdy Aleksander miał trzy lata, wybuchła wojna. Nic dziwnego, że ojciec będąc „ pod ręką”, już w pierwszych dniach jej trwania znalazł się na froncie . Nim to nastąpiło, żegnając  się z żoną Klawiją i dwoma synami, dał na pamiątkę małemu synowi Aleksandrowi  dziecięcą harmonię. Od tej pory przez cały okres wojny nie było o ojcu wiadomości. Po wojnie też. W 1946 r. we wsi spłonęło 7 domów, wśród nich był też Sziszowych. Rodzina zmuszona była wyjechać do babci, która mieszkała w rejonie kostromskim. Po ukończeniu 8 klas Sziszow rozpoczął naukę w szkole zawodowej o profilu mechanicznym. Po jej ukończeniu został skierowany przez  komsomoł do pracy w obwodzie omskim. Potem powołano go do wojska. Po odbyciu służby zasadniczej rozpoczął w 1961 r. pracę w kołchoźniczym przedsiębiorstwie drogowym. Okazał się pracownikiem solidnym i zdyscyplinowanym, za co został skierowany do technikum samochodowego w Gorkim. Po jego ukończeniu w latach  1966 – 1968 był podwładnym głównego marszałka lotnictwa A.A. Nowikowa. Przez okres 45 lat pracy zawodowej nie rozstawał się z ojcowskim prezentem, ćwicząc grę. Doszedł do profesjonalizmu, zaliczany jest do pierwszej dziesiątki harmonistów, dzięki czemu w jednym roku występuje nawet 100 razy niemal w całej Rosji. Nie odmawia niczyjej prośbie. Rodzina nigdy nie zaprzestała poszukiwania wieści o ojcu, niestety bezskutecznie. Czas biegł, zmienił się ustrój, pytających o wojenne losy swoich bliskich – tak jak Sziszowy – było coraz więcej, aż pewnego kwietniowego dnia 2009, dzięki wojskowej gazecie i elektronicznej stronie danych „Memoriału”,  wspomnienie o ojcu powróciło z wielokrotną siłą. Po dziesiątkach lat poszukiwań zobaczyli  kartę cmentarną z danymi ojca, z wyraźnym odciskiem palca, na widok którego Aleksander Sziszow, jak wspominał, „ryczał z rozpaczy”. Okazało się, że sierżant Alieksiej Sziszow służył w 1013 pułku piechoty , do niewoli dostał się 12.09.1941 w m. Wołchow, otrzymał nr jeniecki 11034/302. Zmarł  w gregoriańskim dniu wigilijnym 24.12.1941. Tego dnia w obozie, w którym przebywał, włącznie z nim odeszło 5 radzieckich żołnierzy – jeńców.  Pochowany został niemal natychmiast po śmierci na tzw. rosyjskim cmentarzu (jenieckim) w kwaterze I w mogile 1 z nr 7. Aleksander Sziszow postanowił odwiedzić miejsce pochówku ojca, zagrać mu na harmonii i zabrać garść ziemi z jego mogiły, lecz nikt nie mógł zlokalizować podanej na karcie cmentarnej niemieckiej miejscowości – NEUWEDELL (Нойведелл).

 

  • http://kostroma.com/news/396
  • http://zakprf44.ru/magaz/20%20(372).pdf

Harmonia 2