Komisariat Graniczny Konarzyny w sk-ad którego wchodzi-a  Placówka SG Kie-pin Szosa

Kilka słów o książce „Chojnice 1939″*

W księgarniach nakładem Wydawnictwa Bellona ukazała się książka, która – sądząc po tytule „Chojnice 1939” – powinna nie tylko podsumować i uzupełnić wiedzę, ale i sprostować niektóre informacje o walkach w rejonie Chojnic. Autorzy – Andrzej Lorbiecki i Marcin Wałdoch poświęcili w niej dużo miejsca Straży Granicznej. Niestety, po zapoznaniu się z treścią tej pozycji nadzieja, że w końcu ktoś w miarę rzetelnie przedstawił udział w walkach 1-go września 1939 r. komisariatów Komendy Obwodu (Inspektoratu Okręgowego) SG Chojnice znajdujących się na kaszubskich Gochach okazała się złudna. Już po przeanalizowaniu trzech stron dotyczących tego terenu, okazuje się, że takiej próby nie podjęto i niemal wszystko, co dotąd budziło wątpliwości w działaniach strażników granicznych, nie zostało wyjaśnione, a jedynie niemal bezkrytycznie powtórzone na podstawie znanych już źródeł. Wiadomym jest, że ten drobny wycinek ówczesnych zmagań nie miał decydującego znaczenia dla opisanych działań i, gdyby został jedynie wspomniany, nie wpłynęłoby to poważnie na stronę merytoryczną pracy. Oczywiście pominąć go nie można, gdyż Komisariat SG Konarzyny był organicznym elementem Zgrupowania „Chojnice”. Ale jeśli już podjęto się przedstawić tę tematykę szerzej, to należało to zrobić rzetelnie, tym bardziej, że dokumentów opisujących te wydarzenia jest mało. Książka nie wyjaśnia pewnych wątpliwości nazewniczych, gdyż brak jest w niej definitywnej odpowiedzi na to, czy GO „Czersk” to Grupa Operacyjna, Grupa Osłony czy Grupa Osłonowa. Wydaje się, że stosowane określenie Grupa Operacyjna jest raczej zwyczajowe. Podobnie autorzy użyli nazwy Komisariat Lipnica, a w 1939 r. dzisiejsza Lipnica nazywała się Lipienice, stąd był to Komisariat SG Lipienice. Nie wyjaśniono przekonywująco również kwestii stopni strażników granicznych; gdyby tak było, że wszyscy mieli już wprowadzone stopnie wojskowe, to prezydent Kaczyński zamordowanych strażników granicznych na Wschodzie awansowałby na wyższe stopnie wojskowe lub na wojskowo brzmiące SG, tymczasem awanse dla niektórych zamordowanych wiązały się z nadaniem stopni wojskowych, a dla innych – z nadaniem stopni Straży Granicznej. Mimo że przed wojną nastąpiły regulacje prawne odnośnie stopni, galimatias w tym zakresie jest duży, także w dokumentach, co widać w wielu innych publikacjach dotyczących Straży Granicznej. Sprawy te wymagają jaśniejszego i konkretnego przedstawienia, gdyż wielu strażników posiadało niskie stopnie SG, a wysokie wojskowe – w tym oficerskie, stąd nie mogli z chwilą wojny nosić niższych rang wojskowych przypisanych do aktualnego stopnia w SG. Co ciekawe, dowódca Zgrupowania „Chojnice” pułkownik Tadeusz Majewski podporządkowanego sobie komendanta Komisariatu SG Konarzyny – Piotra Marciniaka, tytułował według jego stopnia w SG, czyli komisarzem, a był on porucznikiem rezerwy Wojska Polskiego. Mimo że tyle lat minęło od zakończenia wojny, problemy nazewnicze są nadal bolączką naszej historiografii i nie dotyczą tylko interpretacji skrótów typu GO. Bardzo często korzystający ze źródeł, chcąc rzetelnie je przestudiować, tracą wiele czasu na sprawdzanie tego, co już sprawdzane być nie powinno. Na przykład (nie dotyczy książki), czy w odniesieniu do SG prawidłowa jest nazwa „pluton wsparcia” czy „pluton wzmocnienia”? Tu nasuwa się ogólny wniosek, że przydałaby się porządkująca ten problem „ errata nazewnictwa”, która na pewno pomocna byłaby dla miłośników historii i hobbystów…

Komisariat StraÄ-Ä-y Granicznej Konarzyny. WÄ-â  .Jacek PLAKNiestety obecna wiedza o działaniach Straży Granicznej w rejonie Konarzyn jest bardziej legendarna niż merytoryczna i omawiana tu książka tej wiedzy ani nie poszerza, ani nie porządkuje. W „Chojnicach 1939” powielany jest pogląd, że walki w rejonie Konarzyn trwały do godziny 10-tej, tymczasem autorzy przedstawiają jedynie samotny ostrzał strażnika Tomasza Musiała i chaotyczny obudzonego strażnika Rozmarynowskiego. Patrząc na dzisiejsze Konarzyny, nie widzimy w nich śladów tamtych walk. Nie można jedynie wykluczyć wspomnianych pojedynczych strzałów strażnika Musiała, który być może spowodował, że Niemcy wstrzymali się od czołowego wejścia do wsi i ją obeszli, co też nie jest pewne, gdyż manewr obejścia mógł być uprzednio zaplanowany i obok osaczenia Komisariatu Konarzyny miał na celu szybkie zneutralizowanie Placówki SG I Linii Babilon. Ponadto wspomniany strażnik Rozmarynowski jako emeryt nie był już w służbie czynnej; w Konarzynach nie było kompanii wzmocnienia, a jedynie przydzielony do komisariatu pluton wzmocnienia rekrutujący się z pododdziałów Obrony Narodowej. Całość sił porównywalna była z kompanią (stąd stosowana nazwa kompania „Konarzyny”). Stan osobowy Komisariatu SG Konarzyny i pluton wzmocnienia nie wycofał się do Swornegaci rano 01.09.1939 r. Zrobiono to znacznie wcześniej, gdyż komendant komisariatu kom./por. Piotr Marciniak musiał wykonać rozkaz dowódcy płk. Majewskiego, który otrzymał w dn. 28.08.1939 r. Co ciekawe, w rozkazie tym płk Tadeusz Majewski używa nazwy Grupa Osłony Czersk. Ponieważ komisarz Piotr Marciniak przyszedł do Konarzyn tuż przed wybuchem wojny ok. 18.08.1939 r., to nie zdołał poznać podległego sobie terenu. Z drugiej strony dziwi wyznaczenie nowego komendanta w sytuacji bezpośredniego zagrożenia państwa, tym bardziej, że poprzedni wieloletni komendant kom./kpt. rez. Kazimierz Kociatkiewicz znał rejon Konarzyn doskonale, a i wojskowo należał do najbardziej intensywnie szkolonych komisarzy SG. Por. rez. Marciniak w Wielkiej Wojnie służył w armii niemieckiej, był odznaczonym Krzyżem Żelaznym II kl., frontowcem, działał w Polskiej Organizacji Wojskowej, od stycznia 1919 r. – 12.03.1921 r. służył w WP, walczył o granice. W Straży Granicznej przeszedł kurs wywiadu i solidne przeszkolenie sportowe. Po analizie jego drogi życiowej sądzić można, że był bardziej oficerem wywiadu, niż dowódcą. Mając mało czasu, skupił się na zasadniczym celu zadania, który było mu najłatwiej wykonać, czyli na przygotowaniu obrony w rejonie przepraw Swornegacie i Małe Swornegacie, w tym na zaminowaniu mostu w Swornegaciach. Reasumując, zasadnicze siły Komisariatu Konarzyny w dniu 01.09.1939 r. były w Swornegaciach, natomiast na placówkach pozostali tylko wyznaczeni do pełnienia służby na punktach obserwacyjnych (najczęściej jeden strażnik plus dwóch żołnierzy ON). Taki system ochrony granicy wprowadzono z chwilą zagrożenia wojennego, tj. zrezygnowano z patrolowania granicy i ograniczono się do jej obserwacji z punktów. Potwierdzenie tezy o wcześniejszym opuszczeniu posterunków komisariatu uzyskamy po przeanalizowaniu podanych przez autorów przedziałów czasowych i pominiętym przez nich epizodzie związanym z poranną mszą świętą w Swornegaciach, która według W. Stanisłąwskiego, była odprawiana tuż przed albo w trakcie wysadzenia mostu. Autorzy nie wyjaśniają przebiegu walk przy tej przeprawie, nie opisują chaotycznego i pośpiesznego wysadzenia mostu, co kosztowało życie jednej osoby cywilnej (ciężko ranna zmarła po kilku dniach), a strażnikom uciekającym z posterunków (którzy pełnili służbę) odcięło drogę odwrotu. Nie opisują obrony w tym rejonie, gdzie (co autorzy przyznają) z całą pewnością po obu stronach byli polegli. Przemilczano kwestię porzuconej dokumentacji wywiadowczej, która dostała się w ręce niemieckie. Potem na jej podstawie wszczęto poszukiwania współpracowników Straży Granicznej z rejonu Konarzyn, co dla wielu z nich skończyło się śmiercią. Autorzy poszerzyli zakres przekazywanej wiedzy i wyszli niejako poza Zgrupowanie „Chojnice”, gdyż poświęcili nieco miejsca pozostałym dwóm komisariatom SG na Gochach, które miały inną podległość służbową. Niestety, czy zgodnie z przyjętą koncepcją książki, czy celowo bądź z braku wiedzy na ten temat, zbagatelizowano ich działania, w tym ewakuację m. Lipnice. Nie wspomniano nic o wysadzeniu mostu w Upiłce i potyczce nad rzeką Zbrzyca, gdzie zginął na polu chwały starszy strażnik Antoni Mikołajczak, dowódca Placówki II Linii Lipienice, który w tabeli na str. 24. jako jedyny dowódca palcówki Komisariatu SG Lipienice nie został z nazwiska wymieniony. Autorzy nie wspominają też o tragicznej obronie strażników w Skoszewie, którą dwóch z nich przypłaciło życiem (wg W. Stanisławskiego byli to strażnicy graniczni Leszczułowski i Koziarski, jednak nazwiska te wymagają sprawdzenia). Ponadto wymieniony jako komendant Komisariatu SG Lipienice kom. Ludwik Weigel nie był nim 01.09.1939 r. Od czerwca 1939 r. był nim aspirant Kazimierz Bielecki; wymieniony w książce komendant Komisariatu SG Brzeźno Szlacheckie, Czesław Chludziński, też nie był na Gochach, tylko na Węgierskiej Górce jako dowódca schronu „Wąwóz”. Strażnik Tomasz Musiał (ur. 20.11.1897 r.) z Komisariatu SG Konarzyny nie zginął, jak napisali autorzy, w 1939 r. Musiał i inni rozproszeni strażnicy z żołnierzami ON przeszli przez Brdę. Potem było Świecie i dramatyczna przeprawa przez Wisłę. Gdy będąc w łódce przewoźnika, pokonywał Wisłę, nadleciały nieprzyjacielskie samoloty. Atak był celny, trafiona została łódź, Tomasz Musiał został ranny w głowę i rękę, na szczęście w porę wyciągnięto go z wody. Rannego strażnika opatrzono w Chełmnie, okazało się, że może iść dalej. W Kutnie trafił do szpitala. Do niewoli dostał się na trasie Toruń – Warszawa. (Według jednej z wersji po przeprawie trafił do szpitala w Toruniu, tam opatrzono mu rany i podobno brał udział w obronie Warszawy). Osadzono go w Stalagu II B Hammerstein (Czarne). Potem przewieziony został do aresztu śledczego w Chojnicach, a stąd do fortów toruńskich. W końcu września jego żona z trójką dzieci powróciła do Konarzyn. By przeżyć, ciężko pracowała. Zły stan zdrowia spowodował, że Tomasz Musiał w 1942 r. został zwolniony do domu, a faktycznie trafił na roboty przymusowe do bauera, codziennie wielokrotnie musiał się zgłaszać na posterunek policji. Ponownie aresztowany przepadł bez wieści. Po walkach w Swornegaciach siły ON i strażników granicznych uległy rozproszeniu. Komendant Piotr Marciniak przedostał się z małą grupką swoich podoficerów do ośrodka w Rawie Ruskiej, został dowódcą 3 kompanii w batalionie cyklistów ppłk. Karola Bacza (dzisiejszy patron Morskiego Oddziału Straży Granicznej w Gdańsku). Walczył pod Kamionką Strumiłową i Rawą Ruską. I tu ciekawostka – w tej samej bitwie brał udział urodzony w Prądzonie, a pochowany na przykościelnym cmentarzu w Borzyszkowach por. Józef Gierszewski ps. „mjr Ryś”, późniejszy „komendant wojskowy TOW Gryf Pomorski”. Marciniak do niewoli dostał się 25.09.1939 r. w okolicy stacji kolejowej Zielona koło Buska (w rej. Lwowa). Zginął najprawdopodobniej w obozie zagłady, inne źródła podają, że na Wschodzie, lecz na znanych listach rozstrzelanych nie widnieje. Ogólnie spośród strażników związanych z Konarzynami wojny także nie przeżyli: zastępca komendanta, starszy przodownik SG Ignacy Markowski (zamordowany został 15.12.1944 w Mauthausen), przodownik SG Nikodem Janiak z Placówki I Linii Konarzyny (29.08.1898 – 18.04.1941 KL Mauthausen), przodownik SG Leon Przybysz z Babilonu, Stanisław Poprawa (zamordowany 18 stycznia 1945 w Radogoszczy) również z Placówki I Linii Babilon. Zaginęli bez wieści w 1939 r. strażnicy SG i podchorążowie rezerwy WP Tadeusz Cieślak i Władysław Wersztajn – najprawdopodobniej zginęli na polu chwały. Jeden z nich mógł zginąć w Swornegaciach lub przy siedzibie placówki w Babilonie. Ponadto wspomniany były komendant Kazimierz Kociatkiewicz zamordowany został w Katyniu (pośmiertnie awansowany przez Pana Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na stopień majora WP), a emerytowany przodownik SG Ludwik Urbaniak zginął w marszu śmierci KL Stutthof w 1945 r. W marszu tym uczestniczył także więzień tego obozu Franciszek Golis, który nie był – jak napisano – przodownikiem i dowódcą Placówki I Linii SG Kiełpin Szosa. Posiadał on stopień strażnika lub starszego strażnika i był przewodnikiem psa, dowódcą tej placówki był najprawdopodobniej pochodzący z miejscowości Rytel st. str. Kosiedowski Bolesław (ur.01.11.1899 r.), który zajmował to stanowisko od 1938 r. Odnośnie Straży Granicznej na Gochach, przyczyną wystąpienia w książce tylu błędów jest bezkrytyczne oparcie się jej autorów na zamieszczonych w „Zbliżeniach” artykułach z lat 1982/ 1983 Władysława Stanisławskiego pt. „Historia płonącego pogranicza”. Cykl ten w sposób ciekawy przedstawił atmosferę panującą na ówczesnym pograniczu, niestety oparty był głównie na relacjach uczestników tych zdarzeń i świadków, a że spisany był ponad 40 lat od wybuchu wojny, stąd wiele w nim sprzeczności, niedomówień i przeinaczeń. Tak więc praca W. Stanisławskiego wymaga weryfikacji i porównań z dokumentami, a tych nawiązujących do 1939 r. jest mało. Niepozbawione błędów jest także będące źródłem opracowanie kpt. Stanisława Rosta „Straż Graniczna w walkach o Chojnice w 1939 r.” (WPH nr 3/1989). Jesienią 2012 r. w miejscowości Swornegacie odbyły się organizowane przez Fundację Naji Gochë z Borowego Młyna kolejne „Spotkania na Gochach”, które tradycyjnie miały formę konferencji regionalnej. Poświęcone były Straży Granicznej na tym „cyplu” Kaszub. Podczas spotkania zwiedzano nie tylko miejsca, gdzie znajdowały się placówki komisariatów Konarzyny, Lipienice i Brzeźno Szlacheckie, ale także dzielono się wiedzą na temat walk obronnych i tragedii z nimi związanych. Wypracowane wówczas wnioski sprostowały pewne niedomówienia i fałszywe przekazy dotyczące tego tematu i na ich bazie powstały publikacje w Dzienniku Bałtyckim, Merkuriuszu Człuchowskim i Biuletynie CSSG. Inne czekają na wydrukowanie. Należy żałować, że autorzy książki nie natrafili na dorobek tych „Spotkań”. Argument, że była to mało znacząca konferencja nie wchodzi w rachubę, gdyż uczestniczył w niej wicestarosta powiatu chojnickiego Przemysław Biesek-Talewski, były poseł PIS Piotr Stanke i historycy tej rangi co dr Marian Fryda, Wiktor Zybajło czy ppłk SG dr Wojciech Grobelski. Autorzy książki najprawdopodobniej nie natrafili na źródła niemieckie, stąd brak jest w niej niemieckiego spojrzenia na walki na Gochach. Otóż takie źródło istnieje, jest to relacja działań jedynej jednostki niemieckiej, która wtargnęła na Gochy we wrześniu 1939 r.; był to 32 Grenzwache Regiment von Bothmer. Pozycja ta nosi tytuł „Das verstärkte Grenzwacht-Regiment Freiherr von Bothmer im Polen-Feldzug 1939 von einem Mitkämpfer. Verlag Bütower Anzeiger, Bütow in Pommern o.J. Bütower Anzeiger, 1940”. Najprawdopodobniej jej autorem był sam dowódca pułku ppłk Karl baron von Bothmer (całkowicie w książce pominięty). Odnotowano w niej, że: „…1 września o 4:45 z uprzednio zajętych pozycji bataliony przekroczyły granice Polski. Celem ataku był Cypel Brzeźniowski (niem. Briesener Zipfel), który jako część ówczesnej Polski, głęboko wcisnął się w okolicy Miastka w niemieckie terytorium. Zadaniem pierwszego dnia wojny było odcięcie na linii jezior i rzeki znajdujących się tam sił polskich. Linia ta biegła od Jeziora Somińskiego, a kończyła na południu na Jeziorze Charzykowskim. Na północy zamierzone cele zostały osiągnięte bez walki do godzin południowych. Okazało się później, że przez błędny wywiad nie wiedzieliśmy, iż siły polskie były skoncentrowane na południe od Bytowa, gdzie rozmyślnie rozmieszczono je w kilku granicznych punktach. Dla Polaków ich ostatnie położenie było ryzykowne i w konsekwencji „Cypel” został opuszczony. Tylko batalion „Schleyer” (batalion nazwany od nazwiska dowódcy nadszedł z kierunku Korne – Konarzyny”) w godzinach południowych na zachód od Swornegaci stoczył walkę z kontratakującymi oddziałami, które atakowały tam, gdzie jest przejście przez Brdę. To pierwsze zwycięstwo zostało Pododdzia- Strazy Gricznej IG Chojnice na Gochach.W-asno--.Jacek Plakwywalczone bez znacznych strat po stronnie batalionu. Na zdobytym obszarze i po naprawieniu mostów przez saperów pułk w ciągu 3 dni parł naprzód, przełamując w walce linie obrony. Potem rozpoczął się jednodniowy marsz na północny-zachód w kierunku Kościerzyny …”. Jak widać, autor wolał się nie skupiać na szczegółach, bo w przypadku von Bothmera nie zawsze mogły one być pozytywne dla jego wizerunku. Ten agresor na Gochy z 1939 r. został w 1947 r. rozstrzelany w Jugosławii jako zbrodniarz wojenny. Przedstawiona relacja (tłum. Marian Twardowski) obala także utrwalony pogląd jakoby 16 pułk ułanów przez swą aktywność zatrzymać miał jeden z batalionów tego niemieckiego pułku i zmusić go do powrotu na pozycje wyjściowe. Tymczasem 16 p.uł. nikogo nie zatrzymał, tylko zwinął obronę przeprawy na rz. Zbrzyca w m. Laska, czym naraził na śmiertelne niebezpieczeństwo maszerujące w jej kierunku pododdziały komisariatów Lipienice i Brzeźno. Nic dziwnego, że pasjonaci historii ułanów 16- tki ten epizod całkowicie ignorują, bo świadczy on bardziej o tchórzostwie niż nierozwadze. Strat będących wynikiem tego czynu, jak dotąd, nie zbilansowano, na pewno był to główny powód rozproszenia nie tylko strażników granicznych. Dla wielu z nich skończyło się to niewolą, dla innych cierpieniem, a dla dowódcy Placówki II Linii Lipienice – utratą życia. Są przesłanki ku temu, by twierdzić, że ofiar śmiertelnych było więcej. Wniosek ten jest efektem rekonesansu w terenie z 2013 r. Jednym z jego uczestników był pochodzący ze Skoszewa emerytowany nauczyciel z Lipnicy Czesław Cyra, dzięki któremu zrewidowany został obraz pierwszych godzin wojny w Skoszewie. Na pewno pozytywnym walorem książki jest wielowątkowe przedstawienie działania 18 pułku ułanów pomorskich. Zaprezentowano wiele relacji, lecz brak jest do nich komentarza i własnych interpretacji. Czytając rozdział o 18 pułku ułanów, ma się wrażenie, że autorzy wiedząc, iż tylko trzech lub czterech (inne źródła podają jedenastu) żołnierzy niemieckich zostało rannych, jakby obawiają się powiedzieć czytelnikowi jasno: pod Krojantami nikt z Niemców nie zginął. Przy stratach własnych 25 ułanów tragizmu tej szarży nawet legenda nie obroni. Książka nie wystawia też oceny negatywnej dowódcy pułku płk. Mastalerzowi za wręcz karygodne pozostawienie na głównych pozycjach walczącego pułku i udanie się ku śmierci z grupą manewrową. Do tej pory badacze tej szarży zastanawiają się, dlaczego to zrobił. Broniący Mastalerza wspierają się regulaminami, inni nawet podają argument, że ze względu na pogmatwane życie osobiste chciał zginąć. Przyczyna może być inna, płk Mastalerz pułk objął ceremonialnie 20.08.1939 r. i, podobnie jak komisarz Piotr Marciniak Komisariatu SG Konarzyny, nie zdążył go poznać. Stąd najprawdopodobniej nie miał pełnego zaufania do podwładnych, co spowodowało potrzebę nadzorowania wykonywanego przez nich zadania. Zamiana dowódcy pułku była działaniem kumoterskim gen. Grzmot- Skotnickiego, który by ściągnąć pod swoje rozkazy dawnego towarzysza broni, wykorzystał kłopoty zdrowotne aktualnego dowódcy płk. Tadeusza Kurnatowskiego, osoby szanowanej, znającej pułk i teren, na którym miał działać. Do tej pory odczytywane jest to jako poniżenie tego zasłużonego oficera. Los ze wszystkimi obszedł się okrutnie. Gen. Grzmot-Skotnicki zostawił znajdujących się w beznadziejnej sytuacji swoich żołnierzy i udał się do dowódcy armii po nowe stanowisko. Walczył w bitwie nad Bzurą, śmiertelnie ranny, zmarł w niemieckim lazarecie. Śmierć płk. Mastalerza pośrednio uśmierciła także pułk. Pułkownik Kurnatowski zmarł 28.09.1939 r. po tym, jak w ciągłym zagrożeniu przez wschodniego agresora doprowadził na Węgry dowodzony przez siebie Ośrodek Zapasowy Podolskiej Brygady Kawalerii, dzięki czemu ocalił życie wielu oficerom. Niestety nie uwypuklono w tym rozdziale genezy przyszłej tragedii 18 pułku ułanów, którą była słabość znajdującej się z lewej strony pozycji pułku kompanii SG, to ona – szybko ulegając naporowi nieprzyjaciela (przeciwnika), przedwcześnie zmusiła płk. Mastalerza do stopniowego wycofywania się na następne pozycje. Ostatecznie skończyło się to dla pułku fatalnie. W tym świetle defilada w Tucholi pododdziału SG kpt. Kraffta ma inny wymiar. Dlatego nie ma sensu delektować się opinią Guderiana, bo Polacy przeżyli tragedię, a Niemcy tylko stres. Atak polskich ułanów spowolnił działania niemieckie, lecz ich nie zatrzymał, na pewno nie zatrzymał 76 pp (zmot.), na który szarżował, gdyż ten po zajęciu m. Krojanty najprawdopodobniej wykonał swoje zadanie dnia. Natomiast, co autorzy potwierdzają, jeszcze po godz. 21-ej (szarża była ok. 19.00) inne niemieckie pododdziały 2 batalionu 69 pp (zmot.) skutecznie natarły na pozycje 3 szwadronu 18 pułku ułanów, praktycznie go rozbijając. Niefortunny jest też cytat niemiecki ze stron 201. – 202., w którym stwierdza się, że „2 DPZmot na prawym skrzydle nie posunęła się dalej poza pozycje wyjściowe”. Ten bezruch dywizji nie był konsekwencją szarży 18 pułku, tylko twardej obrony wspaniałego 35 pułku piechoty z Brześcia nad Bugiem ppłk dypl. Jana Maliszewskiego. Ciekawostką jest to, że pułk ten był macierzystą jednostką mjr Henryka Sucharskiego. Najważniejszym wnioskiem jest ten, że zasadnicze zadanie zostało wykonane, Niemcy nie osaczyli batalionu ON „Czersk”. Na pewno czytając ten rozdział, regionaliści z kręgu Naji Gochë czują satysfakcję, gdyż zyskali w niej wiele argumentów na poparcie lub zweryfikowanie poglądów zawartych w zaprezentowanym w „Naji Gochë” nr 42 opracowaniu „Płk Kazimierz Mastalerz (1894 – 1939) – życiorys z szarżą w tle”. (http://www.najigoche.kaszuby.pl/artykul/artykul=976,plk-kazimierz-mastalerz-1894-1939-zyciorys-z-szarza-w-tle/). Nie ulega wątpliwości, że książkę „Chojnice 1939” warto polecać i zachęcać do czytania, u każdego interesującego się tematem walk we wrześniu 1939 r. GO Czersk wywoła ona pozytywne emocje i dostarczy niezbędnej wiedzy na ukształtowanie swoich poglądów.

Andrzej Szutowicz Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie Oddział Konarzyny

*Andrzej Lorbiecki, Marcin Wałdoch „Chojnice 1939”. Wyd. Bellona. Warszawa 2014 r.


Na recenzję odpowiedzieli autorzy książki: odp autorów.

Tutaj też kolejna odpowiedź pana Szutowicza: odp recenzenta.

Rys. Andrzej Szutowicz. "Płyta z Brzezin". Tak wyglądał pomnik przed 1945 r.

Płyty ludzkiej pamięci z Brzezin

Pod płotem, na terenie przykościelnym w Brzezinach, leżą trzy kamienne płyty. Ułożenie ich wskazywałoby, że stanowią tematyczną całość. Ale tak nie jest. Natomiast łączy ich zadanie upamiętnienia życia i śmierci byłych mieszkańców Brzezin. Największa środkowa płyta to główny element dawnego pomnika ku czci poległych na frontach 1-szej wojny światowej, żołnierzy wywodzących się z Brzezin. Dwie boczne płyty upamiętniają dzieci z rodziny von Natzmer. Byli to chłopiec i dziewczynka. Chłopiec Louis v. Natzmer zmarł, nie ukończył nawet dwóch lat, 1 sierpnia 1848r. Zabrakło mu do tego wieku 25 dni. Dziewczynka Hermine v. Natzmer urodziła się w grudniu 1847r. i nie przeżyła roku, zmarła 28 sierpnia 1848r. Co mogło być przyczyną śmierci tych dzieci? Otóż wg. p. W.Palm z „Heimatgruß-Rundbrief” (Nr. 265/2004 s. 25) była to cholera, która kilkakrotnie nawiedzała Niemcy w XIX w, niestety również i w 1848r. W tym roku między wrześniem i październikiem w samym tylko Choszcznie zmarło 540 mieszkańców (Choszczno liczyło wówczas ponad 5200 mieszkańców).

Utrwalanie pamięci o poległych w działaniach wojennych, poległych pochodzących z jednej miejscowości, było w Niemczech powszechne i nie tylko dotyczyło 1-szej wojny światowej. Dlatego płyta z Brzezin nie stanowi żadnej sensacji, jest typowa. Pozostaje jednak pytanie na ile jej obecny wygląd i usytuowanie różni się od pierwotnego. Ustalenie tego kosztowało trochę trudu i wysiłku. Gdyż nie natrafiliśmy na zbliżoną fotografię pokazującą pomnik w całości. Prezentowany rysunek przedstawia odtworzony układ pomnika. Płyta kamienna, na której pod obrysem krzyża żelaznego wyryto nazwiska poległych, ustawiona była naprzeciw bocznego wejścia do kościoła. Otoczona drewnianym falistym parkanem, zwieńczona była orłem stojącym na kuli z rozpiętymi skrzydłami. Pomnik przetrwał działania wojenne, gdyż jest widoczny na zdjęciu z 1945 r. Niestety już bez orła. Kto wie, może gdzieś na którymś strychu zachował się do naszych czasów.

Napis na zachowanej płycie brzmi:
Es starben den Heldenlod fürs Vaterland im Weltdkriege 1914-1918
(Bohaterowie polegli za ojczysty kraj w wojnie światowej 1914-1918)

Kurt v. Wiefersheim 15.09.14, Wilhelm Krüger 30.03.18
Emil Herzberg 22.06.14, Otto Voge 30.05.18
Wilhelm Jordan 11.11.14 Albert Burow 09.06.18
Hermann Stabenow 12.01.15 Helmut Janke 20.09.18
Otto Luttert 16.10.15 Otto Burow 03.10.18
Ernst Freitag 01.02.18 Albert Jolitz 20.10.18
Rudolf Kühl 08.10.15 Wilhelm Paul 04.11.18
Hermann Burow 13.01.15 Martin Stucke 26.09.17
Albert Schmidt 08.04.15 Erich Ostreich 10.10.18
Fredrich Burow 22.07.15
Wielhelm Thelke 28.09.15
Otto Ganske 03.06.16
Georg Krause 29.11.16
Adolf Kramuschke 29.01.17
Hermann Hahn 19.04.17
Fritz v. Voss 16.10.17
Otto Kommesser 30.08.18

Opracowali: Andrzej Szutowicz, Marian Twardowski

Na wrześniowiej wojnie w 3 batalionie saperów wileńskich

Wprowadzenie*** 

20, 21 września 1939 r. doszło pod Kamionką Strumiłową (w II RP; woj. Tarnopol, 6,5 tyś mieszkańców) do zapomnianej dziś bitwy. Było to 3 dni po wejściu Armii Czerwonej na teren polskich Kresów Wschodnich. Siły radzieckie podchodziły już pod Kamionkę. Znajdujący się w tym rejonie polska Grupa Operacyjna Dubno (d-ca płk Stefan Hanka – Kulesza) zamierzała przejść w kierunku granicy rumuńskiej. Ponieważ uznano, że Polska nie jest w stanie wojny z ZSRR postanowiono uderzyć na blokujące Polaków siły niemieckie (44 niem. DP, inne źródła podają 4 Dyw. Lekka). Wola przebicia się była ogromna. Jednak pierwsze uderzenie nie powiodło się, ponowiono natarcie,które tym razem było skuteczne. Linie niemieckie zostały rozerwane, droga na południe otwarta. W zasadzie typowy dla Kampanii Wrześniowej przypadek, który może dlatego trudny jest do uchwycenia. Tymczasem wydaje się, że w bój pod Kamionką Strumiłową znacznie zaangażowani byli saperzy, co oznaczać może konieczność wprowadzenia pewnych korekt w dzieje tej bitwy. Na pewno pod Kamionką znalazł się batalion radiotechniczny, który gdzieś po drodze wszedł w skład improwizowanego Oddziału Zmotoryzowanego. Drugim pododdziałem saperów był 3 batalion saperów wileńskich lub jego kompanie. Jednak o tym fakcie źródła milczą. Tak się złożyło, że o udziale batalionu w bitwie napisał w swoich wspomnieniach były mieszkaniec Stargardu Szcz. śp Andrzej Kiewlicz. Przytoczone epizody oraz osoba autora bezspornie potwierdzają autentyczność relacji. Andrzej Kiewlicz był miłośnikiem polskich kresów z których pochodził. Współzałożycielem koła Towarzystwa Miłośników Grodna i Wilna w Stargardzie Szcz. Nestorem turystyki polskiej, na stałe związanym z kołem PTTK węzła PKP Stargard Szcz. Lubił poezję, nie tylko wspaniale recytował ale także pisał wiersze. Był głęboko wierzącym i temu także dał świadectwo w wspomnianych wspomnieniach. Co najważniejsze, czuł się przede wszystkim saperem. Niestety nieszczęśliwym saperem. Mimo, że brał udział jako saper w kampanii 1939 roku, forsował Nysę Łużycką w 1945 r. nie został dostrzeżony przez jednostki saperskie do których wytrwale, wielokrotnie, osobiście i listownie zwracał się z prośba o kontakt. Bez rezultatu. Nie był zapraszany na spotkania, akademie, rozprowadzenia. Niniejsze wspomnienie, które spisał i przekazał w 1996 r. „młodym saperom” omal nie wylądowało w koszu. Wyciągnięto je z pliku papierów przeznaczonych do zniszczenia w jednostce saperskiej odznaczonej za forsowanie Odry Orderem Virtuti Militari. Co świadczy, że do niej też swego czasu „zapukał”.

Wspomnienia kpr. Andrzeja Kiewlicza z wojny 1939 r.

Pierwsze dni wojny 1939 r. w Wilnie

Alarm poderwał wszystkich na nogi. Śpieszę się, pakuję do plecaka wszystko co żołnierz ma i dopinając guziki z kolegami biegnę na plac koszarowy, ustawiamy się dwójkami – na zbiórce.

W trzecim batalionie saperów wileńskich wstawał jasny, pogodny dzień 1-go września 1939 roku. Na placu z całym „naczalstwem” czekał dowódca naszej kompanii kpt. Wacław Głowacki. Padły krótkie komendy: „BACZNOŚĆ, KOLEJNO ODLICZ” i wsłuchaliśmy się w słowa dowódcy: „Żołnierze dziś o godz. 4.45 rozpoczęła się wojna! Niemcy napadli na Polskę„. Wielu mechanicznie spojrzało na zegarki, dochodziła 5.30.Od tej pory czas biegł szybko.

Jako kapral d-ca drużyny kompanii szkolnej zostałem włączony w tok przyjmowania i mundurowania napływającej rezerwy. W trakcie tych czynności zostałem wezwany do dowódcy batalionu ppłk. Wacława Damrosz, który oświadczył iż wie, że jestem ze wsi i znam się na koniach dlatego kieruje mnie z paroma saperami do miasteczka po zakup niezbędnych koni do taboru. Otrzymałem kilka tysięcy złotych i po niemałych kłopotach kupując 16 koni rozkaz wykonałem.

Mimo wielkiego chaosu cała akcja przyjęcia żołnierzy przebiegła dość sprawnie. Z dniem 15 września mieliśmy odchodzić do cywila, a tu okazało się, że nie wiadomo kiedy to nastąpi. Oficjalnie przedłużono nam służbę wojskową do niewiadomego okresu.. Nastrój panował dobry bo myśleliśmy, że wojna długo nie potrwa.

W eszelonie

Po załadunku batalionu na pociąg (trzy kompanie), 7 września wieczorem wyjechaliśmy z Wilna. Pierwszym docelowym punktem miał być Brześć. Ponieważ odkryły nas samoloty niemieckie i istniała obawa nalotów bombowych, na noc zatrzymaliśmy się w lesie gdzieś w okolicach Czeremchy. Do ataku samolotów nie doszło. Na drugi dzień około południa, gdy zbliżaliśmy się do Brześcia, nadleciało ich kilka. Rzucali bomby i ostrzeliwali nas z karabinów maszynowych. Wszyscy żołnierze opuszczali wagony i kładli się na nasypach torowisk.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem charakterystyczny gwizd spadających bomb i huk ich wybuchów. Większość z nas położyła się na plecach i obserwowała krążące samoloty. Widać było jak bomby błyszcząc w promieniach słońca z gwizdem spadały w naszym kierunku i wtedy przewracaliśmy się brzuchem do ziemi. Z trwogą oczekiwaliśmy na ich detonacje. Na szczęście spadały niecelne i nie wyrządzały nam szkód. Rannych zostało jednak paru żołnierzy i to tych którzy odbiegli dalej od torów. Na przedmieściu Brześcia staliśmy cały dzień i mieliśmy możliwość wejścia do zbombardowanego miasta. Tego rodzaju obrazy zobaczyliśmy po raz pierwszy. Zwalone i palące się domy przedstawiały straszny widok. Zapamiętałem jeden niesamowity. Na podwórku między domami przygotowano prowizoryczny schron. Niestety trafiła w niego bomba. Porozrywana konstrukcja zmieszała się z ciałami ludzi, a na dachu przybudówki rzucone było rozszarpane dziecko. Widok ten dał nam obraz rzeczywistości wojny. Tam też zobaczyłem i inny obrazek: na wewnętrznej stronie stojącej jeszcze ścianie zbombardowanego domu, wisiał cały dość dużych rozmiarów obraz J. Piłsudskiego. Patrzył na nas swym posępnym wzrokiem.

Naloty w Dubnie

Pojechaliśmy dalej na południe, pod Lwów do Dubna W Dubnie rozładowaliśmy się. Byliśmy tu parę dni, zapoznając się z budową i walorami twierdzy, z której w zasadzie nie korzystaliśmy. Obozowaliśmy przy niej w parku. Tam ponownie przeżyliśmy bombardowania i ostrzał z samolotów. Straty były minimalne tj kilku rannych. W czasie jednego nalotu rozerwała się obok bomba opryskując nas ziemią i ogłuszając hukiem. Wtedy to spotkałem się z paniczną reakcją niektórych żołnierzy. Jeden saper z mej drużyny nie wytrzymał nerwowo, gdy wszyscy padali na ziemię kryjąc się nawet pod zwykłym krzakiem, on nie mógł tego wytrzymać, wstawał i biegł wystawiając się na cel. Paru żołnierzy siłą musiało go trzymać, przygniatając do ziemi.

Kierunek – Kamionka Strumiłowa

Po opuszczeniu Dubna kierowaliśmy się na wschód, gdzie miała być formowana obrona przed Niemcami lub ewakuacja tzw. szosą zaleszczycką do Rumunii. Nie byliśmy już sprzętowo klasyczną jednostką saperską, wszystko zostało w Dubnie, teraz jako piechota szliśmy szosami odpoczywając po wsiach. Dostaliśmy większy przydział amunicji do karabinów i po parę granatów. Pewnej nocy, gdy zmęczeni marszem szliśmy szosą przez las, trawiaste boczne nasypy jakby ożyły rumieniąc się ognikami. Były to robaczki świętojańskie. Utworzyły nam ten widok w momencie gdy idąc w marszu zasypialiśmy.

Świt zastał nas gdy wychodziliśmy z lasu. Podchodziliśmy Bugu, nad nim most, dalej było widać zabudowania, była to Kamionka – Strumiłowa. 

Wychodzących z lasu witał i jakby jednocześnie nas żegnał stojący obok swego sztabu dowódca pułku szwoleżerów płk. Stefan Hanka – Kulesza (w tym czasie dowódca Grupy Dubno przyp. A. Sz.). Na czele kompanii jechał konno kapitan rezerwy, który był już nam znany jako nic nie mający w sobie żołnierza. Siedział na koniu jak męczennik z odparzonymi pośladkami i chyba drzemał. Po przejściu przez most, nie zmieniając szyku doszliśmy do pojedynczych domków przedmieścia Kamionki. Na prawo od szosy było pole z kartoflami, dalej był lasek. Na obrzeżach tego lasku ukazały się samochody ciężarowe. Nie rozpoznano ich z powodu odległości. W pewnym momencie widać było przy nich ruch, ale nikt na to nie reagował. 

Bój

W jednej chwili usłyszeliśmy strzały z karabinu maszynowego i gwizd kul. Kompania zwaliła się do przydrożnych rowów, nie rozpoczynając obrony. Kule karabinów maszynowych wzbiły pył, nie dając się podnieść. Po pierwszym ochłonięciu udało się nam przejść na lewą stronę szosy, która nieco wyższa dawała pewne schronienie. Teraz widzieliśmy, że był to oddział niemiecki. Nasza bierność ośmieliła Niemców, którzy w szybkim tempie ruszyli do ataku. Sytuacja stawała się groźna. W końcu odezwały się polskie karabiny, zmusiły Niemców do położenia się na ziemi. Ja ze swoją drużyną znalazłem się za budynkiem stojącym najbliżej szosy.

Obok węgła drewnianego budynku leżała kupka siana, za którą ułożyłem się zrobiłem podpórkę i zacząłem ostrzeliwać Niemców. Zauważyłem, że pojedynczo przebiegają między dwoma kępkami drzew. Odczekiwałem moment, gdy Niemiec wyskakiwał, brałem go na muszkę i… strzał. Według mojej oceny każdy był celny. Tak powtarzałem najmniej kilka razy. W pewnej chwili obok mnie z prawej strony, zaryła się kula karabinu maszynowego, dotknąłem ją – była gorąca. Jednocześnie jakby mechanicznie przekręciłem się w lewo za węgieł budynku. 

W tym samym momencie od kul niemieckich moja kupka siana poruszyła się i rozprysła. Wtedy uświadomiłem sobie, że ta pierwsza kula była przymiarką do mego strzeleckiego stanowiska. Po odkryciu go został zlikwidowany przez ich obserwatora, ale mnie już tam nie było. Na czole wystąpiły mi kropelki potu, który otarłem z westchnieniem do Boga i Matki Boskiej Ostrobramskiej, której ryngraf (był na piersiach) dostałem od stryja w Wilnie tuż przed opuszczeniem miasta.

W tym czasie zaszły na naszą korzyść nieoczekiwane okoliczności. Otóż z tyłu za nami skryta obrzeżem lasu odezwała się polska artyleria. Strzały były celne, w kolumnie samochodów niemieckich widać było wyraźne zamieszanie. Całkowity chaos nastąpił w chwili gdy pocisk artyleryjski trafił w ich samochód amunicyjny. Olbrzymi huk i rozpryski zgromadzonych tam samochodów świadczyły o celności ognia. To pozwoliło naszej kompanii ochłonąć, padły komendy „bagnet na broń i naprzód do ataku”. Przechodziliśmy szosę i z ogromnym hurra ruszyliśmy do przodu padając od czasu w bruzdy kartofliska (gdyż trwał ostrzał od strony niemieckiej). Ich żołnierze, którzy wyrwali się do przodu, zaczęli uciekać wystawiając się na cel naszym karabinom. Tu wyszedł, nasz niedostatek np. w mojej drużynie miało bagnety tylko 3- ech, 4-ech żołnierzy. Gdy dobiegliśmy do pierwszych zabitych lub rannych Niemców, pierwszym moim odruchem było zdjęcie bagnetów i uzupełniałem nimi mych żołnierzy. W pewnej chwili zauważyłem w przysiadzie Niemca, który miał broń krótką złożoną na ziemi, a w prawej ręce trzymał chusteczkę powtarzając „ich bin oficer, ich bin oficer”. Biegnący obok z lewej strony saper z mojej drużyny wziął go na cel, podbiłem lewą ręką jego karabin i strzał padł w górę. Nakazałem dwóm żołnierzom odprowadzić go na tyły. Strzelałem do każdego Niemca w walce, do poddającego się nie mogłem strzelać tym bardziej, że wiedziałem iż był to oficer. Później widziałem go rozmawiającego z naszym dowództwem. Uciekających przed nami Niemców spotkała inna jednostka także saperska, która przeprawiła się przez Bug. Walka zakończyła się naszym zwycięstwem, gdyż reszta Niemców poddała się i została rozbrojona, do niewoli wzięliśmy 76 –ciu.

Zapamiętane epizody

Oprócz tego parę epizodów utkwiło mi mocno w pamięci.

Z chwilą gdy ruszyliśmy do ataku, z prawej strony obok mnie biegło dwóch młodych podporuczników, jeden z nich został trafiony w oko. Padając, spojrzał jednoocznym niesamowitym wzrokiem. Drugi krzycząc „Romek, Romek!!”. zatrzymał się chwilę przy nim. Zaraz potem szybko z karabinem w ręku dogonił mnie, „kapralu, nie macie trochę amunicji?” – błagalnie zapytał. Ponieważ zawsze starałem się mieć zapas, podałem mu dwa zestawy po 5 sztuk.

Drugi epizod, nastąpił przy kończącej się już bitwie. Zobaczyliśmy pod dużym drzewem leżącego żołnierza niemieckiego. Widać było, że był poważnie ranny, popatrzył na nas i odezwał się po polsku „Bracia, rodacy ja też jestem Polakiem ze Śląska”- zaraz umarł. Staliśmy chwilę oszołomieni – to było straszne. Zapoczątkowana przez naszą jednostkę bitwa o Kamionkę – Strumiłową z pomocą innych polskich jednostek została wygrana, zajęto miasto. Nocleg ze swoją drużyną mieliśmy pod stogiem siana, na przedmieściu.

Po bitwie

Pomimo wielkiego zmęczenia, nim zasnąłem odmówiłem jeszcze część różańca. Z mojej drużyny nikt nie zginął ani nie był ranny. Kolega ze szkoły podoficerskiej kpr. Wojtecki dostał sześć kul w żołądek, zabrany został do szpitala ale o jego losie już nic nie wiedziałem, wątpliwe czy przeżył. Była to nasza pierwsza prawdziwa bitwa i niestety ostatnia. Dalej losy potoczyły się już szybko. Marsze i postoje w lesie, gdzie całą noc przetrwaliśmy pod nękającym ogniem artylerii niemieckiej. Przy dość ładnej pogodzie i wielkiego skomasowania wojska polskiego w Rawie Ruskiej, nadszedł rozkaz zakończenia działań. Zgodnie z umową Mołotow – Rubentrop Rawa – Ruska miała przynależność do Związku Radzieckiego. Niemcy, którzy wcześniej weszli, musieli się wycofać wraz z rozbrojonymi jeńcami z jednostek polskich. Olbrzymi chaos, Niemcy obstawili wszystkie drogi i całą swą potęgę kierowali szosą na Jarosław, gdzie wg. ich zapewnień miała być segregacja i wydania odpowiednich zaświadczeń oraz rozpuszczana do domów. Ten dzień zapamiętałem na zawsze – był to 25 wrzesień 1939 rok. 

Na własna rękę

We trójkę tj. ja i koledzy kaprale już nie istniejącego 3 -go batalionu saperów wileńskich Żuk Jan z Wilna i Rodowicz Zygmunt z Łap postanowiliśmy nie iść w kierunku wyznaczonym przez Niemców. Przeskoczyliśmy przez płot do ogrodu obsadzonego kukurydzą i krzakami porzeczek, położyliśmy się pod ich gałęziami postanawiając czekać aż się ściemni. Do wieczora było jeszcze dość daleko. Po pewnym czasie wszedł jakiś pan, który okazał się prywatnie właścicielem ogrodu a służbowo nauczycielem w szkole. Był na tyle dobry, że dostarczył nam picie, trochę żywności i przyniósł mapę wg. której wyznaczyliśmy dalszą drogę. Wyszło. 250 km. (do Brześcia), skalkulowaliśmy; 5 dni po 50 km na dobę. Gdy się ściemniło, a na ulicach już był spokój, nauczyciel wyprowadził nas pod górkę w stronę lasu, pokazał nam drogę i tam rozstaliśmy się. Wyszliśmy na szosę zupełnie pustą i maszerowaliśmy po żołniersku. Na sobie mieliśmy umundurowanie z tym, że pasami głównymi opasaliśmy mundury pod płaszczami, do tego mały plecak i zrolowane na ramieniu koce, w tych nieznanych nam okolicach liczyliśmy się z zimnem. 

Gdzieś około godziny 24.00 usłyszeliśmy warkot czołgów. Przed nami wyjechał łazik patrolowy. Zatrzymaliśmy się – Gdzie idziemy? „Domoj” odpowiedziałem znając język rosyjski. Kapitan był wielce roztropny „No tak – tak, wsio haraszo”.

A my poszliśmy dalej. Jak liczyliśmy do Brześcia doszliśmy po pięciu dniach, tu Ruscy nas na dobre zatrzymali i wszystkich, którzy dążyli do domu wsadzili do wagonów towarowych. W nocy zaryglowano je, pociąg ruszył i skierował się na wschód w niewiadome – do domu wracałem zupełnie inną trasą i to nieprędko.

Andrzej Kiewlicz
saper 3 bat. sap. Wileńskich,
późniejszy saper 2 AWP.
Uczestnik forsowania Nysy Łużyckiej

Wprowadzenie*** 
Andrzej Szutowicz

Sawczynski - karykatura

Kuzyn Marszałka. Komendant. Olimpijczyk. Porucznik piechoty. „Nowe” postacie z Oflagu II B Arnswalde.

1. Kuzyn Marszałka

1.1. Józef Hipolit Zajkowski (urodzony w 1898 roku w Sawejkach, zmarł 10 marca 1945 r.). Prawnik, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Oficer rezerwy WP. Kapitan. Do 1939 roku kierownik Zakładu Prawa Cywilnego USB. Zmobilizowany w 1939 r. Brał udział w kampanii wrześniowej. Po klęsce w niemieckiej niewoli. W latach 1939-45 jeniec wojenny w Oflagach II B Arnswalde i II D Gross Born. Zmarł w nieznanych okolicznościach w czasie ewakuacji obozu wiosną 1945 r.. Bliski kuzyn marsz Józefa Piłsudskiego. Matki ich tj Maria z Billewiczów Piłsudska i Stanisława z Billewiczów Zajkowska były rodzonymi siostrami. Żona Aleksandra Zajkowska była asystentką na Wydziale Filozofii USB. Mieli córkę Marię.

Źródła:

2.Komendant Szkoły Podchorążych Artylerii

Sawczynski22.1. Sawczyński Adam Tymoteusz (ur. 22 VIII 1892 r. we Lwowie – zm.21 III 1975 r. w Londynie). Pułkownik artylerii Wojska Polskiego (1936) Ojciec Henryk (1861 – 1923) był znanym lwowskim historykiem. Adam Tymoteusz po ukończeniu gimnazjum we Lwowie został powołany do służby wojskowej w armii austriackiej, gdzie ukończył szkołę oficerską artylerii. W I wojnie światowej 1914-1918. walczył na froncie rosyjskim i włoskim. Porucznik. Od XI 1918 w WP. W wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 dowodził baterią potem dywizjonem 12 pap. Za wykazane męstwo odznaczony został VM kl. V. Awansowany na kapitana artylerii po wojnie zweryfikowany do stopnia majora ze starszeństwem od 1 VI 1919. Nadal służył na stanowisku d-cy 1-go dywizjonu 12 pap w Tarnopolu. Po 1926 został przeniesiony do Centrum Wyszkolenia Artylerii na stanowisko wykładowcy. 1 I 1928. został podpułkownikiem. W latach 1928-1929 był d-cą baterii szkolnej, potem d-cą dywizjonu szkolnego w Szkole Podchorążych Artylerii w Toruniu (1929-1931). W 1931 został dowódcą 2 dak w Dubnie, a w latach 1934-1935 był wykładowcą taktyki artylerii w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. Następnie od 1 VIII 1935 do 16 VI 1936 dowodził 18 pal w Ostrowi Maz. 1 I 1936 r. pułkownik. Z dniem 23 VI 1936 mianowano go komendantem Szkoły Podchorążych Artylerii w Toruniu. W wojnie obronnej 1939 był d-cą artylerii dywizyjnej 41 DP Rez. Walczył nad Narwią i Bugiem oraz na Lubelszczyźnie. Po kapitulacji dostał się do niewoli niemieckiej. Przebywał w oflagach II B Arnswalde i w II C w Woldenbergu, gdzie był starszym III batalionu jenieckiego. 

W Oflagu II B w Choszcznie położył duże zasługi w rozwój działalności kulturalnej wśród jeńców. Jego pobyt w Oflagu zauważyli również Niemcy. Twórca „Teatru Symbolów” ppor. Witold Korzeniowski zapamiętał taką scenę związaną z Pułkownikiem; „Pułkownikowi Adamowi Sawczyńskiemu z okazji święta artylerii niemieccy artylerzyści (obok obozu były koszary niem. dywizjonu art.) przysłali owoce, biszkopty i dwie butelki wina. Ordynans doręczył również list, w którym pozdrawiali oni pułkownika – artylerzystę. Załączając skromny upominek, pragnęli w ten sposób podkreślić istniejące braterstwo broni.

Pułkownik Sawczyński na odwrocie tego listu – innego papieru nie miał – podziękował za list, zaznaczając jednocześnie, że daru w istniejącej sytuacji przyjąć nie może. Wtedy zjawili się reprezentanci artylerzystów z zamiarem przekonania pułkownika, że Niemcy nie prowadzą już wojny z Polską, że załatwienie konfliktu należy teraz do polityków i dyplomatów. Nie widzą więc powodu, by odmawiał uczczenia wspólnego święta artylerzystów, zwłaszcza on, jak im wiadomo, wybitny artylerzysta. Pułkownik grzecznie, ale stanowczo wyjaśnił, że wojna nie jest skończona, że Niemcy w chwili obecnej są wrogami Polski i Polaków, że docenia intencje artylerzystów, ale na tym i na jego wdzięczności sprawa się kończy. Niemcy nie spodziewali się takiej reakcji, byli speszeni, trzasnęli obcasami i wycofali się”. Ponieważ w Oflagu brakowało jedzenia a jeńcy chodzili wiecznie głodni czyn płk Kawczyńskiego urósł do rangi bohaterstwa.

W niewoli należał do grona najbardziej czynnych wykładowców i animatorów życia naukowego. Prowadził i inspirował badania nad dziejami kampanii wrześniowej 1939. Po ewakuacji jeńców 25 I 1945 Oflagu II C znalazł się na terenie Niemiec. Po oswobodzeniu pozostał na Zachodzie. Osiadł w Londynie.Pracował w Instytucie im. gen. W. Sikorskiego. Był wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Historycznego, redaktorem wydawnictwa Polskie Siły Zbrojne w II wojnie światowej, t. 1, Kampania wrześniowa 1939. W latach przedwojennych cieszył się opinią doskonałego oficera z racji swej znajomości rzemiosła artyleryjskiego. Choć nie był oficerem dypl. był wykładowcą w WSWoj. Był też znakomitym wychowawcą młodzieży szczególnie w okresie kierowania Szkołą Podchorążych Artylerii w Toruniu. Zmarł w wyniku obrażeń poniesionych w wypadku drogowym. Jego prochy sprowadzono do Polski i złożono na cmentarzu Salwadorskim w Krakowie. Odznaczony Krzyżem orderu Virtuti Militari kl. IV i kl. V, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia polski, Krzyżem Walecznych, Złotym Krzyżem Zasługi.

Źródła:

  • Roczniki oficerskie 1924,1928,1932; R. Rybka – K. Stepan. Rocznik oficerski 1939. Kraków 2006; J. Łukasiak. Szkoła Podchorążych Artylerii w Toruniu 1923-1939. Pruszków 2000; J. Kuropieska. J. Wspomnienia oficera sztabu 1934-1939.Kraków 1984; Zb. Moszumański. Centra Wyszkolenia Obrony Przeciwlotniczej /1921-1939/. Pruszków 2003; J. Żuralski. 18 Pułk Artylerii Lekkiej. Pruszków 1994; J. Olesik. Oflag II C Woldenberg. W-wa 1988; H. Tomiczek – M. S. Zarudzki. Jeniecka konspiracja wojskowa w oflagu II C Woldenberg. Poznań 1989.
  • (inf. Tadeusz Łaszczewski)
  • http://www.stankiewicz.e.pl/index.php?kat=31


3. Olimpijczyk

3.1. Szempliński Kazimierz Włodzimierz (ur. 07 I 1899 r. – zm.31 III 1971 r.) mjr Wojska Polskiego, reprezentacyjny szpadzista warszawskiej Legii, olimpijczyk z Berlina (1936). W Wojsku Polskim od listopada 1919. Ukończył kurs szkoły podchorążych piechoty. W w wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 w 21 pułku piechoty „Dzieci Warszawy”. Po wojnie zweryfikowany w stopniu por. z starszeństwem od 1 VI 1919. Nadal służył w 21 pp w Warszawie. Awans na stopnia otrzymał 1 I 1928. Około 1929 roku został przeniesiony do 30 pp „Strzelców Kaniowskich” w warszawskiej Cytadeli, do 1935 był d-cą 1 kompanii w 1 batalionie, potem komendantem obwodowym Przysposobienia Wojskowego przy 30 pp. W okresie międzywojennym był znanym szermierzem. Uczestniczył w turniejach w Belgii i Francji. W 1930 zdobył na turnieju w Legie w Belgii brązowy medal w turnieju drużynowym. Olimpijczyk, był członkiem drużyny szermierczej na olimpiadzie w Berlinie w 1936. W mistrzostwach Europy w szermierce w Paryżu w 1937 zajął 4 miejsce. 

W wojnie 1939 był adiutantem d-cy 30 pp 10 DP Armia Łódź. Walczył na szlaku bojowym 30 pp. 14 IX 1939 z grupą żołnierzy i oficerów przebił się do Warszawy. Brał udział w obronie Warszawy. Po kapitulacji stolicy od 30 IX 1939 w niemieckiej niewoli. Jeniec Oflagu II B Arnswalde, potem od IX 1940 Oflagu II C Woldenberg, gdzie był aktywnym organizatorem życia sportowego. Po uwolnieniu z niewoli wrócił do kraju. Mieszkał w Warszawie. Był działaczem sportowym. Zmarł w Warszawie.

Odznaczony: Krzyżem Walecznych, Srebrnym Krzyżem Zasługi, Medalem Niepodległości 

Źródła:

4. Porucznik piechoty

4.1. Albiński Tadeusz Julian (ur. 13 II 1910 r. – zmarł 5.02.1989 r. w Warszawie). Porucznik Wojska Polskiego. W 1930 r. ukończył szkołę średnią. Następnie od X 1930 r. do VIII 1931r. w Szkole Podchorążych Piechoty w Różanie a od X 1931r. do VIII 1933 r. w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Maz. – Komorowie. Promowany na stopień podporucznoka 15 VIII 1933 r. z przydziałem do 22 pp w Siedlcach na stanowisko d-cy plutonu. W 1936 r. przeniesiony został do 30 pp w Warszawie, gdzie pełnił funkcję d-cy plutonu w 6 kompanii 2 baonu. 19 III 1939 awansowany do stopnia porucznika. W wojnie obronnej 1939 r. początkowo d-ca plutonu, potem d-ca 201 kompanii 4 baonu 30 pp. Walczył w obronie Warszawy. Po kapitulacji w niewoli niemieckiej. Przebywał w Oflagach XIA Osterode, IIA Prenzlau, IIB Arnswalde, IID Gross Born. Haliną z Fijałkowskich, mieli trzech synów: Andrzeja (ur. 1934), Tadeusza (ur. 1935) i Romana (ur. 1940r.). Pochowany na cmentarzu Wawrzyszewskim. Za męstwo wykazane w kampanii wrześniowej odznaczony Krzyżem Walecznych.

Źródła:

Zebrał: Andrzej Szutowicz

Pastor Julius Rohr

Pastor z Drawna – szukający znalazł dom?

Julius Rohr (ur. 05.09.1904 r. w Berlinie, poległ w Rosji 18.08 .1941 r.) W latach 1932 – 1941 był pastorem w Drawnie. Zamieszczona fotografia pochodzi z kroniki dzisiejszej parafii katolickiej w Drawnie . Sądząc po wspomnieniach pastor dobrze zapisał się w pamięci aryjskich Neuwedellczyków. Natomiast z relacji przedstawiającej dzieje żydowskiej rodziny Steinbach (prof. dr Klaus Hermann) wyłania się postać nazistowskiego antysemity:

„Po dojściu Hitlera do władzy w Drawnie zaczęły się prześladowania ludności pochodzenia żydowskiego. W tym początkowym okresie prym wiódł ówczesny burmistrz, członek NSDAP Conrad Muller. Jednak w 1935 r. opuścił on miasto. Niesławę po sobie zostawili: miejscowy policjant Fritz Kaltenbach, rzeźnik Otto Weber, jak również sąsiad Steinbachów Willi Staege i Walter Kopplin. Duchowo byli oni wspierani przez miejscowego pastora i SA – Sturmführera Rohra (odgrywał on znaczną role w mieście do puczu Röhma w 1934 r.). Steinbachom zniszczono ogrodzenie, zdewastowano ogród i powybijano szyby w oknach. Louisa Steinbacha aresztowano. W areszcie przesiedział blisko osiem dni, był tam tak bity, że nie potrafił usiąść. Po zapłacie 600 RM kaucji, został wypuszczony…” 

Anneliese Hohensee zapamiętała pastora jako życzliwego ludziom duchownego. Każdy Drawnianin przypomina sobie, tego duchownego, wykonującego swoją posługę w Drawnie przez stosunkowo krótki czas od 1932 r. do 1941 r.
Mam jeszcze w pamięci ten okres kiedy dość często spotykaliśmy się. Nasza znajomość rozpoczęła się podczas mszy pogrzebowej za mojego ojca w Święciechowie w drugą niedzielę adwentu 1932 r. Po pogrzebie moja matka i ja zostaliśmy zabrani przez pastora Rohr i superintendenta Gramlow samochodem do Drawna na plebanię, gdzie czekała na niego żona z młodszą córką Nikt nie przeczuwał, że ten młody proboszcz osiem lat później także ofiaruje swoje życie! Za nic!

Pamiętam wyraźnie pastora jak w pierwszych dniach maja 1933 modlił się nad grobem mojego młodszego brata. Także i wtedy starał się pocieszyć mnie i moją matkę.
Czasami miał odmienne zdanie na temat ówczesnej sytuacji, ale to była jego sprawa. Przypominam dobrze sobie naszą ostatnią rozmowę w moim domu. Przeczuwał, że zginie na froncie. Jego twarz promieniała gdy umierał. Poległ na polu chwały śmiercią bohatera 18.08.1941 na północnych krańcach Rosji.

Bardzo się wyróżniał, był niebieskookim blondynem. Jednak nie zawsze był tym co rzucało się w oczy. Pochłonęła go polityka, ponieważ był dowódcą grupy SA widziało się go często w mundurze. Mówiono, że czasami, w pośpiechu zapominał ściągnąć buty SA i podczas nabożeństwa miał je pod sutanną. Jednak od 1933 nie widywano go już w mundurze SA.

Znany z licznych wspomnień o starym Drawnie Winfried Dell napisał nawet artykuł o pastorze w którym stara się wyjaśnić jego postępowanie.

„I przyszedł dzień, gdy mi się zwierzył, dlaczego nie należy już do czynnego aktywu SA.Po dojściu Hitlera do władzy zapytano go czy nie porzuciłby sutanny i nie zostałby wyższym urzędnikiem SA. Poprosił o czas do namysłu.

Następnie odpowiedział, że jako Niemiec ma obowiązek wspierać Hitlera i jest przekonany, że tylko on zdoła odbudować gospodarczo, politycznie i socjalnie Niemcy. Wielu ludzi będzie chciało być we władzach SA a na pewno Niemcy będą potrzebowały również dobrego proboszcza i dlatego chciałby poświęcić się służbie Bożej jako kapłan, rezygnując jednocześnie z członkostwa w SA.W ciągu roku przekonał się, że narodowy socjalizm ma inne pojęcie na temat kościoła niemieckiego. Sam byłem tego świadkiem, gdy podczas mszy Gestapo aresztowało Martina Niemöllera i tylko dzięki temu, że był członkiem partii i starym weteranem nie poniósł większych konsekwencji.

Jeszcze w kwietniu tego samego roku opuściłem Drawno, aby rozpocząć dalszą naukę w Winsen. Nie miałem tam dostępu do kościoła; brakowało mi osobowości proboszcza Rohra. Podczas mojego urlopu w lecie 1940 widziałem go na drawieńskiej plaży ostatni raz, pomagał przy przeprowadzeniu egzaminów pływackich. Był do końca w szczególny sposób autorytetem dla miejscowej młodzieży, a i innych ludzi duchowo wzmacniał.”

Niemiecka pocztówka sprzed 1939 roku przedstawiająca wnętrze drawieńskiego kościoła.

Niemiecka pocztówka sprzed 1939 roku przedstawiająca wnętrze drawieńskiego kościoła.

Opracował: Marian Twardowski

Georg von der Marwitz

Johann Georg von der Marwitz

ODKRYCIA Z MIECIEM* – UNICHOWO
„Przy trasie z Bytowa do Lęborka leży duża wieś UNICHOWO. Sama wieś jest nieciekawym miejscem w odróżnieniu od położonych na południowy wschód od wsi rezerwatów florystycznych „Sitno Duże i Małe” oraz „Gołębia Góra”. Czytając tę krótką notatkę zawartą na stronie 167 przewodnika turystycznego „Kaszuby” (wyd. Region 1997 r.), przeciętny turysta jedynie zatrzyma się we wsi by spytać o drogę do rezerwatów. Podobnie jak autor tego zapisu uważałem, że Unichowo jest nieciekawe. 

Rok temu (2007), gdy wracaliśmy przez Unichowo z poszukiwania śladów Pirchów w Nożynku, Mietek namówił mnie bym skręcił w prawo do miejscowego pałacu. 
- Tu w Unichowie pałac, co Ty czyj? – spytałem. 
- Marwitzów – odparł Mietek. 
Nazwisko to nie było mi obce gdyż wiedziałem już dużo o Marwitzach z Kiełpina koło Choszczna lecz o Marwitzach z Unichowa nie wiedziałem nic. 
- Chcesz to możemy zobaczyć ich cmentarz, ale to trochę trzeba iść – wspomniał Mietek
- E, dajmy sobie spokój –odparłem. I wróciliśmy do Bytowa. 

Minęły trzy tygodnie. Przeglądałem zapiski o Marwitzach z Kiełpina. Przypadkiem zwróciłem uwagę na zdjęcie wojskowego z pierwszej wojny światowej. Był to gen. Georg von der Marwitz. W załączonej krótkiej notce biograficznej zwróciłem uwagę na miejsce jego śmierci – WUNDIHOF.
Sprawdziłem w internecie – to Unichowo – niemal krzyknąłem. 
Penetrując dalsze strony znalazłem artykuł gdzie autor zapytuje wprost: „Ciekawe, czy po grobowcu wodza II Armii pozostały w Unichowie jeszcze jakieś ślady?”
- O kurcze – krzyknąłem- ale ten Mieciu ma nosa!

Generał kawalerii Georg von der Marwitz 

Służbę wojskową rozpoczął w 1875 r. w słupskich pruskich huzarach. W latach 1883 – 1886 studiował w Akademii Wojskowej. W 1900 został dowódcą pułku kawalerii którym dowodził pięć lat następnie był szefem sztabu XVIII Korpusu. Dowodził także w Szczecinie 3 Dywizją. Przed pierwszą wojną światową miał już duże doświadczenie dowódcze, dlatego w 1912 roku został Generałem – Inspektorem Kawalerii (Kavallerie der Generalinspekteur). 2 sierpnia 1914 roku objął dowodzenie nad II – gim Korpusem Kawalerii.Był to związek taktyczny w skład którego weszły ; 2 Dywizja Kawalerii (gen.von Krane), 4 Dyw. Kaw. (von Garnier) i 9 Dyw. Kaw. (von Schmettow). W początkowym okresie wojny 4 sierpnia 1914 roku, Marwitz na czele swego korpusu wkroczył do neutralnej Belgii. Jego jednostka była pierwszą z cesarskiej jazdy która przekroczyła granicę państwa. Dopiero po tygodniu stoczył z Belgami swą pierwszą w tej wojnie bitwę.11 sierpnia 1914 r. pod Haelen czekały na niego jednostki kawalerii belgijskiej (d-ca Leon de Witte) które obsadziły stanowiska broniące przeprawy mostowej na rzece Gete. Wydawać by się mogło że powinno wówczas dojść do widowiskowego starcia jazdy obu państw. Stało się inaczej. Podczas wieczornej odprawy w nocy 11/12 sierpnia, Belgowie przekonali swego dowódcę, by nie wdawał się w kawaleryjską bitwę lecz żeby spieszył własną jazdę tak aby walczyła jako wsparta bronią maszynową piechota. Poczyniono odpowiednie przygotowania. Gdy ok. ósmej rano 12 sierpnia. zaczął się bój, belgijskie siły były w zasadzie gotowe na spotkanie z Marwitzem. Niestety nie udało się im zniszczyć całkowicie mostu co spowodowało, że opór pierwszych obrońców został złamany. Dlatego Niemcy dość łatwo zajęli Haelen. Lecz nie tam była główna linia obrony Belgów. Przebiegała na zachód od miasta. Dla atakujących nie była dobrze widoczna. Łatwe zdobycie miasta spowodowało, że Niemcy zlekceważyli Belgów nie rozpoznali właściwie ich pozycji i atakowali je dosłownie „z obnażonymi szablami”. Marwitz z uporem rzucał do szarż na okopanego przeciwnika kolejne swoje pułki. Bezskutecznie, mimo wielu prób nie udało się mu przełamać obrony Belgów. Z końcem dnia musiał wycofać się na pozycje wyjściowe. Belgowie triumfowali W odparciu Marwitza dużą rolę odegrało wspomniane oparcie obrony na spieszonych belgijskich kawalerzystach, właściwe kierowanie ogniem, wykorzystanie rozbudowy inżynieryjnej i ruchliwości cyklistów. Bitwa przeszła do historii jako „bitwa srebrnych hełmów” i jak się okazało zwiastowała nadejście końca w nowoczesnej wojnie znaczącej roli klasycznej kawalerii. Pod Haelen poległo 150 Niemców, 600 było rannych i 200 – 300 dostało się do niewoli, zabitych zostało ok 400 koni. Belgowie stracili także ok 160 zabitych i 320 rannych. Klęska Marwitza poczytana została przez Belgów jako wielkie zwycięstwo jednak jej taktyczne znaczenie dla całej operacji było znikome gdyż nie zatrzymano pochodu Niemców. Wojna toczyła się dalej. Na początku października 1914 r. II Korpus z innymi korpusami kawalerii  I i IV), osłaniał w Flandrii siły główne podczas tzw wyścigu do morza kiedy to obie strony podjęły próby wejścia na tyły przeciwnika poprzez obejście wolnego od wojsk terenu od strony zachodniego skrzydła działań, to wówczas zaczął się w ciągu jesieni 1914 kształtować ciągły front. W tych działaniach von Marwitz miał pod swoją komendą także I Korpus Kawalerii, składający się z Gwardii i 4 Dyw. Kaw. oraz awój macierzysty II. Korpus który składał się wtedy, z 2-giej, 7- mej i 9- tej Dyw. Kaw. Trzecim a numerycznie IV. Korpusem dowodził gen Hollen, (3 Dyw Kaw, 6 Dyw Kaw. i Bawarska Dywizja Kawalerii). Zapewne pod wpływem niezadowolenia z postępów Marwitza na froncie cesarz 3 października posłał mu wiadomość; „Jego majestat życzy sobie następnego dnia widzieć korpus na tyłach wroga” Operacja skończyła się kompletnym niepowodzeniem oba korpusy w wyniku zaciętego oporu przeciwnika między Lens i Lille, jeszcze tego dnia wieczorem zostały zmuszone do odstąpienia pod Lorette. 7 października ruszył przeciw nim francuski XXI Korpus. Wsparci przez Anglików odrzucili Marwitza. Działania wojenne 15.10 osiągnęły kanał La Manche utworzyła się ciągła linia frontu. Po próbach 4 i 6 A niem. przełamania pozycji wojsk franc.-bryt.-belg. pod Ypres (9 październik – 22 listopada) utrwaliła się 700 km linia frontu pozycyjnego, na którym zajęły pozycje obronne wojska obu stron. Wyczerpane walkami i niezdolne do operacji zaczepnych na większą skalę. W grudniu Marwitz został przeniesiony na front wschodni gdzie objął dowództwo nowoutworzonego XXXVIII Korpusu Rezerwowego. Natomiast jego poprzedni II Korpus Kawalerii 28 XII 1914 r. został rozwiązany. Po objęciu nowego korpusu Marwitz walczył w tzw „drugiej bitwie nad jeziorami mazurskimi”. Stoczona w lutym 1915 r. miała rozstrzygnąć z korzyścią dla państw centralnych działania na froncie wschodnim.. Bitwa choć dla Niemców zwycięska nie przyniosła spodziewanych efektów. Mimo wielkich strat, Rosjanie utrzymali zdolność bojową Natomiast za wykazane męstwo 7.03.1915 r. gen. von der Marwitz otrzymał najwyższe niemieckie odznaczenie bojowe Pour le Merite a 14 maja miał już do niego „liście dębu”.

W połowie marca 1915 r. XXXVIII Korpus Rezerwowy został przeniesiony w Karpaty (front austriacko – węgierski) i zmienił nazwę na Korpus Beskidzki. Marwitz przybył do węgierskiego Miskolcza. Tu też przeciwnikiem była armia rosyjska. W okolicach Mezö Laborcz. 6 kwietnia 1915. stoczył z nią bitwę. Była ona częścią ogólnej kontrofensywy mającej na celu udaremnienie próby wejścia Rosjan na terytorium węgierskie. Marwitz pierwszego dnia odniósł sukces dowodząc w tzw gardzieli Wirawa wziął ok. 6 000 jeńców. Ale dziewięć dni później Rosjanie kontratakując zadali Korpusowi Beskidzkiemu znaczne straty. Lecz planowane przez Rosjan na 20 kwietnia natarcie na Węgry nie doszło do skutku. Korpus Marwitza został przydzielony do działającej na kierunku serbskim armii gen Maxa von Gallwitza. W październiku 1915, gen. von der Marwitza powaliła choroba dlatego między 18 października a 6 listopada nie brał udziału w wojnie. 7 listopada został mianowany dowódcą VI Korpusu. Wskutek ofensywy Brusiłowa został odesłany w czerwcu 1916 r. na front wschodni. Do października 1916 r. stacjonował w Macedonii. Pod dowództwem feldmarszałka Augusta Mackensena wspólnie z Bułgarami i Turkami brał udział w starciach z Rumunami w Dobrudja. 6 października 1916 r. został adiutantem cesarza Wilhelma II. W grudniu 1916 r. cesarz mianował go dowódcą 2 Armii na Froncie Zachodnim. Obowiązki objął 17 grudnia 1916 r.. Jego nazwisko ponownie wypłynęło z racji zmagań z Brytyjczykami w bitwie pod Cambrai (20 listopada – 6 grudnia 1917 r.). Bitwa ta przeszła do historii za sprawą użycia dużej ilości czołgów. Anglicy po niepowodzeniu ofensywy we Flandrii zdecydowali przed końcem roku przeprowadzić atak w innym miejscu. Natarcie zamierzano przeprowadzić z pozycji zajmowanych przez 3 Armię brytyjską gen. Juliana Bynga. Naprzeciw którego w okolicy Cambrai broniły się dywizje niemieckiej 2 Armii gen. Marwitza (tzw linia Hindenburga). Do przełamania niemieckiej obrony zamierzano użyć 476 czołgów wspieranych przez dwa korpusy piechoty, artylerię i lotnictwo. W wybitą lukę miały wejść dywizje kawalerii i rozwinąć ofensywę na Cambrai i Valenciennes. Natarcie brytyjskie ruszyło na pozycje Armii Marwitza rano 20 listopada 1917 r. Po krótkotrwałym przygotowaniu artyleryjskim w pas o szerokości 16 kilometrów natarło 436 czołgów i piechota wsparte ogniem artylerii. Natarciem czołgów osobiście dowodził z czołgu „Hilda” gen. Elles. Niemcy zostali zaskoczeni. Doszło do przełamania ich linii obronnych wzięto kilka tysięcy jeńców. Na wieść o tym sukcesie 23 listopada po raz pierwszy od początku wojny w Wielkiej Brytanii zaczęto bić w dzwony. Z biegiem dni wzrósł opór Niemców, ściągnęli posiłki i 30 listopada podjęli kontrofensywę, której celem było okrążenie oddziałów brytyjskich walczących pod Cambrai. Wyparto przeciwnika ze zdobytych przez niego terenów duża w tym była zasługa tzw oddziałów szturmowych. Alianci (w tym i dywizje francuskie) nie dali się zamknąć w okrążeniu i 4 grudnia zdołali się wycofać.. Straty obu stron były wyrównane: alianci ok. 45000 ludzi, Niemcy ponad 50000. Bitwa nie przyniosła przełomu w wojnie, dowiodła jednak w sprzyjających warunkach terenowych, skuteczności masowego użycia broni pancernej, A Marwitz został pierwszym w dziejach dowódcą któremu przyszło odpierać zmasowany atak czołgów. Kolejne historyczne użycie czołgów nastąpiło w kwietniu 1918 r. Marwitz przygotował dla swojej armii natarcie na wzgórza w rejonie Villers-Bretonneux – Cachy. W tym celu w rejon planowanego natarcia zostały przetransportowane koleją trzy bataliony czołgów (Sturmpanzerwagen Abt. 1, 2 i 3). Z powodu awarii dwóch czołgów na miejsce dotarło ich 13 (A7V). 24 kwietnia o godzinie 6:45 (po dwugodzinnym przygotowaniu artyleryjskim) czołgi przydzielone do trzech grup uderzeniowych ruszyły na alianckie pozycje. Jednemu z nich od razu popsuł się silnik. W gęstej mgle natarcie rozwijało się wolno, a większość czołgów utraciła kontakt z piechotą. W końcu piechota niemiecka nawiązała kontakt z wrogiem, a 12 wozów A7V krążyło przed okopami angielskimi i ostrzeliwało je. Gdy mgła opadła przywrócono współdziałanie z piechotą i Niemcy wdarli się na głębokość 3 km zdobywając Villers-Bretonneux. W czasie walk tracono kolejne czołgi jeden przegrzał silnik i musiał się wycofać podobnie jak drugi trafiony dwoma pociskami. Trzeci trafiony pociskiem artyleryjskim wpadł do leja i wywrócił się, czwarty też wywrócił się. Natomiast piąty o nazwie „Nixe” w okolicach Cachy stoczył walkę z trzema angielskimi czołgami typu Mark IV z których dwa były tzw „żeńskie” (uzbrojone jedynie w km-y) i jeden „męski” czyli uzbrojony w dwie armaty kal. 57mm. ”Nixe” trafił dwa „żeńskie” Mark IV, lecz został ugodzony przez „męskiego” Anglika. Zginęło trzech żołnierzy „Nixe” a trzech zostało rannych dzięki dowódcy czołu por. Bilzowi uszkodzony czołg wycofał się do własnych linii. Inny A7V o nazwie „Siegfried” natknął się na siedem tanków typu Whippet, które zaatakowały idąca na Cachy niemiecką 77 DP.Rez. „Siegfred” trafił trzy angielskie Whippety, a pozostałe wycofały się nie mając szans na równa walkę gdyż były uzbrojone tylko w km-y. Pomimo utraty dwóch A7V było to wielkie zwycięstwo Panzerwaffe i pierwsza odnotowana potyczka pancernych kolosów. Niemcy stracili 6 pancerniaków, 28 zostało rannych i jeden dostał się do niewoli. Tak dzięki gen. von der Marwitzowi stoczona została pierwsza w dziejach bitwa pancerna. Dzięki tej akcji w Australii jest dziś eksponowany jedyny zachowany niemiecki A7V. To ten trafiony który wpadł do leja. Później został wydobyty przez Australijczyków którzy przetransportowali go do swojej ojczyzny.

Koniec dowodzenia 2 Armią nastąpił 21 września 1918. Była to konsekwencja katastrofy z 8 sierpnia 1918 r. kiedy to na pozycje 2 Armii (i 18 A) spadło potężne uderzenie wojsk Ententy. Armia Marwitza nie wytrzymała i front pękł. W następnych dniach przesunął się o 60 km. Od tej chwili Niemcy tracili utrzymywane przez lata pozycje. Sierpniową klęskę uznano za największą katastrofę Niemiec w całej wojnie światowej a dzień 8 sierpnia został nazwany jej „czarnym dniem”. Gen von der Matwitza przeniesiono z dniem 22 września na dowódcę V Armii. Na tym stanowisku pozostał do zakończenia wojny. 

Rodzina von der Marwitz z Unichowa

Pierwszy zapis dotyczący członka rodu von der Marwitz pochodzi z 1259 roku i dotyczy niejakiego Theodoriusa de Marwitz. Na ogół panuje zgodność co do genezy nazwiska, gdyż odnosi się je do wsi Marwitz (dzisiejsze Marwice) koło Gorzowa Wielkopolskiego. Natomiast trudno jest jednoznacznie orzec czy protoplaści rodu byli miejscowymi słowianami czy przybyłymi w tą okolicę Niemcami. Istnieje legenda mówiąca, że swego czasu linia męska rodu wygasła, a nazwisko trwało jeszcze wśród kilku niewiast. Jedna z nich w trosce o zachowanie rodu udała się do cesarza i wybłagała pozwolenie, by jej męskie dziecko mogło nosić to nazwisko. Cesarz mając na uwadze zasługi rodu wyraził na to zgodę. Tak powstało owe „von der” czyli „od którego” (imienia), a nie samo von czyli „od”. Legenda ma także odniesienie do herbu rodu, który przedstawia w klejnocie kobietę, a na tarczy herbowej stary pień, z którego ściętych pędów mają rodzić się nowe.

Inna wersja legendy mówi o krzyżowcu, którego przed zatrutą wodą ostrzegła panna de Marwitz. I to on za zgodą cesarza miał przedłużyć żywotność nazwiska.

Z biegiem wieków rodzina ta poprzez zasługi i koligacje rosła na znaczeniu, dała armii cały zastęp oficerów, w tym 14 dosłużyło się stopni generalskich.

Pomnażali także swoje dobra ziemskie i tak dotarli do Nożynka (Klein Nossin). Była to wieś będąca od wieków w posiadaniu rodziny von Pirch. Niestety w wyniku pożaru została zrujnowana, w tym i siedziba rodu Pirchów. Trudu jej odbudowy podjął się płk. Georg Lorentz von Pirch. Odbudował, a w zasadzie wybudował nowy pałac, jednak poniesione koszty przerosły jego możliwości. Będąc z tego powodu w kryzysie finansowym postanowił sprzedać Nożynko. Nowym właścicielem został w 1787 r. Anton von der Marwitz i jego żona Gottliebe z domu von Goddentow. Umowa sprzedaży wymagała jednak zebrania podpisów wszystkich spadkobierców z nożyńskich Pirchów. Postanowiono więc, że zanim to nastąpi będzie ona ważna od Wielkanocy 1788 r. do Wielkanocy 1812 r. Ponieważ nikt z von Pirchów dokonanej transakcji nie zakwestionował, Nożynko pozostało w rękach von der Marwitzów. Drugi dziedzic Nożynka z tego rodu, Adalbert von der Marwitz w 1856 r. za sumę 55 000 talarów nabył Unichowo, w tym samym roku wg licznych biografii na świat przyszedł jego syn Georg przyszły dowódca 2 Armii. (Choć za datę i miejsce jego urodzin podaje się 7 lipca – Słupsk, to istnieje także wersja mówiąca, że urodził się on 3 lipca w Nożynku. Jest także inna trzecia wersja). Po tym zakupie Adalbert von der Marwitz uczynił Unichowo swoją główną siedzibą. Tu też 20 czerwca 1882 r. wydał za mąż córkę Annę von der Marwitz. Jej wybrańcem został Georg Emil Ferdynand von Eisenhart, w przyszłości znany i wpływowy działacz polityczny blisko związany z cesarzem Wilhelmem II. Jego siostrzeńcem był legendarny gen. Paul von Lottow- Vorbeck, który niepokonany przez całą I wojnę światową walczył w Afryce z Anglikami. Możliwe, że małżeństwo to wywarło pewien wpływ na punkty zwrotne w karierze Generała. Po śmierci Adalberta von der Marwitz w 1904 r. majątek uległ podziałowi, Unichowo otrzymał Georg von der Marwitz, a Nożynko jego brat Friedrich

Dalsze losy

Generał po wojnie opuścił Berlin i gdzieś od 1919 r. osiadł na stałe w Unichowie, nie udzielał się politycznie, nie działał też w organizacjach kombatanckich.63-latek praktycznie wycofał się z życia polityczno- wojskowego. Mimo, że z racji urodzenia i służby wojskowej, również tej generalskiej, był związany ze Słupskiem, (np. przebywał służbowo w 5. pułku huzarów z okazji odsłonięcia pomnika feldmarszałka Blüchera na Starym Rynku), to Słupsk nie honorował go. Fetowano natomiast jego dawnego przełożonego feldmarszałka von Mackensena. Zmarł 27 października 1929 roku. O pogrzebie wspomniała jedynie Słupska gazeta zaznaczając, że na to wydarzenie zjechała do Unichowa liczna delegacja Stahlhelmu, organizacji byłych niemieckich żołnierzy frontowych. Ciekawostką dotyczącą rodziny von der Marwitz z Unichowa jest to, że najprawdopodobniej za sprawą matki generała Anny Marii von der Marwitz (z domu Henrichsdorf) byli oni właścicielami tajemnicy receptury przyrządzania korzennej wódki z wirującymi płatkami 22 -karatowego złota, czyli słynnej gdańskiej wódki Trunek jako gdański artykuł markowy, gościł na wielu salonach i dworach europejskich. Obecnie właścicielem receptury jest graf von Hardenberg, właściciel fabryki likierów Hardenberg-Wilthen AG w Niemczech. Po śmierci generała Unichowem zarządzał Victor von der Marwitz, był on ostatnim niemieckim właścicielem majątku. Stworzył wzorcowe gospodarstwo mechanizował, wprowadzał nowoczesne uprawy i hodowlę. Odważnie korzystał z osiągnięć nauki. Poległ na froncie w stopniu majora. Jego żonie z dziećmi udało się przedostać do Niemiec.

Mogiła

Generał von der Marwitz miał i nie miał żołnierskiego szczęścia. Los związał jego nazwisko z zmierzchem konnej kawalerii. Szkoda, że z nauczki jaką otrzymał w 1914 r. nie wyciągnęli wniosków polscy międzywojenni wojskowi decydenci. Był też jednym z głównych aktorów rodzenia się nowego rodzaju wojsk – broni pancernej. Po pierwszym w dziejach strategicznym użyciu czołgów, mimo początkowych niepowodzeń, w wielodniowej bitwie pod Cambrai opanował trudną sytuację w jakiej się znalazł. To w wyniku jego inicjatywy doszło do pierwszej bitwy pancernej czołgów. Jego rolę na froncie wschodnim ocenia się pozytywnie, za co był też wysoko odznaczony. Jednak nie doczekał się ani za życia, ani po śmierci pomnika, tablicy czy nazwy ulicy swego imienia. Dlaczego? Czyżby zaważyła na tym klęska jakiej doznał w sierpniu 1918 roku? Faktem jest, że ów „czarny dzień” niemieckiej armii na zawsze będzie się z nim kojarzył. A może powód był inn? Może było nim to, że generał był bezwzględnym wykonawcą rozkazów, które za wszelką cenę” starał się zrealizować, jego bitwy to tysiące żołnierskich trupów często bezsensownych. Jedynym miejscem gdzie Generała uwieczniono jest jego mogiła na cmentarzu. Podział majątku w 1904 r. spowodował, że wytworzyły się dwie blisko siebie leżące nekropolie Marwitzów, pierwsza w Nożynku, a druga w Unichowie. Kwatery rodziny w Nożynku umiejscowione zostały na wzgórzu i stosunkowo łatwo jest tam trafić.

Tym razem ja namówiłem Mietka by wyruszyć w poszukiwaniu grobu generała. Po minięciu skrzyżowania na Lębork jadąc w kierunku Słupska skręciliśmy zaraz za jeziorem w lewo. Dojechaliśmy do zabudowań leśnych. Jest tam mały utwardzany parking. Po wyjściu z samochodu i małej stromej wspinaczce pod górę Mietek zaprowadził mnie na cmentarz. Jest mały, mogiły pochowanych tu osób wyznacza kilka powywracanych nagrobnych głazów. Wśród nich charakterystyczny granitowy krzyż z inskrypcją. Obok leży stosunkowo duży granitowy blok. Padające pod kątem światło ukazało nam napis GEORG VON DER MARWITZ: GENERALL DER KAWALLERIE (generał kawalerii): ARMEE FŰHRER IM WELTKRIEG (wódz armii w wojnie światowej); ERBHERR AUF WUNDIHOF (dziedzic Unichowa); 9 JULI 1855; 27 OKT .1929.

Ciekawe czy kując datę urodzin generała kamieniarz pomylił się? A może ta wykuta przez niego data jest prawdziwa?

-To co masz lewarek – spytał Mietek.
- Mam, ale po co?
- Powoli popodnosimy te nagrobki 
- Nie – powiedziałem – nie podniesiemy…

„Zwały trupów na ziemi niczyjej były tak ogromne, że Rosjanie poprosili niemieckiego dowódcę generała Marwitza o zawieszenie broni w celu pogrzebania zmarłych. Ten odmówił albowiem jak pisał historyk, „nic tak nie odstrasza od kolejnych szturmów jak sterty gnijących ciał” M. Gilbert „Pierwsza Wojna Światowa” str.366).

Opracował: Andrzej Szutowicz

*Mieczysław Zamara. Ur. 04.04.1959 r. Pochodzi z rodziny wywodzącej się z Litwy i Białorusi. Jego kuzyn (syn siostry matki) jest litewskim bohaterem narodowym, poległ przy wieży telewizyjnej w pamiętne dni odzyskiwania niepodległości.Pasjonat ziemi bytowskiej. Miłośnik sportów wodnych i kolarstwa. Objechał prawie wszystkie zakamarki bytowszczyzny. Sternik jachtowy, ratownik WOPR. Jeden z pierwszych propagatorów windsurfingu w Bytowie. Przepłynął na desce Bytówką do morza i dalej do Świnoujścia gdzie przed dalszą podróżą zatrzymały go służby graniczne.

Źródła:

  • http://czolgi.info/poczotki.php?strona=3 Henryk Płonka Duchy i cienie tanków. 31 marzec 2006r
  • http://www.naszemiasto.slupsk.pl/index.php?option=com_content&task=blogcategory&id=269&Itemid=499
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/3_Dywizja_Cesarstwa_Niemieckiego
  • http://www.armianiemiecka.tpf.pl/Armia/korpus.htm
  • http://www.armianiemiecka.tpf.pl/Armia/armia14.htm
  • http://en.wikipedia.org/wiki/Georg_von_der_Marwitz
  • http://www.firstworldwar.com/bio/marwitz.htm
  • http://www.geocities.com/veldes1/marwitz.html
  • http://www.armianiemiecka.tpf.pl/Armia/arpol2.htm
  • http://www.armianiemiecka.tpf.pl/Armia/grarmzach.htm

Z oflagów na sceny Polski. Wybitni aktorzy z Oflagu II B

 Bolesław Płotnicki

Bolesław PłotnickiUr. 17.06.1913 r. w Kijowie, zmarł 07.09.1988 r. w Warszawie) Inż. leśnik, oficer rezerwy Wojska Polskiego. Popularny aktor filmowy. Wystąpił w kilkudziesięciu filmach. Z wykształcenia był leśnikiem, absolwentem Politechniki Lwowskiej z 1935 r. W 1939 roku zmobilizowany. Uczestnik Kampanii Wrześniowej. Następnie w niewoli. Czołowy aktor i reżyser Teatru Symbolów w Oflagu II B Arnswalde i II D Gross Born. Na scenie amatorsko debiutował w Oflagu II B w Choszcznie. Po powrocie do kraju w latach 1946-49 pracował jako inspektor NIK.. Egzamin aktorski zdał eksternistycznie w 1951 r. w Warszawie. W latach 1949-1953 występował w Teatrze Jaracza w Olsztynie, Od 1953, aż do przejścia na emeryturę w 1978 był członkiem zespołu Teatru Dramatycznego w Warszawie. Żonaty z Anną Klaus (od 17.06.1938). W 1971 r. za rolę Weremiaka w filmie „Kardiogram” otrzymał nagrodę aktorską. Posiadał najwyższe odznaczenia państwowe w tym: Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Bolesław Płotnicki zagrał w następujących filmach:

1984: Akademia Pana Kleksa jako Don Kichot,

1983: Alternatywy 4 jako Antoni Kierka,
1983: UFO jako Lipka,

1982: Wyjście awaryjne jako ksiądz,
1982: Niech Cię odleci Mara jako Stefan Burza,

1979: Doktor Murek jako Aptekarz Łukasiewicz,
1979: W słońcu i w deszczu jako Feliks Małolepszy, ojciec Bolka,
1979: … cóżeś ty za pani … jako dziadek,
1979: Gwiazdy poranne jako Walendowski,
1979: Na własną prośbę jako Gryngajtis,
1979: Zerwane cumy jako Adam,
1979: Wiśnie jako Nocny dozorca,

1978: Wielki podryw jako Dziadek Sylwika,
1978: Koty to dranie,
1978: Zielona miłość jako doktor Rylski,

1977-1978: Układ krążenia jako Kazimierz Skowronek, pacjent,

1976: Czerwone ciernie jako Pułkownik,
1976: Szaleństwo Majki Skowron,

1975: Ziemia obiecana jako Malinowski,
1975: Zawodowcy jako Majster,
1975: Kazimierz Wielki jako Kasztelan Beńko,
1975: Zwycięstwo jako Winczewski,

1974: Janosik jako Góral Józek,
1974: Siedem stron świata jako Dozorca Maciejko,
1974: Strzał jako Mierniczy Jan Miszczak,
1974: Koniec wakacji jako dziadek Jurka,
1974: Gniazdo jako Ziemiomysł,
1974: Padalce jako Pietras,
1974: Chleba naszego powszedniego,
1974: Potop jako ksiądz,

1973: Sobie król,
1973: Rozwód (Scheidungsprozess) jako Stary Polak,
1973: Nagrody i odznaczenia jako Sołtys,
1973: Droga jako Szczepan Chliwa, ojciec Kazika,
1973: Stawiam na Tolka Banana jako Pan Tadkiewicz
1973: Chłopi jako Jambroży,
1973: Ciemna rzeka jako ojciec Zenka,
1973: Czarne chmury jako Korzycki, mieszczanin z Lecka,
1973: Janosik jako Góral Józek,

1972: Opowieść
1972: Chłopi jako Jambroży,
1972: Dary magów jako dozorca Franciszek,
1972: Skarb trzech łotrów jako Michał Zykuń, przyjaciel Zawadowskiego,
1972: Ballada o ścinaniu drzewa jako majster Błaszczyk,

1971: Kardiogram jako Weremiuk,
1971: Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni…,
1971: Złote koło jako Dozorca,
1971: Podróż za jeden uśmiech jako Pan dyrektor,
1971: Wezwanie jako Wojciech Zawada,

1970: Wakacje z duchami jako Mielczarek, prezes GS-u
1970: Album polski jako Bolesław Perkuć,
1970: Raj na ziemi jako Profesor Gerdele,
1970: Urszula,
1970: Mały jako „Stary”, współlokator „Małego”,
1970: Dziura w ziemi jako przewodniczący Dederko,
1970: Pogoń za Adamem jako żołnierz,
1970: Dom,
1970: Pierścień księżnej Anny jako kapelan,

1969: Ostatnie dni jako Ojciec Grety
1969: Wniebowstąpienie jako Wołkow,
1969: Tylko umarły odpowie jako Doktor Sediak,

1968: Hasło Korn jako Zegarmistrz,
1968: Bariery dźwięku jako mężczyzna w hotelu,

1967-1968: Stawka większa niż życie jako Józef Podlasiński,

1967: Kiedy miłość była zbrodnią jako Ogrodnik, konspirator,
1967: Paryż – Warszawa bez wizy jako Dowódca lotniska Okęcie,
1967: Westerplatte jako Karol Szwedowski, sanitariusz,
1967: Julia, Anna, Genowefa jako ojciec Szymgałów
1967: Cześć kapitanie,

1966: Lekarstwo na miłość jako Kierownik pracowni architektonicznej, szef Joanny,
1966: Małżeństwo z rozsądku jako Kazimierz Burczyk, ojciec Joanny,
1966: Cierpkie głogi jako Jachimiak,

1965-1966: Wojna domowa jako Albert Einstein,

1965: Dzień ostatni – dzień pierwszy jako Ksiądz,
1965: Miejsce dla jednego jako Przewodniczący Rady Zakładowej,
1965: Gorąca linia jako Augustyn,
1965: Córeczka jako ksiądz,
1965: Święta wojna jako sztygar Kukułka,

1964: Rachunek sumienia jako Ludwik,
1964: Prawo i pięść jako Pełnomocnik rządu,
1964: Nieznany jako Rysiewicz, plutonowy,
1964: Gdzie jest generał jako sierżant Władysław Panasiuk,
1964: Banda jako dyrektor domu poprawczego),

1963: Rozwodów nie będzie jako Urzędnik w USC,
1963: Nadzy wśród wilków (Nackt unter Wölfen) jako Zachariasz Jankowski,

1962: Dom bez okien jako Korolkiewicz,

1961: Kwiecień jako Kozłowski,
1961: Dotknięcie nocy jako Jan Piterak, handlarz,
1961: Dwaj panowie N jako ojciec Dziewanowicza,

1959: Cafe Pod Minogą jako Celestyn Konfiteor,
1959: Miejsce na ziemi jako szyper Gustaw Studziński,

1958: Pożegnania jako Kolejarz,
1958: Dwoje z wielkiej rzeki jako Personalny,

1956: Cień jako Kolejarz,

1955: Zaczarowany rower jako kierownik Mączyński,

1954: Pod gwiazdą frygijską jako Towarzysz Franciszek Olejniczak,

1953: Piątka z ulicy Barskiej jako Minister.

Aleksander Sewruk

Aleksander SewrukUrodził się 17 stycznia 1912 r. w m. Kornin k. Kijowa, zmarł w Warszawie 23 listopada 1974 roku Aktor, dyrektor teatru. Oficer rez. WP – podporucznik. Do Polski przyjechał w 1920 r. Po maturze w 1930 r. rozpoczął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego, które jednak po roku przerwał. W 1932 r. pracował jako urzędnik. Od 1932 r. był w Ochotniczych Drużynach Roboczych, potem Junackich Hufcach Pracy. Uczestniczył w kampanii wrześniowej, po kapitulacji Modlina został wzięty do niewoli. Przebywał w obozie w Działdowie następnie w oflagach w Arnswalde II B i Gross Born II D. To w niewoli w 1940 r. na scenie Teatru Symbolów w Choszcznie, rozpoczął działalność aktorską (Papkin w „Zemście”), którą kontynuował także w Bornym Sulinowie. Ewakuował się z obozem na zachód. Po uwolnieniu w maju 1945 roku założył objazdowy teatrzyk rewiowy „Oberża Komediantów następnie w latach 1946-47 występował w teatrze rewiowym 1 Polskiej Dywizji Pancernej w Niemczech. Do kraju powrócił w czerwcu 1947 r. W tym roku zdał w Warszawie ekstermistyczny egzamin aktorski. Zadebiutował 4.10.1947 r. rola Rzecznickiego w „Fantazym” w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie z którym związał się przez następne lata (1947-52; w latach 1957-69 pełnił także funkcje dyrektora i kierownika artystycznego).Następnie występował w tzw Teatrach Dramatycznych w Poznaniu (1952-57). Od 1969 r. do końca życia był dyrektorem i kierownikiem artystycznym Teatru Ziemi Mazowieckiej w Warszawie. Pochowany na Powązkach Wojskowych, kwatera 35A-4. Aleksander Sewruk Grał w kilkudziesięciu filmach polskich, występował także w Teatrze Telewizji. spektakle z jego udziałem reżyserowali m.in. Jerzy Antczak, Jan Łomnicki, Jerzy Grzegorzewski, Maciej Prus i Zygmunt Hubner. W czerwcu 2007 r. został patronem elbląskiego Teatru Dramatycznego. Zwolennikiem pomysłu nadania teatrowi imienia Aleksandra Sewrska był dyrektor Mirosław Siedler, ponieważ, jak twierdził, Sewruk prze 12 lat kształtował repertuar połączonych scen Teatru im. Jaracza i występował na elbląskiej scenie. To od jego imienia pochodzi nazwa statuetki – Aleksander – przyznawana co roku m.in. najpopularniejszym elbląskim aktorom. W Olsztynie działa Studium Aktorskie im. Aleksandra Sewruka.

Nagrody:

  • 1958 r.- Olsztyn – nagroda artystyczna Prezydium Woj. Rady Narodowej – za podniesienie poziomu artystycznego olsztyńskiej sceny i stworzenie interesujących ról, a szczególnie Iwana Piotrowicza Wojnickiego w „Wujaszku Wani” Antoni Czechowa.
  • 1959 r. Moskwa – I MFF – Srebrny Medal nagroda za najlepsze kreacje męskie – za rolę Komandora Kozłowskiego w filmie „Orzeł” (wspólnie z Wieńczysławem Glińskim i Bronisławem Pawlikiem) w reżyserii Leonarda Buczkowskiego.
  • 1961 r. Toruń – III FTPP – nagroda za rolę Osborne w „Kresie wędrówki”
  • 1963 r. Toruń – V FTPP – nagroda za role: Maksa w przedstawieniu „Piąta kolumna” Ernesta Hemingwaya i Króla-Ojca w przedstawieniu „Nagi król” Eugeniusza Szwarca w Teatrze im. Stefana Jaracza Olsztyn-Elbląg
  • 1966 r. nagroda państwowa II stopnia za wybitną działalność artystyczną dla rozwoju teatru na Warmii i Mazurach
  • Za działalność artystyczna otrzymał odznaczenia państwowe;
  • Krzyż Kawalerski OOP (1959 r.)
  • Order Sztandaru Pracy II kl. (1963 r.),
  • Zasłużony Działacz Kultury (1965r.)


Jego dorobek filmowy przedstawia się następująco :

1977 – PIOTRUŚ I TERESA (2), BABCIA (3), WIECZNE ZMARTWIENIA (4), MIŁOŚĆ (6), WIATR W OCZY (7), U SCHYŁKU DNIA (11) w NOCE I DNIE (serial tv) Obsada aktorska (doktor Wettler; w rzeczywistości w odcinku 2 nie wystąpił), 
1975 – NOCE I DNIE Obsada aktorska (doktor Wettler), 
1974 – GNIAZDO Obsada aktorska (nie występuje w czołówce), 
1974 – KONDYCJA FIZYCZNA CZYLI WALKA Z METRYKĄ (5) w 40 – LATEK Obsada aktorska (trener Michalak), 
1973 – GODZINA SZCZYTU Obsada aktorska (prezes Trzos), 
1973 – 6 [INTRYGA], 8 [WILCZE DOŁY] w CZARNE CHMURY Obsada aktorska (marszałek dworu królewskiego; w odcinku 8 nie występuje w czołówce), 
1977 – PIOTRUŚ I TERESA (2), BABCIA (3), WIECZNE ZMARTWIENIA (4), MIŁOŚĆ (6), WIATR W OCZY (7), U SCHYŁKU DNIA (11) w NOCE I DNIE (serial tv) Obsada aktorska (doktor Wettler; w rzeczywistości w odcinku 2 nie wystąpił), 
1975 – NOCE I DNIE Obsada aktorska (doktor Wettler), 
1974 – GNIAZDO Obsada aktorska (nie występuje w czołówce), 
1974 – KONDYCJA FIZYCZNA CZYLI WALKA Z METRYKĄ (5) w 40 – LATEK Obsada aktorska (trener Michalak), 
1973 - GODZINA SZCZYTU Obsada aktorska (prezes Trzos), 
1973 – 6 [INTRYGA], 8 [WILCZE DOŁY] w CZARNE CHMURY Obsada aktorska (marszałek dworu królewskiego; w odcinku 8 nie występuje w czołówce), 

Źródła:

  • Bolesław Płotnicki; www.filmpolski.pl
  • Bolesław Płotnicki www.filmweb.pl
  • Bolesław Płotnicki, Wikipedia, wolna encyklopedia, pl.wikipedia.org.
  • Zdj. Kadr z filmu Album Polski reż Jan Rybkowski. Fot. Muzeum Kinematografii w Łodzi http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/112240 http://www.filmweb.pl/Aleksander+Sewruk,filmografia,Person,id=44499 http://film.onet.pl/36853,,Aleksander_Sewruk,osoba.html http://www.e-teatr.pl/pl/osoby/lista.html?id=1036 http://www.teatry.art.pl/portrety/sewruk_a/tias.htm

Fot. Dział Dokumentacji ZASP 

Zebrał: Andrzej Szutowicz

Zatom

Krótka historia Zatomia wg Waltera Schumachera

Tak jak Konotop (Friedenau) wtula się we wnętrze łuku Drawy, tak po zewnętrznej jej stronie, niczym cieniutki półksiężyc, przytula się do niej teren Zatomia (Zatten). Kręta dolina Drawy tworzy jego północną i wschodnią granicę. Wzdłuż zachodniej granicy przebiega stara rynna roztopowa, w której leżą kolejno konotopskie moczary, jezioro Konotop i jezioro Rokiet. Na wieś napiera rzadko zadrzewiony las sosnowy i wkrótce rozpoznać możemy, że znajdujemy się na terenie piaszczystych łąk, co potwierdza również niewysoka stawka podatkowa – jedyne 1,67 marki za hektar.

Zatom należy do grupy nowych wsi, które powstały na naszym obszarze Drawy w okolicach roku 1600 w następstwie karczunku. Jako data założenia wsi podawany jest rok 1601. Podczas klasyfikacji wiosek z 1718 roku Zatom zaliczono do okręgu Bierzwnik (niem. Marienwalde) i oprócz sołtysa mieszkało w nim sześciu chłopów, czterech półchłopów i ośmiu najemców.

„Pola są piaszczyste, miejscami tak bardzo, że przepędza je wiatr. Ludzie muszą kupować ziarno na chleb, dlatego zwolnieni są z jednej trzeciej podatku za ziemię. Łąki i hodowla bydła są słabo rozwinięte. Czterej rolnicy hodują w specjalnie po temu przygotowanych dziuplach pszczoły. Kościelny co trzeci rok wysiewa na swoim podwórzu miarę żyta.” Wszystko to nie maluje zbyt pięknego obrazka…

Gospodarze rolni z Zatomia byli zobowiązani do płacenia dziesięciny od hodowli cieląt, jagniąt i koźląt. Podatek ten został w 1832 r. przemieniony w stałą roczną rentę, która wynosiła dla każdego pełnego rolnika siedem srebrnych groszy i sześć fenigów, a dla półrolnika trzy srebrne grosze i dziewięć fenigów.

W 1840 r. prawo własności wyprodukowanej żywności przeniesione zostało na gospodarzy rolnych z Zatomia (dotychczas wszystko co wzeszło na danych włościach należało do państwa). Ustalono przy tym dokładnie, jaką sumę każdy z gospodarzy musi płacić rocznie w ramach uposażenia służby, procentu od ogrodów i łąk, dzierżaw, procentu od spadku, dziesięciny od bydła, owies od morgi i od drzewa. Wszyscy razem zobowiązani byli do odstawienia trzech miar owsa polnego. Pańskie wyposażenia gospodarstw nie były zwracane, a spłacane gotówką w przeciągu czterech lat. Gospodarze rolni odmówili prawa do bezpłatnego korzystania z drzewa użytkowego i budowlanego z radomskich lasów, w związku z tym spotkali się oni z odmową w kwestiach pomocy budowlanej i innego wsparcia ze strony skarbu państwa. Podmiotem sporu pozostały leżące przy zachodniej granicy konotopskie moczary.

W roku 1852 nastąpił podział wspólnoty. Celem było zniesienie warunków ochronnych i wspólne użytkowanie dóbr drzewnych, połączone z wymianą wszystkich terenów uprawnych i gwarancją rekompensaty ziemi w najlepiej służącym celom rolnym położeniu.

Właściciel posiadłości sołtysa w Zatomiu miał prawo, według przywileju z 25 kwietnia 1689 r., do pobrania drzewa opałowego w postaci składowego z radomskich lasów w zamian za roczną opłatę w wysokości szesnastu srebrnych groszy i jedenastu fenigów. W celu zniesienia tego uprawnienia urząd skarbu leśnictwa wyznaczył mu w 1856 r. roczną rentę w wysokości 24 talarów 24 srebrnych groszy i 4 fenigów. Zatomskie probostwo otrzymywało rocznie bezpłatnie 60 metrów drzewa sosnowego pierwszej klasy z radencińskich lasów. Prawo to zniesione zostało w 1879 r. w zamian za jednorazową rekompensatę w wysokości 2400 Marek – dwudziestokrotnej wartości rocznej (120 marek).

Również prawo dostępu do pastwisk na terenach radencińskiego polesia zostało zatomianom hodującym bydło i owce odebrane w latach siedemdziesiątych, głównie za pieniężnym odszkodowaniem, niekiedy w zamian za ziemię. Ostatecznie (w latach 1877/79) zniesiono również obowiązek oddawania probostwu i kościelnemu podatku w życie, jajach, mięsie, podatku rocznym i noworocznym, wełnie i owczym serze jednorazową spłatą w wysokości 25-krotnej rocznej wartości tego podatku.

Do roku 1878 r. zatomski kościół pozostaje kościołem matczynym z kościołem-córką w Radencinie. Od tego roku stosunek ten ulega zmianie.

Kościół mieści się w skromnej, ale odpowiedniej budowli z wysuniętą, odeskowaną, ukośnie nabijaną drewnianą wieżą. Jego budowa sięga czasów założenia wsi – kręta drewniana kolumna podtrzymująca balkon organisty nosi datę 1615. Wyryte obok nazwisko Hans Hadermann nosił artysta, który wykonał wyposażenie wnętrza, a które na przestrzeni trzech stuleci uległo znacznemu odkształceniu na skutek grubej warstwy farby (ponawianej przez ponad trzy stulecia). Od czasu odbudowy w 1930 roku cały kościół prezentuje przyjemny widok. Oba dzwony odlane zostały w 1654 r. przez Dietricha Kessler z Kostrzyna. Na większym z nich figuruje nazwisko dyrektora Urzędu w Bierzwniku Bernda von Waldow jako reprezentanta państwowego patronatu, za nim przywołane jest nazwisko proboszcza i przewodniczącego wspólnoty kościoła.

Charakter wsi znacznie się zmienił w ciągu ostatniego stulecia. Potężne dotychczas gospodarstwa w dużym procencie rozbite zostały na mniejsze. Wraz ze sztuczną ulicą i tartakiem w Zatom wstąpił nowy duch.

Jako że już wcześniej była to wieś podlegająca rządowi, posiadająca dziedzicznych gospodarzy, niemała liczba rodzin związana jest z tym miejscem od stuleci – okoliczność o wielkim znaczeniu w obecnych czasach.

Przy 1312 hektarach powierzchni Zatom zamieszkuje 437 mieszkańców. Za sprawą zniesienia dzielnic wokół posiadłości wzrósł obszar wsi oraz liczba jej mieszkańców. Razem z Kolonią i leśniczówką Piaseczno (Paetznickerie), smolarnią i leśniczówką Niezimica (Nemischbusch) obszar Zatomia wynosił 1334 hektary, a zamieszkiwały go 463 osoby. (Zatten . Heimatgruß – Rundbrief Nr 156/ 1977 str. 13-14)

Tłum. Aldona Moder i Marian Twardowski

Ksiądz Stachowiak

Drawieńska parafia za księdza Stachowiaka

Przez Drawno idzie gościniec szeroki
A przy nim nasz kościół mały, niewysoki,
A za tym kościołem plebania się kryje.
Niechaj Ks. Jubilat do stu latek żyje !

Do stu latek żyje ! Pracuje nad nami
By nas zaprowadził przed Pana nad Pany
Bo już lat szesnaście tu w Drawnie przebywa
I najtwardsze dusze dla nieba zdobywa.

Śpiewajcie dziś starzy i młodzi, śpiewajcie
Ks. Proboszczowi życzenia składajcie!
Niechaj w zdrowiu, szczęściu i radości żyje
Niechaj się Imię Jego tu chwałą okryje !

Za wszystkie przykrości my Cię przepraszamy
I kwiaty wdzięczności u stóp Twych składamy.
Daruj, daruj, księże wszystkie przewinienia
Prowadź nas, ach prowadź do Boga do nieba.

Czterdzieści lat już mija, jak zostałeś kapłanem.
Przez czterdzieści lat stawałeś przy ołtarzu przed Panem
By Mu służyć wiernie, chociaż trudy i cierpienie
Drogę Twoją wyścielały i krzywdy Ci wyrządzały.

Promień światła i radości, niech Twe czoło opromienia.
Niech za trudy pracy znoje spłyną na Cię łaski
O ! Niech z wysokości Bóg nagrodzi Twój znój, trud
Niech łaskami obsypuje, niebo dla Ciebie Przygotuje.
Krystyna Maciąg

Następcą ks. Galasa był ks. kanonik Jan Jodłowski. Niestety w Drawnie nie został przez parafian zaakceptowany, trudno dziś orzec dlaczego. Możliwe, że przyczyna tej niechęci kryła się w tym, że był grekokatolikiem w czasach, kiedy duchowieństwo tego wyznania przeszło niemal do podziemia. Jedyną szansą uniknięcia represji było dla nich posługiwanie w parafiach rzymskokatolickich. Stało się to możliwe, gdyż Pius XII nadał kardynałowi Hlondowi uprawnienia Delegata Ojca Świętego dla katolików obrządków wschodnich. Spowodowało to, że kapłani greckokatoliccy nie musieli przejść formalnie na obrządek łaciński, lecz zachowując status grekokatolika do czasu zmiany sytuacji, pozostawali księżmi katolickimi. Czasami obejmowali parafie katolickie. Ponieważ nierzadko mieli rodziny, które na ogół nie przebywały z nimi, niezorientowani w sytuacji parafianie sądzili, że gdzieś tam na boku utrzymują kochanki z dziećmi. Niestety takie opinie można i dziś usłyszeć w Drawnie. Ksiądz Jodłowski nie znalazł wspólnego języka z parafianami, zraził się do Drawna i po krótkim pobycie przeniósł się do Chłopowa, gdzie przebywał do śmierci.

Dnia 01.10.1948 r. objął parafię ksiądz Brunon Stachowiak. Przybył do Drawna ze Szczecina-Pogodna (parafia Św. Krzyża). W międzyczasie parafia skurczyła się i obejmowała następujące filie i szkoły: Barnimie, Brzeziny, Dominikowo, Kołki, Suliszewo i Żółwino. Pracy w kościołach było moc, wykonywano roboty konserwacyjne, a okna, drzwi, ławki i ołtarze naprawiano sposobem gospodarczym. Kościół w Brzezinach nadawał się już do kapitalnego remontu, tak samo wieża kościoła w Barnimiu. Ponadto msza święta odprawiana była także w prywatnym domu w Zatomiu, gdzie urządzono kaplicę. Właściciel posesji jednak wyjechał i przez krótki okres miejsce kultu doraźnie urządzano w szkole. Wierni w Suliszewie, w Barnimiu i w Dominikowie zakupili szaty liturgiczne i sprzęt kościelny. Do pozostałych miejscowości ksiądz wszystko co potrzebne do sprawowania liturgii zabierał z Drawna, w którym rozpoczęto remont kościoła. Ubytki w posadzce zalano betonową warstwą ze szlifem i częściowo położono płytki. Naprawiono dach i zewnętrzną elewację, a wewnątrz pomalowano olejną farbą chór, ławki, balustradę i lamperię. Cały kościół wymalowano kredową farbą. Sprawiono figurę Miłosierdzia Pana Jezusa, nawę, kapy fioletowe, garnitur bielizny kościelnej, ubranka dla ministrantów, nowe chorągwie żałobne. Ks. Stachowiak do 1950 r. prowadził osobiście naukę religii w szkołach według ustalonego planu zajęć, potem cofnięto mu pozwolenie nauczania, prowadzenie tych lekcji przejęli nauczyciele religii – katecheta i katechetka. Po ich zwolnieniu dzieci na naukę religii przychodziły do kościołów.

Konflikt z Radą Parafialną

W 1953 r. doszło do ostrego konfliktu między proboszczem a Radą Parafialną; otóż naprawa dachu kościelnego została przeprowadzona nieumiejętnie i niesumiennie. Zlecono ponowne prace dekarskie grupie technicznej pracującej w miejscowym POM-ie i ta grupa nie wywiązała się z przyjętego zobowiązania. Konsekwencją tego była rozprawa sądowa, w której stroną skarżoną był wykonawca wsparty przez Radę Parafialną. Żądano podwójnej zapłaty za wykonane roboty, jednak sprawę wygrał ks. Stachowiak. Ponieważ cała Rada występowała przeciw niemu, to po procesie rozwiązał ją. Posypały się donosy i skargi do Kurii Biskupiej i do Kancelarii Prymasa Polski.

W roku 1953 roku przyjechał do Drawna legendarny dziś generał z Miastka, ks. Bernard Witucki. Ksiądz generał przez dziewięć dni nauczał przed bierzmowaniem kandydatów do tego sakramentu. W dniu 12.10.1953 r. ks. infułat Zygmunt Szelążek (b.ordynariusz Ordynariatu Gorzowskiego w latach 1952 – 1956, następnie proboszcz parafii Św. Rodziny w Szczecinie) bierzmował 541 wiernych.

17.01.1955 r. uderzył w kościół mocny huragan, który poważnie uszkodził dach. W roku maryjnym parafię przygotował do odpustu jubileuszowego O. Kruża, prowincjał Misji Św. Rodziny, u którego w seminarium był kandydat do stanu kapłańskiego drawnianin Bernard Dzierbunowicz. Jednak po jakimś czasie Dzierbunowicz opuścił Zgromadzenie i wstąpił do Seminarium Duchownego we Wrocławiu.

Opinia proboszcza o parafianach

Parafianie pochodzą z różnych stron: Drawno przeważnie ma wiernych z Diecezji Wileńskiej z Derewna, stąd wiele nieporozumień metrykalnych zwłaszcza przy wysyłce „No temere” – Barnimie i Suliszewo oraz Dominikowo i Żółwino mają ludność z parafii Medenice (diec. przemyska). Zwarta grupa z Poznańskiego osiedliła się w Święciechowie, Niemieńsku i Konotopiu. Frustracja w parafii jest wielka i wykazuje tendencję zniżkową. Z każdym rokiem ubywa ludności, chociaż przyrost dzieci nie maleje. Jak to tłumaczyć? Ludność jest biedna, rolnicza. Miasteczko nie ma żadnego przemysłu terenowego. Pozostało po wojnie fabrykę sieci, tartaki i warsztaty przeniesiono do Darłowa, Stargardu i innych miejscowości. Ludność wyłącznie zajmuje się rolnictwem, nawet kolejarze i urzędnicy, którzy pracują w miejscowych instytucjach komunalnych albo państwowych. Liczne PGR-y (12) gospodarują deficytowo. Indywidualnych gospodarstw jest coraz mniej. Rozbiórka trwa na całej linii.

Budowano tylko POM-y, a i to, o ironio, na gruncie kościelnym, zapisanym w testamencie parafii katolickiej i kościołowi przez niańkę (2 ha według zapisów w aktach ks. prob. Galasa). Ziemi ornej parafia nie zatrzymała. Było z przydziału 15 ha tuż za torami kolejowymi naprzeciw stacji, z posiadłości gminy wyznaniowej niemieckiej. Religijność ludu jest tradycyjna, ofiarność nierówna. Około 120 rodzin utrzymuje parafię. Reszta jest nastawiona konsumpcyjnie i nieskora do ofiar.

Boże Ciało 1955 i 1956 roku

W roku 1955 doszło do incydentu między proboszczem a władzami świeckimi. Otóż 06.06.1955 r. ksiądz proboszcz wbrew własnej propozycji otrzymał zgodę na zorganizowania procesji Bożego Ciała wzdłuż ulicy Poprzecznej. Zły na stan techniczny ulicy uniemożliwiał przyjęcie tej propozycji. Zadziałała Opatrzność i wieczorem tego samego dnia runęły na niej dwie kamienice. W związku z tym procesja odbyła się tylko wokół kościoła. Na ten czas przestał padać deszcz i na krótko poprawiła się fatalna tego dnia pogoda. Co ciekawe, rok później ponownie wyznaczono trasę procesji przez ulicę Poprzeczną.

Na reakcję ks. Stachowiaka odwołującą jej przejście przez miasto niemal w ostatniej chwili władze telegraficznie zmieniły swoją decyzję i przy pięknej pogodzie procesja Bożego Ciała odbyła się szlakiem tradycyjnym. W dniu 1 września 1955 r. został przeniesiony do Lipian (pow. Myślibórz) ks. Jan Kozioł (wikariusz w latach 1953 – 55). Z Lipian natomiast przybył ks. Jan Głażewski. Wikariuszem był do 1.07.1957 r. Zorganizował chór kościelny, który po kilku udanych występach otrzymał z referatu do spraw wyznań nakaz rejestracji, w razie niewykonania nakazu miał być on rozwiązany. W związku z taką postawą władzy chór przestał istnieć.

Ciekawy dla parafii był rok 1956 i to nie tylko ze względu na Boże Ciało. Dnia 03.06.1956 r. odbyły się prymicje ks. Bernarda Dzierbunowicza, pierwszego mieszkańca polskiego Drawna wyświęconego na księdza. Pochodził z Derewna. Urodzony w 1929 r., zm. 17.02.1991 r. Wyświęcony na księdza został we Wrocławiu. Na prymicję przybyły tłumy parafian. Potem ks. Dzierbunowicz został wikariuszem w Ścinawie, uczył religii w Parszowicach, nastepnie został proboszczem w Działoszynie k. Bogatyni. W Parszowicach odbyły się prymicje bł. ks. Jerzego Popiełuszki. W 1956 roku do Seminarium Duchownego zgłosiło się 2 kandydatów, w tym Jerzy Oszkiel. Nadto trzy dziewczyny wstąpiły do Zgromadzeń Żeńskich, były to: Jadwiga Moroz, Elżbieta Korzonek i jeszcze jedna, która z zakonu wystąpiła. Ponadto Członkowie Żywego Różańca (jest 10 róż matek – 3 panien i 1 ojciec) razem z parafianami ufundowali nowy dywan do ołtarza głównego.

26 VIII 1956 r. drawnianie z księdzem wikarym uczestniczyli w pielgrzymce na Jasną Górę, o której jeden z zagranicznych korespondentów napisał :„ Nigdy jeszcze świat nie widział na żadnej manifestacji publicznej tylu ludzi naraz. W zimą zaśpiewał rozwiązany chór kościelny. Czysty dochód w kwocie 7381 zł ofiarowano na cele budowy stałego ołtarza głównego. Pierwszą ofiarę na ten cel w kwocie 500 zł złożył były parafianin ze Szczecina. Przybył on do krewnych i wstąpił do kościoła na sylwestra, gdzie na zakończenie starego roku regularnie proboszcz zdawał relacje z bilansu Rady Kościelnej i informował o zamiarach inwestycyjnych na następny rok. Wspomniał o chęci budowy ołtarza liturgicznego. Po otrzymaniu niespodzianej wpłaty (ofiary) przystąpił do realizacji tego zamiaru. By spłacić podjęte zobowiązania, ks. Stachowiak skonfliktował się z ks. Szelążkiem i sprzedał swój samochód i inne cenne rzeczy.

Czy ksiądz Kazimierz Kołwzan uciekł z Drawna?

W 19 lipca 1957 r. roku przybył z parafii pw. Wniebowziecia N.M.P. w Nowogardzie (był tam w latach 1954 -57) nowy wikariusz ks. Kazimierz Kołwzan (1927 – 2007). Urodzony w Osinówce na Wileńszczyźnie, ochrzczony został 17 lutego w kościele pw. MB Szkaplerznej w Gugohajach. Święcenia kapłańskie przyjął 29 czerwca 1954 r. W kronice odnotowano, że spóźnił się do nowego miejsca posługi, czyli do Drawna. Po przyjeździe oznajmił, że chce zamieszkać w budynku gospodarczym i aż do jego remontu poprosił o urlop. Ostatecznie wykorzystał pierwszą nadarzająca się okazję, by nie być w Drawnie i jeszcze jako drawieński wikariusz osiadł w Suliszewie. 15 X 1957 r. w uroczystość św. Teresy została kanonicznie erygowana parafia p.w. Św. Trójcy w Suliszewie. Tym samym Suliszewo, Kiełpino, Krzowiec zostały od Drawna odłączone. Kołki pierwotnie przyłączone do parafii Zieleniewo, ponownym dekretem zostały przyłączone dodatkowo do Suliszewa. Ksiądz Kazimierz Kołwzan został proboszczem tej parafii. Funkcję tę sprawował do 24 sierpnia 2004 r. Także ostatnie lata swojego życia spędził jako rezydent w Suliszewie. Do dziś jest legendą tej miejscowości. Jego odejście do Suliszewa ks. Stachowiak skwitował z ulgą: „Odetchnąłem, gdy został w Suliszewie”.

Okrojona Parafia

W miesiącu powstania parafii w Suliszewie Brzeziny zostały wyłączone z parafii Drawno i przyłączone do parafii nowo erygowanej w Zieleniewie.

Wskutek tego podziału parafia Drawno, mimo że położona była na znacznym terenie, stała się parafią małą „ nie licząc 2000 dusz, w tym 190 obrządku grecko-katolickiego i 200 prawosławnych.” Na domiar złego huragan uszkodził zabytkową wieżę kościelną w Barnimiu w takim stopniu, że groziła runięciem i zawaleniem samego kościoła. Trzeba było od razu rozpocząć prace, które wg kosztorysu zatwierdzonego przez Kurię Biskupią oraz przez wojewódzkiego konserwatora zabytków, wynieść miały108200 zł. Ks. Stachowiak zaciągnął pożyczkę i podupadł na zdrowiu. Pomagał mu ks. Zdzisław Chlewiński z KUL.

Władze agitowały katechetów do przyjmowania stałej, intratnej posady nauczycielskiej przedmiotów świeckich. Wielu potem zwolniono. Rok 1959 zaczynał się od zapowiedzi misji św. i wizytacji kanonicznej. Wszystkie krzyże przydrożne odnowiono i ozdobiono, tak samo krzyże misyjne przy kościele parafialnym w Drawnie i przy kościołach filialnych. W czasie Misji Świętej przypadło 25-lecie kapłaństwa ks. bp. Wilhelma Pluty. W tym czasie ukończono roboty przy budowie głównego ołtarza. Wizytacja kanoniczna odbyła się w dniu 18.10.1959 r. Tego dnia bierzmowano około 450 osób, w tym 40 z innych parafii. Ks. bp. Pluta był w Barnimiu i w Dominikowie, gdzie witano go i żegnano niezwykle serdecznie. Przed odjazdem odwiedził rodzinę wielodzietną Gącików i grób matki zmarłego biskupa (?) grekokatolickiego śp. Reszetyło, gdzie po złożeniu wieńca odprawił modły w obecności licznej grupy wiernych. Udało się ustalić, że bp Pluta modlił się przy grobie niemal 90-letniej Agafii Reszetyło, zmarłej 10.01.1954. Pochodziła ze wsi Ulhówek (woj. lubelskie). W 1921 r. wieś należała do woj. lwowskiego, miała 1136 mieszkańców, w tym 1055 Ukraińców i 13 Żydów. W czasie wojny także w wyniku walk z UPA została niemal całkowicie zniszczona. Dziś jest siedzibą gminy. Wynika stąd, że Agafia Reszytyło znalazła się w Drawnie w wyniku akcji „Wisła”. Kim był wspomniany jako biskup ksiądz Reszytyło?

Roman Reszetyło (1880 –1952) – kapłan greckokatolicki, prałat, wyświęcony w 1907 r., po przyjęciu święceń wyjechał na studia do Wiednia, gdzie w 1908 r. obronił doktorat z teologii. Po powrocie do kraju wikariusz w Ulhówku, pow. Rawa Ruska (1912–1914?), katecheta w gimnazjum w Sanoku (1914?–1921?), administrator (1921–1922) i proboszcz (1922–1927) w Poteliczu, pow. Rawa Ruska. Od 1922 r. wykładał język hebrajski w Greckokatolickim Seminarium Duchownym w Przemyślu, pełnił też wiele funkcji w kurii przemyskiej (m.in. był kanclerza, prosynodalnego sędziego, obrońcy związku małżeńskiego, przewodniczącego sekcji pomocy cerkwiom towarzystwa „Eparchalna Pomicz”). Aresztowany 27.06.1946 w nocy z piątku na sobotę, tj. 28–29.06., wywieziony z innymi zatrzymanymi w kierunku granicy z ZSRR. Wszyscy zostali przekazani NKWD; przetrzymywani byli w więzieniu przy ul. Parkowej we Lwowie, potem przetransportowano ich do Kijowa, gdzie zostali osądzeni. Ks. Reszetyło zesłany został do łagru, zmarł w Kazaczyńsku w Krasnojarskim Kraju, tam też został pochowany. Z zatrzymanych w dniach 26 – 27 06.1946 i przekazanych ZSRR kapłanów zmarli w łagrze bądź na zesłaniu: w 1947 r., bł. ks. bp Jozafat Kocyłowski OSBM i w 1950 r. bł. ks. bp Grzegorz Łakota, ur.1883 (obaj wyniesieni na ołtarze przez Jana Pawła II w 2001 r.) oraz w 1947r. zmarł ks. Bazyli Kozłowski, ur. 1876.

Kolegium

W 1960 roku za „ zatrzymywanie księży bez zameldowania” proboszcz drawieński został ukarany grzywną przez kolegium d.s. wykroczeń (za spowiedź wielkanocną). Mimo odwołania do Wojewódzkiego Kolegium, orzeczenie zatwierdzono 1. 09.1960 r. została usunięta ze szkół nauka religii. Katecheta Filip Bogucki uczył jeszcze do końca października. W Zatomiu w domu Lejbików odprawiano godziny duszpasterskie, regularnie co drugą niedzielę. Do Drawna przybył nowy wikariusz ks. Edmund Łata, objął naukę religii po wioskach. Po renowacji salki katechetycznej w Drawnie regularnie odbywały się lekcje nauki religii. Lekcje religii odbywały się normalnie i regularnie przy prawie 100 % frekwencji. W filiach w Dominikowie i w Barnimiu wpłynęły ofiary na wykonanie stacji Drogi Krzyżowej, które zostały poświęcone w dniu 07. 03.1962 r.

Peregrynacja – Kopia Obrazu MB Częstochowskiej w Drawnie

W sobotę dnia 10 VIII 62 r. przybyli do parafii OO. Redemptoryści: o. Golec z Torunia i o. Tokarski z Wrocławia z misją przygotowania duchowego parafii na uroczystość Nawiedzenia Obrazu M.B. Częstochowskiej w kopii Cudownego Obrazu Pani Jasnogórskiej.

Kościół po gruntownym remoncie tonął w zieleni i był udekorowany gustownie na przyjęcie Obrazu M.B. Częstochowskiej. Wieże kościelne były iluminowane i udekorowane flagami narodowymi. Na cmentarzu zbudowano ołtarz polowy. Cały cmentarz ozdobiono zielenią, nowy parkan został iluminowany i przybrany. Nadto remontowano i odmalowano salkę katechetyczną.

Było dużo wczasowiczów. Oni również przystępowali do sakramentów świętych. Liczba rozdanych komunii św. przekroczyła liczbę 5000, co stanowiło przepiękny wynik pracy włożony w przygotowanie. Spowiadało 15 kapłanów obcych, a w nocy pełniło dyżur 4 kapłanów. Nocne nabożeństwa i uwielbienia stanowe oraz „ pasterka” wypadły imponująco. Pogoda sprzyjała po ulewnym deszczu przed nadejściem Obrazu. Powitanie wypadło wspaniale. Program artystycznie wykonany został przez parafianina Halca. Podczas pożegnania księży zaskoczył i zgromadzony lud, i ulewny deszcz, jakby na znak żalu. Obraz odprowadziło 55 motorów i 8 samochodów do Kalisza Pomorskiego. Liczna delegacja wraz z kapłanami i z klerykiem Jerzym Oszkielem w mundurze wojskowym, złożyła wiązankę róż. Po przekazaniu Obrazu przez ks. proboszcza Brunona Stachowiaka w ręce ks. Ratajczaka proboszcza z Kalisza Pom. parafianie w Drawnie schowali się przed deszczem do kościoła, gdzie do tłumu wiernych o.Tokarski jeszcze raz przemówił, a ks. proboszcz odprawił mszę świętą.

W dniu 26 X 1962 r. odbyło się czuwanie soborowe. Już od początku miesiąca w ciągu Tygodnia Miłosierdzia wspominano o dobrych uczynkach i dla ciała, i dla duszy. Pięć rodzin wielodzietnych otrzymało wsparcie. Dary w naturze wpłynęły skąpo w porównaniu z rokiem poprzednim. Dzień chorych wypadł blado, ponieważ nie było chorych.

Obraz M.B. Nieustającej Pomocy

19 XII 1962 r. odbyła się Intronizacja Nowego Cudownego Obrazu M.B. Nieustającej Pomocy. Jest to wiernie i artystycznie wykonana kopia znajdującej się w Rzymie oryginalnej ikony. Obraz oprawił w ramę stosowną do stylu ołtarza i złocił artysta R. Warszewski z Torunia (ul. Reja 32), pomagał Piotr Grygorcewicz z Drawna.

Ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy została napisana (namalowana) około XII wieku. Miejscem jej powstania była grecka wyspa Kreta. Spełnia ona wszystkie kanony wschodniej ikonografii. O jej bizantyjskim rodowodzie świadczą znajdujące się napisy. Najprawdopodobniej około XV wieku ikona została skradziona i przywieziona do Rzymu, tam przekazano ją dla zakonu augustynianów i umieszczono w kościele pw. św. Mateusza, gdzie przebywała w latach 1499 – 1798. Po zburzeniu kościoła przez wojska napoleońskie ikona znajdowała się w kilku kościołach Od 26.04.1866 r. obraz posiadają redemptoryści, którzy otrzymali go za zgodą Piusa IX i umieścili w kościele św. Alfonsa.
23.06.1867 r. obraz został koronowany (spowodowało to szybki wzrost kultu obrazu), od 1867 r. na prośbę wiernych zaczęto wykonywać kopie obrazu, dołączając dokumenty papieskie, nadające różne odpusty i przywileje (od końca XIX w. wykonano 2270 wiernych kopii).
Kult obrazu w Polsce zawdzięczamy ks. Edmundowi Radziwiłłowi, który przed jego oryginałem prosił o zdrowie i tam w 1867 r. został wyświęcony na księdza. W 1869 r. ojciec jego ofiarował mu kopię, która została umieszczona w kościele w Ostrowie Wlkp., gdzie młody ksiądz był wikariuszem. Do dnia dzisiejszego wykonano w naszym kraju kilka tysięcy kopii. Pojawiły się także różne formy nabożeństw np. „drugiej niedzieli”, „Bractwa MBNP”, „Straż Honorowa”, „Nieustanna Nowenna”. Mimo dużej ilości kopii obrazu, tylko trzy wizerunki w Polsce posiadają tzw. korony papieskie tj. w Poznaniu, Toruniu i Niedźwiadach koło Kalisza. Bez wątpienia najciekawsze są dzieje kopii obrazu z Lwowa. Wizerunek ten przekazał dla zakonu karmelitanek bosych kardynał Albin Dunajewski tuż przed udaniem się do zakonu we Lwowie. W tym mieście bardzo szybko został uznany za cudowny i dający wiele łask. Powszechnie wierzono, że to wstawiennictwo MBNP uratowało miasto podczas jego słynnej obrony w 1918 r. Po II wojnie światowej, w czasie której obraz dzielił los zakonu, karmelitanki bose umieściły go w kaplicy klasztornej w Niedźwiadach koło Kalisza, gdzie powstało sanktuarium MBNP. Obraz ten pierwsze korony biskupie otrzymał 25 V 1939 r., a 7 VI 1999 r. Jan Paweł II dokonał koronacji podczas swojej IV pielgrzymki do Polski.
Ikona MBNP przedstawia cztery postacie: Matkę Boską, Dzieciątko Jezus oraz dwóch archaniołów: Michała (z lewej) i Gabriela (z prawej). Dzieciątko Jezus ukazane jest jako dziecię, które po zobaczeniu czegoś strasznego gwałtownie przytuliło się do Matki, chwytając swymi małymi rączkami Jej palec u dłoni. Reakcja dzieciątka była tak gwałtowna, że aż spada mu bucik z lewej nogi. Oficjalne opisy (z którymi się spotkałem) postaci Jezusa mówią, że jest on bardzo wystraszony. Uważam, że to jest błędna interpretacja, gdyż tego strachu na twarzy nie widać. Jezus jest tu poważny, jednak uspokojony dzięki bliskość Matki. Dlatego myślę, że autorowi chodziło tu o przedstawienie Jej opiekuńczo-uspokajającej roli, a moment uchwycony w tej scenie przedstawia Jezusa po reakcji strachu. Powodem tego przestraszenia są narzędzia Męki Pańskiej, które trzymają archaniołowie. Archaniołowi Michałowi przypisano włócznię, trzcinę i gąbkę, natomiast Gabrielowi krzyż i gwoździe. Jest to swoista „ przepowiednia” przyszłej męki, która wywołała reakcję lęku Dzieciątka. Matka Boska przeżywa tę wizję (oraz reakcję Syna), dlatego smutek i troska są widoczne na jej twarzy. Z matczyną delikatnością trzyma Dzieciątko, jednocześnie swoim wzrokiem ogarnia patrzących na tę scenę. Mimo cierpienia, oczy Jej promieniują spokojem i miłością, dają nadzieję, że uciekając się do Niej, zostaniemy tak samo przygarnięci jak Jej Syn.
Taka interpretacja obrazu spowodowała, że nadano mu nazwę Matki Bożej Nieustającej Pomocy

1 lipca 1963 r. przeniesiono do Świdwina wikariusza ks. E. Łatę. Na jego miejsce przybył ze Stargardu Szczecińskiego ks. Franciszek Wojtuń, który po parodniowym pobycie wyjechał na urlop. W grudniu 1963 r. za zabytek uznano kościół filialny w Dominikowie.

Po otrzymaniu w 1964 r. z Kurii Biskupiej powiadomienia, że Wojewódzka Rada Narodowa zatwierdziła plan remontu kościoła. Ks. Stachowiak zgłosił się w tej sprawie do Wydziału Architektury i Budownictwa w P. R.N. w Choszcznie i otrzymał odpowiedź negatywną.

Nadto wszystkie dzieci zostały wezwane na wycieczkę do lasu, do której pretekstem stał się„ Dnia Dziecka”, mimo że to międzynarodowe święto wypadało dopiero 5 dni później, w poniedziałek.
Inspektorat Oświaty w Choszcznie sprytnie organizował tę akcję dopiero w środę, dzień przed Bożym Ciałem. Pewna część dzieci została wysłana przez bojaźliwych rodziców do lasu!
Na drugi rok trzeba było odpowiednio zaangażować dzieci, by uniknęły udziału w następnej leśnej imprezie.

Do remontu kościoła nie można było brać miejscowych brakorobów. Ludzie nawet postawili ultimatum : „ Nie będziemy dawać pieniędzy !” Trzeba było więc szukać odpowiedniej ekipy. Prymicje ks. J.M. Oszkiela zaczęły się 40-leciem świeceń kapłańskich ks. prob. Obie uroczystości zostały sfotografowane. Uroczysta akademia przy udziale duchowieństwa dekanatu odbyła się na zewnątrz, pod wieżą kościoła. Według ks. Stachowiaka „Nikt nie próbował chwalić drętwą, zdewaluowaną mową w oklepanych frezesach…. Przepraszali za przewinienia, przykrości wyrządzone i krzywdy. Lepsze takie słowa, niż podarunki i opłaty tym, co brzęczy i szeleści. Bóg wynagrodzi rozczarowania ostatnich lat”.

Rok remontów 1965

W Drawnie przeprowadzono kapitalny remont wieży. Szczyt został pokryty nową blachą. Dach na wieży przekładany, łaty wymieniono. W kościele, z okazji malowania wnętrza, usunięto schody obok ołtarza. Prowizoryczne boczne ołtarze usunięto, okna naprawiono, tynk na zewnątrz uzupełniono i wybetonowano ściek z rynien. Salkę katechetyczną odnowiono. Otrzymała nową podłogę. Dach naprawiono, otynkowano i odmalowano wnętrze po naprawie tylnej ściany, wyposażono je w nowe ławki, stoliki i nowy piec. W Barnimiu usunięto walącą się lipę (zabytek) sprzed 600 lat. Nie była do uratowania – burza zwaliła ją na kościół. Z tej okazji uporządkowano cmentarz i ogrodzono nowym parkanem, ozdobiono go licznymi kwiatami. Ołtarz otrzymał nowy obraz Najświętszego Serca Jezusa.

W Dominikowie zupełnie odnowiono i pomalowano wnętrze kościoła. Usunięte zostały empory. Ołtarz główny otrzymał nowe złocone ramy do głównego obrazu i nową instalację elektryczną. Nowy sufit pokryty został płytami pilśniowymi i pomalowany. Starszy brat Władysław Jakubowski refundował m.in. srebrną monstrancję złoconą.

Na uroczyste oddanie Polski w macierzyńską niewolę Bogurodzicy wyjechała liczna delegacja z ks. J. Gałeckim na czele do Częstochowy. Sprawiono staraniem Kółek Różańcowych nowy, duży, piękny dywan do głównego ołtarza oraz chodnik do prezbiterium.

Siostra Jadwiga Moroz podarowała koronkowy obrus do głównego ołtarza na ambonę, albę i komżę pięknej ręcznej roboty.

Rok milenijny1966

W tym roku ksiądz Stachowiak nie uniknął kłopotów i musiał zapłacić grzywnę za nie prowadzenie księgi inwentarzowej, nastąpiło to mimo odwołania do Sądu w Stargardzie i rewizji w Wojewódzkim Sądzie w Szczecinie. W sierpniu 1966 r. unieważniono Księgi kasowe parafii i nałożono podatek na parafię w kwocie ponad 3022 zł. W uzasadnieniu podano „…. za nie prowadzenie księgi inwentarzowej …. jako składnik Księgi kasowej”. Po 1odejściu ks. J. Gałeckiego katechizacją dzieci zajął się ks. Franciszek Radomski z Chojny.

Do parafii wpłynął LIST ORDYNARIUSZA GORZOWSKIEGO Z 3 XII 1966 r., można śmiało rzec, że jest to najważniejszy list w historii parafii. Ksiądz biskup Pluta napisał w nim:
„Diecezja Gorzowska podobnie jak inne diecezje, wyśpiewała Panu Bogu w dniu 6 listopada 1966 r. wdzięczne „ Te Deum” za TYSIĄCLECIE Królestwa Chrystusowego na polskiej ziemi i za SKARB WIARY, z którym z dobroci i Opatrzności Bożej wstępuje w NOWE TYSIĄCLECIE bytu chrześcijańskiego Narodu. W tym radosnym, pełnym żywej wiary i niezłomnej nadziei akcie religijnym uczestniczył lud gorzowski, a razem z Wiernymi całej diecezji również Delegacja parafii DRAWNO, która w łączności z J. Em. Ks. Kardynałem Stefanem Wyszyńskim, Prymasem i Episkopatem, ze swymi Księżmi Biskupami i Duchowieństwem wyznała publicznie przynależność do Jezusa Chrystusa w Jego gorzowskim Kościele. Za tę dojrzałą postawę, poniesiony trud i niewygody w pielgrzymce do Gorzowa, za okazane uczucie miłości i przywiązania do Ewangelii, za wewnętrzne rozmodlenie i czynne uczestnictwo w Najświętszej Ofierze Mszy wyrażam ojcowskie uznanie, a jako zadatek na Nowe Tysiąclecie Wiary w parafii DRAWNO udzielam Arcypasterskiego Błogosławieństwa.”

1967 Rok po obchodach milenijnych nastąpiły intensywne przygotowania do wizytacji kanonicznej sufragana Diecezji Gorzowskiej w Gorzowie ks. bp. Jerzego Stroby.
Szczególnie imponująco wypadła procesja maryjna przed zakończeniem Misji Św. Nowością było poświęcenie krzyża misyjnego połączone z poświeceniem samochodów i 32 motocykli. Wymieniono na nowe zbutwiałe krzyże w Drawnie, w Dominikowie i w Zatomiu.

W tym też roku odbyły się trzecie wczasy osób niepełnosprawnych w Drawnie. Przyjechali tu z różnych stron Polski. Był między nimi kościelny ze Szczecin-Pogodna na wózku inwalidzkim. Stracił obie nogi. Wszyscy sobie wzajemnie pomagali, widać było ich ogromne przywiązanie do kościoła.

Ostatnie lata na probostwie

W 1968 roku została odnowiona całkowicie zakrystia, wyremontowano ogrodzenie cmentarza. Odświeżono pokoje, usunięto przecieki na dach. W sierpniu wikariusza ks. Franciszka Radomskiego przeniesiono do Słupska. Na jego miejsce przybył z Bytnicy ks. Mieczysław Ostruch, który opuścił parafię 01.02 1969 r., by objąć samodzielna placówkę.
W 1969 r. ks. Stachowiak odnotował w kronice: „Od lutego zostałem sam, bez współpracownika, konieczna pomoc okazała się w katechizacji wiosek. Objął katechizację kleryk Henryk Kaszubski, który po odbyciu służby wojskowej przed czasem zwolniony, nie zdążył ukończyć rozpoczęty rok studiów. Podniósł liturgiczny śpiew na nabożeństwach. Znowu młodzież uczęszcza liczniej na śpiewy i na katechizację.
Rekolekcje Wielkopostne przeprowadził o. Antoni Wiśniowski, dominikanin delegowany z Ośrodka Kaznodziejskiego Warszawskiego z Poznania, równocześnie odbyły się także rekolekcje w Barnimiu i w Dominikowie. Trwały od 05.03 do 09.03 b.r.

W dniu 27 V b.r. zapowiedział wizytację dziekan ks. Zygmunt Ratajczak, dziekan z Kalisza Pom. Od 1 czerwca wydzielono wikariusza do duszpasterstwa w Drawnie. Jest nim Kazimierz Piechota. Tydzień Miłosierdzia przeprowadzony ściśle według instrukcji bez konkretnych uczynków z minionych lat.

Uroczystości ku czci Św. Stanisława Kostki odbyły się przy minimalnej dotychczas frekwencji młodzieży męskiej. Wynik: koniecznie trzeba się zajmować duszpasterstwem młodzieży, by zachować przynajmniej poziom z czasów ks. Gałeckiego, wytrawnego młodzieżowca. W dniu dzisiejszym 12 listopada 1969 r. ufundowali Władysławostwo Jakubowscy z Dominikowa wartościową puszkę bogato złoconą, o trzonie czysto srebrnym po innych cennych ofiarach jak pancerne tabernakulum. Proszę o modlitwę liturgiczną za fundatorów i dobrodziejstwo kościoła po zgonie. Osobny wpis do Złotej Księgi, obszernie wspomina o ich prośbie. Pragnę podpisem swoim ponowić prośbę swoją”.
W 1970 roku była ciężka i kapryśna zima. Spadło masę śniegu, który zalegał dach kościoła, który po roztopach ucierpiał poważnie. Katastrofie zapobiegli mieszkańcy Drawna, panowie Antoni Sokołowski i Pawłowski. Ryzykując z pełnym poświęceniem niemal codziennie przez szereg dni zrzucali z dachu tony śniegu. W ten sposób uratowali nie tylko dach, ale i pośredni sufit i ściany. Zima była tak ostra, że jeszcze 29 marca zamarznięty był cmentarz w Drawnie. Lepiej przedstawiała się sytuacja z kościołami filialnymi w Barnimiu i w Dominikowie, gdyż ich strome dachy same poradziły sobie ze śniegiem. Zmiana proboszcza nastąpiła w czerwcu 1971 r.

Koniec pewnej epoki

Ksiądz Bruno Stachowiak przeszedł na emeryturę. Parafię objął Ks. Marian Mach, który nie pobył w Drawnie długo i w lipcu 1971 r. przekazał „urząd” w ręce księdza ks. Edmunda Łaty. Nowy proboszcz objął urzędowanie 25 lipca 1971 r. Według przekazów nie miał nawet gdzie mieszkać, gdyż ksiądz Stachowiak zajmował pierwsze piętro, a parter był w fatalnym stanie. Ponadto niektórzy parafianie byli skłóceni z poprzednikiem i przestali uczęszczać do kościoła. W sierpniu został odnowiony parter plebanii (przy wydatnym udziale wiernych), ale to już inna historia.

Ksiądz Brunon Stachowiak zmarł dwa lata po przejściu na emeryturę 03.12. 1973 roku.

(Opracowanie: Andrzej Szutowicz, na podstawie materiałów udostępnionych w 2005 r. przez śp ks. prał.Stanisława Gulczyńskiego)

 

Siegfried Seidel-Dittmarsch

SS-man z Kreis Arnswalde

SEIDEL-DITTMARSCH Siegfried urodził się 04 stycznia 1887 w Pomieniu, gmina Recz (Pammin / Kreis Arnswalde) jako Siegfried Seidel (drugi człon nazwiska dodał sobie nieco później). Był absolwentem miejskiego Gimnazjum Luisy w Berlinie. Swoją zawodową karierę rozpoczął zrealizować jako kandydat na oficera (Fahnenjunker – polski odpowiednik podchorążego). Oficerem został w roku 1906 r. , służył wtedy w 5 brandenburskim pułku piechoty Nr 48 „von Stülpnagel“. Na porucznika awansował w 1914, brał udział w walkach frontowych Wielkiej Wojny. W 1914 r. został także odznaczony dwukrotnie Krzyżem Żelaznym kl.1 i kl.2 Na froncie został ciężko ranny; po rekonwalescencji służył na stanowiskach sztabowych szczebla armii. Kapitaniem został 18.12.1915 r. Po wojnie służył jako referent w Pruskim Ministerstwie Wojny i Ministerstwie Obrony. W 1918 r. otrzymał srebrną odznakę za rany. Był majorem Reichswehry, awans otrzymał 11.12.1920. W 1921 r. wycofał się ze służby i prowadził własny interes. Brał udział w puczu w Monachium 09.11.1923 r. Członkiem NSDAP był od 10.10.1931 r., dwa miesiące później – 10.12.1931 – jako SS – Truppführer został przyjęty do SS, gdzie otrzymał NR 18 615. W lipcu 1932 został posłem z ramienia NSDAP do Reichstagu, w listopadzie mandat stracił, ponownie wybrany został w marcu 1933 i pozostał nim aż do śmierci. W dniu 24.12.1932 r. dostał stopień służbowy SS-Oberführera, a 13.04.1933 został SS-Gruppenführerem. W okresie od 12 czerwca 1933 do śmierci był szefem SS-Amt, czyli szefem sztabu całej SS. Był też adiutantem Himmlera. Zmarł w szpitalu w Berlinie podczas operacji jelit w nocy z 20 na 21 lutego 1934 r.

Na jego pogrzebie obecny był Himmler, co widać na prezentowanym zdjęciu. Jego grób istnieje do dziś na cmentarzu ewangelickim Südwestkirchhof Stahnsdorf w Berlinie. Dziś można powiedzieć, że umierając przedwcześnie miał szczęście, gdyż uniknął zaliczenia go do arcyzbrodniarzy XX w.

Pogrzeb.

Pogrzeb.

Literatura

  • Fot.2. http://forum.axishistory.com/viewtopic.php?t=12036&highlight=dittmarsch http://www.epier.com/product.asp?1884696
  • Fot.1. http://collections.yadvashem.org/photosarchive/en-us/77431_76212.html
  • http://de.wikipedia.org/wiki/Siegfried_Seidel-Dittmarsch
  • http://de.wikipedia.org/wiki/S%C3%BCdwestkirchhof_Stahnsdorf