Georg Gransee

Ritterkreuz z Brzezin

Najwyższe odznaczenia bojowe otrzymywali nieliczni, czasem dzięki nim znaleźli miejsce w historii regionu i kraju. Dawni mieszkańcy terenów dzisiejszej gminy Drawno wiedzieli, że landrat Achatz Wilhelm August von Waldow (ur. 11.01.1771) posiadał Pour le Mérite. Było to odznaczenie wysokiej rangi, niestety elitarne. Między innymi w nawiązaniu do niego ustanowiony został w 1939 r. order, który miał być nadawany żołnierzom wszystkich stopni w celu podkreślenia równości żołnierzy armii (jednak większość odznaczonych byli oficerami). Tym odznaczeniem był Krzyż Rycerski, właśc. Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego (Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes, RK), czyli najwyższe odznaczenie bojowe III Rzeszy, order, który niejako stanowił wyższy stopień Krzyża Żelaznego. Początkowo stanowił on jedną klasę Krzyża Żelaznego i umiejscowiony był w hierarchii między Krzyżem Żelaznym I klasy a Krzyżem Wielkim Krzyża Żelaznego. W toku wojny ustanowiono dalsze cztery jego klasy, tj.: Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu, Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu i Mieczami oraz z Liśćmi Dębu, Mieczami i Brylantami. Najwyższa klasa, Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego ze Złotymi Liśćmi Dębu, Mieczami i Brylantami. Przede wszystkim nadawany był za wyjątkowy akt odwagi w obliczu nieprzyjaciela lub za całokształt dowodzenia podczas bitwy. Ponadto przyznawany był za uzyskanie odpowiedniej liczby punktów za zestrzelenie wrogich samolotów (początkowo 20 punktów, punkty zależały m.in. od liczby silników samolotów – do trzech za samolot czterosilnikowy), za zatopienie okrętów lub statków o tonażu 100000 ton lub czyn wykraczający poza zwykłe obowiązki (np. uratowanie ciężko uszkodzonego okrętu). Podczas wojny szczegółowe kryteria były zaostrzane, lecz zdarzały się też wyjątki od ogólnych zasad. Krzyż Rycerski Żelaznego Krzyża był równoramienny o rozszerzających się na zewnątrz ramionach. Wymiary wahały się od 48,2 mm do 48,8 mm. Noszony był na czarno-biało-czerwonej wstążce pod szyją o szerokości 45 mm. Było to odznaczenie niezwykle cenione i dotychczas ma rangę niemal międzynarodową. Do grona odznaczonych tym orderem należy pochodzący z Brzezin oberfeldwebel der Reserve Georg Gransee (ur. 29. czerwca 1917, zm 23. 01. 1945). Urodził się w budynku pocztowym w Brzezinach niem. Berkenbrügge. Tu też kończył szkołę ludową. Ojciec Emil (05.09.1884 – 1945) pochodził także z Brzezin, gdzie zmarł. Matka Martha Jodekdins ur. 24.02.1887 r. w Prusach Wschodnich, zm. 15.03.1978 r. w Hermannstein, Kreis Wetzlar. Miał dwie siostry także urodzone w Brzezinach – Johanna (1913 – 2000) i Hildegard (1915 – 2005). Do Wehrmachtu został wcielony 16. 11.1938 r. Początkowo służył w 6 lekkiej kompanii czołgów, na bazie której powstał w Karniowie w Czechach 31 pułk czołgów (Panzer-Regiment 31). W wojnie z Polską nie brał udziału, dopiero razem ze swoim pułkiem wszedł na krótko do boju podczas wojny na Zachodzie. W dniu 16.04.1941 r. otrzymał awans na stopień Obergefreiter, walczył na Bałkanach z Jugosławią i Grecją. Przeszedł wówczas do 2 kompanii 31 pułku czołgów. 06.05. 1941 r. odznaczony został Krzyżem Żelaznym 2 kl. Po zakończeniu działań w Grecji wrócił do Niemiec, gdzie pułk zregenerował siły. Brał udział w operacji Barbarossa, czyli w inwazji na ZSRR. Znalazł się w 8 kompanii swego pułku, który wszedł w skład 5 Dywizji Pancernej. Walczył pod Moskwą na przełomie 1941 /1942 r. 23.12.1941 r. otrzymał Krzyż Żelazny 1 kl. W lipcu 1943 r. powrócił do 2 kompanii. 12 lipca mianowany został na stopień Feldfebel. W dniach 14 i 15. 08.1943 r. brał udział w ciężkich walkach pod Wiaźmą. Podczas gdy główne siły radzieckie znajdowały się na południe od tej miejscowości, śląski dywizjon czołgów zabezpieczał na prawym skrzydle znajdujące się na wzgórzu słabe siły pancerne dywizji. Z tyłu były stanowiska artylerii i pododdziały zabezpieczenia. Wieczorem 14 sierpnia 1943 roku Rosjanie zaatakowali wzgórze brygadą pancerną wspartą dwoma batalionami. W chwili kiedy utrata wzgórza była zagrożona, śmiałym Gransee zaatakował skrzydło atakujących i osobiście zniszczył dwa czołgi. Następnego ranka przeciwnik znowu zaatakował. Powyżej 10 czołgów zniszczył pociąg Gransse, Feldwebel Gransee osobiście zniszczył trzy czołgi 44-tonowe KW 1. Udaremniono pięć ataków piechoty radzieckiej na wzgórze. Jeden rosyjski czołg, wykorzystując dolinę od południowej strony wzgórza, próbował przedostać się na niemieckie tyły, ten manewr udaremnił Gransee ze swoim czołgiem i zniszczył przeciwnika. Potem niszcząc dalsze czołgi, musiał się wycofać na osłoniętą pozycję. Ogólnie podczas tego boju zniszczył 21 czołgów wroga. Po rozkazie o odwrocie przyczepił do swego czołgu działo przeciwlotnicze, a załogę przetransportował na czołgu. Potem znowu znalazł się na pierwszej linii frontu. Za wykazaną w tych bojach odwagę i zimną krew 19 września 1943 r. został odznaczony krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego. Otrzymał ranę w lewe oko i od 15 stycznia 1944 r. przebywał na leczeniu w IV Szpitalu Rezerwowym w Regensburgu. W 1944 r. został Fahnenjunker-Oberfeldwebel. Po wyleczeniu trafił na front wschodni do 7 kompanii swego pułku. Walczył w Prusach Wschodnich i na Dolnym Śląsku. 23.01.1945 r. poległ pod m. Stradomia Wierzchnia (niem Ober-Stradam ) koło Wrocławia. Pochowany został na niemieckim cmentarzu wojennym w Nadolicach Wielkich. Posiadał Medal za służbę w Wehrmachcie IV kl. (Dienstauszeichnung der Wehrmacht IV. Klasse), Brązową Odznakę „Za rany” (Verwundetenabzeichen in schwarz), Medal za Kampanię Zimową na Wschodzie 1941/1942 (Medaille Winterschlacht im Osten 1941/42), Srebrną Odznakę za Walkę Pancerną (Panzerkampfabzeichen in Silber).

Marian Twardowski i Andrzej Szutowicz

 

Literatura

  • http://geschichte.prepedia.org/wiki/Georg_Gransee
  • http://www.onlineofb.de/famreport.php?ofb=arnswalde_friedeberg&ID=I17826&nachname=GRANSEE&lang=se
  • Heimatgruβ Rundbrief 168/1980 str.13
Komisariat Graniczny Konarzyny w sk-ad którego wchodzi-a  Placówka SG Kie-pin Szosa

Kilka słów o książce „Chojnice 1939″*

W księgarniach nakładem Wydawnictwa Bellona ukazała się książka, która – sądząc po tytule „Chojnice 1939” – powinna nie tylko podsumować i uzupełnić wiedzę, ale i sprostować niektóre informacje o walkach w rejonie Chojnic. Autorzy – Andrzej Lorbiecki i Marcin Wałdoch poświęcili w niej dużo miejsca Straży Granicznej. Niestety, po zapoznaniu się z treścią tej pozycji nadzieja, że w końcu ktoś w miarę rzetelnie przedstawił udział w walkach 1-go września 1939 r. komisariatów Komendy Obwodu (Inspektoratu Okręgowego) SG Chojnice znajdujących się na kaszubskich Gochach okazała się złudna. Już po przeanalizowaniu trzech stron dotyczących tego terenu, okazuje się, że takiej próby nie podjęto i niemal wszystko, co dotąd budziło wątpliwości w działaniach strażników granicznych, nie zostało wyjaśnione, a jedynie niemal bezkrytycznie powtórzone na podstawie znanych już źródeł. Wiadomym jest, że ten drobny wycinek ówczesnych zmagań nie miał decydującego znaczenia dla opisanych działań i, gdyby został jedynie wspomniany, nie wpłynęłoby to poważnie na stronę merytoryczną pracy. Oczywiście pominąć go nie można, gdyż Komisariat SG Konarzyny był organicznym elementem Zgrupowania „Chojnice”. Ale jeśli już podjęto się przedstawić tę tematykę szerzej, to należało to zrobić rzetelnie, tym bardziej, że dokumentów opisujących te wydarzenia jest mało. Książka nie wyjaśnia pewnych wątpliwości nazewniczych, gdyż brak jest w niej definitywnej odpowiedzi na to, czy GO „Czersk” to Grupa Operacyjna, Grupa Osłony czy Grupa Osłonowa. Wydaje się, że stosowane określenie Grupa Operacyjna jest raczej zwyczajowe. Podobnie autorzy użyli nazwy Komisariat Lipnica, a w 1939 r. dzisiejsza Lipnica nazywała się Lipienice, stąd był to Komisariat SG Lipienice. Nie wyjaśniono przekonywująco również kwestii stopni strażników granicznych; gdyby tak było, że wszyscy mieli już wprowadzone stopnie wojskowe, to prezydent Kaczyński zamordowanych strażników granicznych na Wschodzie awansowałby na wyższe stopnie wojskowe lub na wojskowo brzmiące SG, tymczasem awanse dla niektórych zamordowanych wiązały się z nadaniem stopni wojskowych, a dla innych – z nadaniem stopni Straży Granicznej. Mimo że przed wojną nastąpiły regulacje prawne odnośnie stopni, galimatias w tym zakresie jest duży, także w dokumentach, co widać w wielu innych publikacjach dotyczących Straży Granicznej. Sprawy te wymagają jaśniejszego i konkretnego przedstawienia, gdyż wielu strażników posiadało niskie stopnie SG, a wysokie wojskowe – w tym oficerskie, stąd nie mogli z chwilą wojny nosić niższych rang wojskowych przypisanych do aktualnego stopnia w SG. Co ciekawe, dowódca Zgrupowania „Chojnice” pułkownik Tadeusz Majewski podporządkowanego sobie komendanta Komisariatu SG Konarzyny – Piotra Marciniaka, tytułował według jego stopnia w SG, czyli komisarzem, a był on porucznikiem rezerwy Wojska Polskiego. Mimo że tyle lat minęło od zakończenia wojny, problemy nazewnicze są nadal bolączką naszej historiografii i nie dotyczą tylko interpretacji skrótów typu GO. Bardzo często korzystający ze źródeł, chcąc rzetelnie je przestudiować, tracą wiele czasu na sprawdzanie tego, co już sprawdzane być nie powinno. Na przykład (nie dotyczy książki), czy w odniesieniu do SG prawidłowa jest nazwa „pluton wsparcia” czy „pluton wzmocnienia”? Tu nasuwa się ogólny wniosek, że przydałaby się porządkująca ten problem „ errata nazewnictwa”, która na pewno pomocna byłaby dla miłośników historii i hobbystów…

Komisariat StraÄ-Ä-y Granicznej Konarzyny. WÄ-â  .Jacek PLAKNiestety obecna wiedza o działaniach Straży Granicznej w rejonie Konarzyn jest bardziej legendarna niż merytoryczna i omawiana tu książka tej wiedzy ani nie poszerza, ani nie porządkuje. W „Chojnicach 1939” powielany jest pogląd, że walki w rejonie Konarzyn trwały do godziny 10-tej, tymczasem autorzy przedstawiają jedynie samotny ostrzał strażnika Tomasza Musiała i chaotyczny obudzonego strażnika Rozmarynowskiego. Patrząc na dzisiejsze Konarzyny, nie widzimy w nich śladów tamtych walk. Nie można jedynie wykluczyć wspomnianych pojedynczych strzałów strażnika Musiała, który być może spowodował, że Niemcy wstrzymali się od czołowego wejścia do wsi i ją obeszli, co też nie jest pewne, gdyż manewr obejścia mógł być uprzednio zaplanowany i obok osaczenia Komisariatu Konarzyny miał na celu szybkie zneutralizowanie Placówki SG I Linii Babilon. Ponadto wspomniany strażnik Rozmarynowski jako emeryt nie był już w służbie czynnej; w Konarzynach nie było kompanii wzmocnienia, a jedynie przydzielony do komisariatu pluton wzmocnienia rekrutujący się z pododdziałów Obrony Narodowej. Całość sił porównywalna była z kompanią (stąd stosowana nazwa kompania „Konarzyny”). Stan osobowy Komisariatu SG Konarzyny i pluton wzmocnienia nie wycofał się do Swornegaci rano 01.09.1939 r. Zrobiono to znacznie wcześniej, gdyż komendant komisariatu kom./por. Piotr Marciniak musiał wykonać rozkaz dowódcy płk. Majewskiego, który otrzymał w dn. 28.08.1939 r. Co ciekawe, w rozkazie tym płk Tadeusz Majewski używa nazwy Grupa Osłony Czersk. Ponieważ komisarz Piotr Marciniak przyszedł do Konarzyn tuż przed wybuchem wojny ok. 18.08.1939 r., to nie zdołał poznać podległego sobie terenu. Z drugiej strony dziwi wyznaczenie nowego komendanta w sytuacji bezpośredniego zagrożenia państwa, tym bardziej, że poprzedni wieloletni komendant kom./kpt. rez. Kazimierz Kociatkiewicz znał rejon Konarzyn doskonale, a i wojskowo należał do najbardziej intensywnie szkolonych komisarzy SG. Por. rez. Marciniak w Wielkiej Wojnie służył w armii niemieckiej, był odznaczonym Krzyżem Żelaznym II kl., frontowcem, działał w Polskiej Organizacji Wojskowej, od stycznia 1919 r. – 12.03.1921 r. służył w WP, walczył o granice. W Straży Granicznej przeszedł kurs wywiadu i solidne przeszkolenie sportowe. Po analizie jego drogi życiowej sądzić można, że był bardziej oficerem wywiadu, niż dowódcą. Mając mało czasu, skupił się na zasadniczym celu zadania, który było mu najłatwiej wykonać, czyli na przygotowaniu obrony w rejonie przepraw Swornegacie i Małe Swornegacie, w tym na zaminowaniu mostu w Swornegaciach. Reasumując, zasadnicze siły Komisariatu Konarzyny w dniu 01.09.1939 r. były w Swornegaciach, natomiast na placówkach pozostali tylko wyznaczeni do pełnienia służby na punktach obserwacyjnych (najczęściej jeden strażnik plus dwóch żołnierzy ON). Taki system ochrony granicy wprowadzono z chwilą zagrożenia wojennego, tj. zrezygnowano z patrolowania granicy i ograniczono się do jej obserwacji z punktów. Potwierdzenie tezy o wcześniejszym opuszczeniu posterunków komisariatu uzyskamy po przeanalizowaniu podanych przez autorów przedziałów czasowych i pominiętym przez nich epizodzie związanym z poranną mszą świętą w Swornegaciach, która według W. Stanisłąwskiego, była odprawiana tuż przed albo w trakcie wysadzenia mostu. Autorzy nie wyjaśniają przebiegu walk przy tej przeprawie, nie opisują chaotycznego i pośpiesznego wysadzenia mostu, co kosztowało życie jednej osoby cywilnej (ciężko ranna zmarła po kilku dniach), a strażnikom uciekającym z posterunków (którzy pełnili służbę) odcięło drogę odwrotu. Nie opisują obrony w tym rejonie, gdzie (co autorzy przyznają) z całą pewnością po obu stronach byli polegli. Przemilczano kwestię porzuconej dokumentacji wywiadowczej, która dostała się w ręce niemieckie. Potem na jej podstawie wszczęto poszukiwania współpracowników Straży Granicznej z rejonu Konarzyn, co dla wielu z nich skończyło się śmiercią. Autorzy poszerzyli zakres przekazywanej wiedzy i wyszli niejako poza Zgrupowanie „Chojnice”, gdyż poświęcili nieco miejsca pozostałym dwóm komisariatom SG na Gochach, które miały inną podległość służbową. Niestety, czy zgodnie z przyjętą koncepcją książki, czy celowo bądź z braku wiedzy na ten temat, zbagatelizowano ich działania, w tym ewakuację m. Lipnice. Nie wspomniano nic o wysadzeniu mostu w Upiłce i potyczce nad rzeką Zbrzyca, gdzie zginął na polu chwały starszy strażnik Antoni Mikołajczak, dowódca Placówki II Linii Lipienice, który w tabeli na str. 24. jako jedyny dowódca palcówki Komisariatu SG Lipienice nie został z nazwiska wymieniony. Autorzy nie wspominają też o tragicznej obronie strażników w Skoszewie, którą dwóch z nich przypłaciło życiem (wg W. Stanisławskiego byli to strażnicy graniczni Leszczułowski i Koziarski, jednak nazwiska te wymagają sprawdzenia). Ponadto wymieniony jako komendant Komisariatu SG Lipienice kom. Ludwik Weigel nie był nim 01.09.1939 r. Od czerwca 1939 r. był nim aspirant Kazimierz Bielecki; wymieniony w książce komendant Komisariatu SG Brzeźno Szlacheckie, Czesław Chludziński, też nie był na Gochach, tylko na Węgierskiej Górce jako dowódca schronu „Wąwóz”. Strażnik Tomasz Musiał (ur. 20.11.1897 r.) z Komisariatu SG Konarzyny nie zginął, jak napisali autorzy, w 1939 r. Musiał i inni rozproszeni strażnicy z żołnierzami ON przeszli przez Brdę. Potem było Świecie i dramatyczna przeprawa przez Wisłę. Gdy będąc w łódce przewoźnika, pokonywał Wisłę, nadleciały nieprzyjacielskie samoloty. Atak był celny, trafiona została łódź, Tomasz Musiał został ranny w głowę i rękę, na szczęście w porę wyciągnięto go z wody. Rannego strażnika opatrzono w Chełmnie, okazało się, że może iść dalej. W Kutnie trafił do szpitala. Do niewoli dostał się na trasie Toruń – Warszawa. (Według jednej z wersji po przeprawie trafił do szpitala w Toruniu, tam opatrzono mu rany i podobno brał udział w obronie Warszawy). Osadzono go w Stalagu II B Hammerstein (Czarne). Potem przewieziony został do aresztu śledczego w Chojnicach, a stąd do fortów toruńskich. W końcu września jego żona z trójką dzieci powróciła do Konarzyn. By przeżyć, ciężko pracowała. Zły stan zdrowia spowodował, że Tomasz Musiał w 1942 r. został zwolniony do domu, a faktycznie trafił na roboty przymusowe do bauera, codziennie wielokrotnie musiał się zgłaszać na posterunek policji. Ponownie aresztowany przepadł bez wieści. Po walkach w Swornegaciach siły ON i strażników granicznych uległy rozproszeniu. Komendant Piotr Marciniak przedostał się z małą grupką swoich podoficerów do ośrodka w Rawie Ruskiej, został dowódcą 3 kompanii w batalionie cyklistów ppłk. Karola Bacza (dzisiejszy patron Morskiego Oddziału Straży Granicznej w Gdańsku). Walczył pod Kamionką Strumiłową i Rawą Ruską. I tu ciekawostka – w tej samej bitwie brał udział urodzony w Prądzonie, a pochowany na przykościelnym cmentarzu w Borzyszkowach por. Józef Gierszewski ps. „mjr Ryś”, późniejszy „komendant wojskowy TOW Gryf Pomorski”. Marciniak do niewoli dostał się 25.09.1939 r. w okolicy stacji kolejowej Zielona koło Buska (w rej. Lwowa). Zginął najprawdopodobniej w obozie zagłady, inne źródła podają, że na Wschodzie, lecz na znanych listach rozstrzelanych nie widnieje. Ogólnie spośród strażników związanych z Konarzynami wojny także nie przeżyli: zastępca komendanta, starszy przodownik SG Ignacy Markowski (zamordowany został 15.12.1944 w Mauthausen), przodownik SG Nikodem Janiak z Placówki I Linii Konarzyny (29.08.1898 – 18.04.1941 KL Mauthausen), przodownik SG Leon Przybysz z Babilonu, Stanisław Poprawa (zamordowany 18 stycznia 1945 w Radogoszczy) również z Placówki I Linii Babilon. Zaginęli bez wieści w 1939 r. strażnicy SG i podchorążowie rezerwy WP Tadeusz Cieślak i Władysław Wersztajn – najprawdopodobniej zginęli na polu chwały. Jeden z nich mógł zginąć w Swornegaciach lub przy siedzibie placówki w Babilonie. Ponadto wspomniany były komendant Kazimierz Kociatkiewicz zamordowany został w Katyniu (pośmiertnie awansowany przez Pana Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na stopień majora WP), a emerytowany przodownik SG Ludwik Urbaniak zginął w marszu śmierci KL Stutthof w 1945 r. W marszu tym uczestniczył także więzień tego obozu Franciszek Golis, który nie był – jak napisano – przodownikiem i dowódcą Placówki I Linii SG Kiełpin Szosa. Posiadał on stopień strażnika lub starszego strażnika i był przewodnikiem psa, dowódcą tej placówki był najprawdopodobniej pochodzący z miejscowości Rytel st. str. Kosiedowski Bolesław (ur.01.11.1899 r.), który zajmował to stanowisko od 1938 r. Odnośnie Straży Granicznej na Gochach, przyczyną wystąpienia w książce tylu błędów jest bezkrytyczne oparcie się jej autorów na zamieszczonych w „Zbliżeniach” artykułach z lat 1982/ 1983 Władysława Stanisławskiego pt. „Historia płonącego pogranicza”. Cykl ten w sposób ciekawy przedstawił atmosferę panującą na ówczesnym pograniczu, niestety oparty był głównie na relacjach uczestników tych zdarzeń i świadków, a że spisany był ponad 40 lat od wybuchu wojny, stąd wiele w nim sprzeczności, niedomówień i przeinaczeń. Tak więc praca W. Stanisławskiego wymaga weryfikacji i porównań z dokumentami, a tych nawiązujących do 1939 r. jest mało. Niepozbawione błędów jest także będące źródłem opracowanie kpt. Stanisława Rosta „Straż Graniczna w walkach o Chojnice w 1939 r.” (WPH nr 3/1989). Jesienią 2012 r. w miejscowości Swornegacie odbyły się organizowane przez Fundację Naji Gochë z Borowego Młyna kolejne „Spotkania na Gochach”, które tradycyjnie miały formę konferencji regionalnej. Poświęcone były Straży Granicznej na tym „cyplu” Kaszub. Podczas spotkania zwiedzano nie tylko miejsca, gdzie znajdowały się placówki komisariatów Konarzyny, Lipienice i Brzeźno Szlacheckie, ale także dzielono się wiedzą na temat walk obronnych i tragedii z nimi związanych. Wypracowane wówczas wnioski sprostowały pewne niedomówienia i fałszywe przekazy dotyczące tego tematu i na ich bazie powstały publikacje w Dzienniku Bałtyckim, Merkuriuszu Człuchowskim i Biuletynie CSSG. Inne czekają na wydrukowanie. Należy żałować, że autorzy książki nie natrafili na dorobek tych „Spotkań”. Argument, że była to mało znacząca konferencja nie wchodzi w rachubę, gdyż uczestniczył w niej wicestarosta powiatu chojnickiego Przemysław Biesek-Talewski, były poseł PIS Piotr Stanke i historycy tej rangi co dr Marian Fryda, Wiktor Zybajło czy ppłk SG dr Wojciech Grobelski. Autorzy książki najprawdopodobniej nie natrafili na źródła niemieckie, stąd brak jest w niej niemieckiego spojrzenia na walki na Gochach. Otóż takie źródło istnieje, jest to relacja działań jedynej jednostki niemieckiej, która wtargnęła na Gochy we wrześniu 1939 r.; był to 32 Grenzwache Regiment von Bothmer. Pozycja ta nosi tytuł „Das verstärkte Grenzwacht-Regiment Freiherr von Bothmer im Polen-Feldzug 1939 von einem Mitkämpfer. Verlag Bütower Anzeiger, Bütow in Pommern o.J. Bütower Anzeiger, 1940”. Najprawdopodobniej jej autorem był sam dowódca pułku ppłk Karl baron von Bothmer (całkowicie w książce pominięty). Odnotowano w niej, że: „…1 września o 4:45 z uprzednio zajętych pozycji bataliony przekroczyły granice Polski. Celem ataku był Cypel Brzeźniowski (niem. Briesener Zipfel), który jako część ówczesnej Polski, głęboko wcisnął się w okolicy Miastka w niemieckie terytorium. Zadaniem pierwszego dnia wojny było odcięcie na linii jezior i rzeki znajdujących się tam sił polskich. Linia ta biegła od Jeziora Somińskiego, a kończyła na południu na Jeziorze Charzykowskim. Na północy zamierzone cele zostały osiągnięte bez walki do godzin południowych. Okazało się później, że przez błędny wywiad nie wiedzieliśmy, iż siły polskie były skoncentrowane na południe od Bytowa, gdzie rozmyślnie rozmieszczono je w kilku granicznych punktach. Dla Polaków ich ostatnie położenie było ryzykowne i w konsekwencji „Cypel” został opuszczony. Tylko batalion „Schleyer” (batalion nazwany od nazwiska dowódcy nadszedł z kierunku Korne – Konarzyny”) w godzinach południowych na zachód od Swornegaci stoczył walkę z kontratakującymi oddziałami, które atakowały tam, gdzie jest przejście przez Brdę. To pierwsze zwycięstwo zostało Pododdzia- Strazy Gricznej IG Chojnice na Gochach.W-asno--.Jacek Plakwywalczone bez znacznych strat po stronnie batalionu. Na zdobytym obszarze i po naprawieniu mostów przez saperów pułk w ciągu 3 dni parł naprzód, przełamując w walce linie obrony. Potem rozpoczął się jednodniowy marsz na północny-zachód w kierunku Kościerzyny …”. Jak widać, autor wolał się nie skupiać na szczegółach, bo w przypadku von Bothmera nie zawsze mogły one być pozytywne dla jego wizerunku. Ten agresor na Gochy z 1939 r. został w 1947 r. rozstrzelany w Jugosławii jako zbrodniarz wojenny. Przedstawiona relacja (tłum. Marian Twardowski) obala także utrwalony pogląd jakoby 16 pułk ułanów przez swą aktywność zatrzymać miał jeden z batalionów tego niemieckiego pułku i zmusić go do powrotu na pozycje wyjściowe. Tymczasem 16 p.uł. nikogo nie zatrzymał, tylko zwinął obronę przeprawy na rz. Zbrzyca w m. Laska, czym naraził na śmiertelne niebezpieczeństwo maszerujące w jej kierunku pododdziały komisariatów Lipienice i Brzeźno. Nic dziwnego, że pasjonaci historii ułanów 16- tki ten epizod całkowicie ignorują, bo świadczy on bardziej o tchórzostwie niż nierozwadze. Strat będących wynikiem tego czynu, jak dotąd, nie zbilansowano, na pewno był to główny powód rozproszenia nie tylko strażników granicznych. Dla wielu z nich skończyło się to niewolą, dla innych cierpieniem, a dla dowódcy Placówki II Linii Lipienice – utratą życia. Są przesłanki ku temu, by twierdzić, że ofiar śmiertelnych było więcej. Wniosek ten jest efektem rekonesansu w terenie z 2013 r. Jednym z jego uczestników był pochodzący ze Skoszewa emerytowany nauczyciel z Lipnicy Czesław Cyra, dzięki któremu zrewidowany został obraz pierwszych godzin wojny w Skoszewie. Na pewno pozytywnym walorem książki jest wielowątkowe przedstawienie działania 18 pułku ułanów pomorskich. Zaprezentowano wiele relacji, lecz brak jest do nich komentarza i własnych interpretacji. Czytając rozdział o 18 pułku ułanów, ma się wrażenie, że autorzy wiedząc, iż tylko trzech lub czterech (inne źródła podają jedenastu) żołnierzy niemieckich zostało rannych, jakby obawiają się powiedzieć czytelnikowi jasno: pod Krojantami nikt z Niemców nie zginął. Przy stratach własnych 25 ułanów tragizmu tej szarży nawet legenda nie obroni. Książka nie wystawia też oceny negatywnej dowódcy pułku płk. Mastalerzowi za wręcz karygodne pozostawienie na głównych pozycjach walczącego pułku i udanie się ku śmierci z grupą manewrową. Do tej pory badacze tej szarży zastanawiają się, dlaczego to zrobił. Broniący Mastalerza wspierają się regulaminami, inni nawet podają argument, że ze względu na pogmatwane życie osobiste chciał zginąć. Przyczyna może być inna, płk Mastalerz pułk objął ceremonialnie 20.08.1939 r. i, podobnie jak komisarz Piotr Marciniak Komisariatu SG Konarzyny, nie zdążył go poznać. Stąd najprawdopodobniej nie miał pełnego zaufania do podwładnych, co spowodowało potrzebę nadzorowania wykonywanego przez nich zadania. Zamiana dowódcy pułku była działaniem kumoterskim gen. Grzmot- Skotnickiego, który by ściągnąć pod swoje rozkazy dawnego towarzysza broni, wykorzystał kłopoty zdrowotne aktualnego dowódcy płk. Tadeusza Kurnatowskiego, osoby szanowanej, znającej pułk i teren, na którym miał działać. Do tej pory odczytywane jest to jako poniżenie tego zasłużonego oficera. Los ze wszystkimi obszedł się okrutnie. Gen. Grzmot-Skotnicki zostawił znajdujących się w beznadziejnej sytuacji swoich żołnierzy i udał się do dowódcy armii po nowe stanowisko. Walczył w bitwie nad Bzurą, śmiertelnie ranny, zmarł w niemieckim lazarecie. Śmierć płk. Mastalerza pośrednio uśmierciła także pułk. Pułkownik Kurnatowski zmarł 28.09.1939 r. po tym, jak w ciągłym zagrożeniu przez wschodniego agresora doprowadził na Węgry dowodzony przez siebie Ośrodek Zapasowy Podolskiej Brygady Kawalerii, dzięki czemu ocalił życie wielu oficerom. Niestety nie uwypuklono w tym rozdziale genezy przyszłej tragedii 18 pułku ułanów, którą była słabość znajdującej się z lewej strony pozycji pułku kompanii SG, to ona – szybko ulegając naporowi nieprzyjaciela (przeciwnika), przedwcześnie zmusiła płk. Mastalerza do stopniowego wycofywania się na następne pozycje. Ostatecznie skończyło się to dla pułku fatalnie. W tym świetle defilada w Tucholi pododdziału SG kpt. Kraffta ma inny wymiar. Dlatego nie ma sensu delektować się opinią Guderiana, bo Polacy przeżyli tragedię, a Niemcy tylko stres. Atak polskich ułanów spowolnił działania niemieckie, lecz ich nie zatrzymał, na pewno nie zatrzymał 76 pp (zmot.), na który szarżował, gdyż ten po zajęciu m. Krojanty najprawdopodobniej wykonał swoje zadanie dnia. Natomiast, co autorzy potwierdzają, jeszcze po godz. 21-ej (szarża była ok. 19.00) inne niemieckie pododdziały 2 batalionu 69 pp (zmot.) skutecznie natarły na pozycje 3 szwadronu 18 pułku ułanów, praktycznie go rozbijając. Niefortunny jest też cytat niemiecki ze stron 201. – 202., w którym stwierdza się, że „2 DPZmot na prawym skrzydle nie posunęła się dalej poza pozycje wyjściowe”. Ten bezruch dywizji nie był konsekwencją szarży 18 pułku, tylko twardej obrony wspaniałego 35 pułku piechoty z Brześcia nad Bugiem ppłk dypl. Jana Maliszewskiego. Ciekawostką jest to, że pułk ten był macierzystą jednostką mjr Henryka Sucharskiego. Najważniejszym wnioskiem jest ten, że zasadnicze zadanie zostało wykonane, Niemcy nie osaczyli batalionu ON „Czersk”. Na pewno czytając ten rozdział, regionaliści z kręgu Naji Gochë czują satysfakcję, gdyż zyskali w niej wiele argumentów na poparcie lub zweryfikowanie poglądów zawartych w zaprezentowanym w „Naji Gochë” nr 42 opracowaniu „Płk Kazimierz Mastalerz (1894 – 1939) – życiorys z szarżą w tle”. (http://www.najigoche.kaszuby.pl/artykul/artykul=976,plk-kazimierz-mastalerz-1894-1939-zyciorys-z-szarza-w-tle/). Nie ulega wątpliwości, że książkę „Chojnice 1939” warto polecać i zachęcać do czytania, u każdego interesującego się tematem walk we wrześniu 1939 r. GO Czersk wywoła ona pozytywne emocje i dostarczy niezbędnej wiedzy na ukształtowanie swoich poglądów.

Andrzej Szutowicz Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie Oddział Konarzyny

*Andrzej Lorbiecki, Marcin Wałdoch „Chojnice 1939”. Wyd. Bellona. Warszawa 2014 r.


Na recenzję odpowiedzieli autorzy książki: odp autorów.

Tutaj też kolejna odpowiedź pana Szutowicza: odp recenzenta.

10

Inne oblicze strasznej wojny (zdjęcia nigdy niepublikowane!)

22 czerwca 1941 roku armia niemiecka zaatakowała swego sojusznika ZSRR. Wojna ta stała się najbardziej krwawym i bezwzględnym starciem w dziejach ludzkości. Po globalnych klęskach setek dywizji Armii Czerwonej, zimą 1941 roku nastąpił przełom i początek działania swoistej „homeopatii historii”. Ta dziejowa kuracja przebiegła według terapeutycznej zasady homeopatii „podobne lecz podobnym”, w konsekwencji jeden zbrodniczy system zniszczył drugi. Wojna skończyła się całkowitą klęską i upadkiem faszyzmu. Zwycięstwo Rosjan uratowało żydowski naród od całkowitej zagłady i także potencjalnie inne narody dla których zmodernizowano technologię zabijania. Mimo klęsk przyszykowano w Oświęcimiu „nowoczesne” komory gazowe z krematoriami. Ile milionów Słowian zamierzano w tym kombinacie mordu uśmiercić? Nie wiadomo. Na pewno w rachubę wchodziły dziesiątki milionów istnień. Stało się inaczej. Choć zdobyty przez Rosjan i Polaków Berlin stał się symbolem podziału Europy, choć długo trzeba było jeszcze czekać na całkowitą wolność i mimo, że nadal liczne dawniej „zniewolone umysły” wymagają wyleczenia, to warto dziś wspomnieć o wydarzeniu z 1941 roku także w kontekście tego, co by się stało gdyby hitleryzm zwyciężył?

Prezentowane zdjęcia odnoszą się do pierwszych dni i miesięcy tamtej wojny. Nie były publikowane. Przypadek zrządził, że znalazły się w małym zarzuconym gdzieś na strychu pudełeczku, które po latach otworzyli państwo Violetta i Piotr Ochocińscy.

Andrzej Szutowicz

Zdjęcia są o tyle ciekawe, że pokazują inne oblicze (od dotychczas  znanego) wziętych do niewoli żołnierzy Armii Czerwonej. Są czyści jakby nieprzemęczeni i spokojni. Widać na nich radość z przybycia Niemców oraz elementy symboliki narodowej Estonii.

kan1

2 kaniowski batalion saperów

Z tradycji 2 stargardzkiego batalionu saperów

2 KANIOWSKI BATALION SAPERÓW
ORGANIZACJA I FORMOWANIE

kan22 kaniowski batalion saperów został utworzony na podstawie rozkazu dowódcy 2 DSP gen. Bronisława Prugara – Ketlinga z 23.12.1939r. Miejscem jego formowania było Centrum Wyszkolenia Saperów w Les Ponts de Cé niedaleko Angers, siedziby rządu polskiego. Głównym organizatorem jednostki był mjr Teodor Rzewuski, a pierwszymi żołnierzami byli saperzy 1 Dywizji Grenadierów, pozostałe uzupełnienie nadchodziło z ośrodka zapasowego dywizji w Parthenay. Szkolenie specjalistyczne obejmowało głównie przeprawy (na rzece Loarze), fortyfikacyjną rozbudowę terenu oraz minerstwo, które ze względu na braki materiałowe stało na najniższym poziomie. Dobry poziom prezentowało szkolenie ogólnowojskowe. Do ważnych zadań tego okresu należała również ochrona obiektów rządowych w Angers oraz pełnienie służby reprezentacyjnej przy prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej. W książce Mieczysława Borchólskiego „Z saperami generała Maczka” na str. 41-43 autor opisał swoje wrażenia z pierwszych tygodni szkolenia 2 bsap.

„… Otrzymałem przydział do 1 kompanii saperów, której dowódcą był kapitan Zawisza. Kompania koszarowała w odległości około kilometra od Saint Gemmes, w miasteczku Les Ponts de Cé nad piękną rzeką Loarą.

Stamtąd tramwajem można było dojechać do Angers. Przez cały marzec szkoliłem pluton i dopiero teraz miałem możność zetknąć się ze sprzętem i wyposażeniem francuskim. Moje rozczarowanie było ogromne. Umundurowanie żołnierzy było stare i niepraktyczne, owijacze i spodnie często z granatowego sztruksu, większość sprzętu saperskiego przestarzała, nieprzydatna, bez żadnych nowości, ulepszeń, nie przystosowana do nowej, innej niż pierwsza wojny. W Polsce mieliśmy lepszy sprzęt, lepsze uzbrojenie i wyposażenie. Na tym tle dochodziło nieraz do burzliwych dyskusji między młodszymi oficerami, a starszymi, którzy nie „wąchali prochu”, a teraz sprawowali dość wysokie funkcje wojskowe. Cóż, starali się utrzymać i podnieść na duchu młodych, którzy realnie i raczej pesymistycznie oceniali sytuację.

kan3Żołnierze, których szkoliliśmy, to poborowi, Francuzi pochodzenia polskiego. Muszę przyznać, że na ogół byli dobrymi żołnierzami. Mówili dobrze po polsku i polskość zachowali. Może byli mało zdyscyplinowani, ale solidni, uczciwi i pracowici, mieli chyba cechy środowisk, z jakich się wywodzili. Zachowywali się dość „demokratycznie”, często z francuska do oficerów zwracali się per „wy”, ale byli posłuszni, chętni i co najważniejsze, obdarzali nas dużym zaufaniem. Wynikało to też z sytuacji politycznej i okoliczności, w jakich polskie wojsko było organizowane. Opieraliśmy się na organizacji francuskiej. Nie było różnicy w żołdzie podoficerów zawodowych i rezerwy. Żołd ten był niestety bardzo niski i krzywdzący podoficerów zawodowych. Było normalne, że żołnierze codziennie fasowali czerwone wytrawne wino, około pół litra do obiadu, a może nawet i więcej. Poza tym pili wieczorem w kafejkach, które zawsze były pełne wojska. Warunki te nie stwarzały możliwości zorganizowania karnego i dobrego wojska. Tłumaczono nam, że ważniejsza jest dyscyplina wewnętrzna Szkolili się też oficerowie. Były kursy, zapoznawanie się ze sprzętem, uzbrojeniem, a także ćwiczenia aplikacyjne w terenie.

… Trzydziestego marca 1940 roku na stadionie w Angers odbyła się piękna uroczystość. Przed wyjazdem na front, dwa bataliony saperów, wchodzące w skład dwóch dywizji piechoty, zostały zaprzysiężone przez biskupa polowego księdza Gawlinę. W uroczystości wziął udział prezydent Władysław Raczkiewicz i Wódz Naczelny generał Sikorski, który dowódcom batalionów wręczył przywiezione z Polski sztandary pułkowe”.

Po przysiędze (jeszcze przed wyjazdem do strefy przyfrontowej) batalionowi nadano nazwę „2 kaniowski batalion saperów”.

Obsada najważniejszych stanowisk etatowych batalionu przedstawiała się następująco:

  • Dowódca batalionu – mjr Teodor Rrzewuski
  • Adiutant – ppor. Kazimierz Kukielski
  • D-ca 1 kpmpanii – kpt. Jan Zawisza
  • dowódcy plutonów – por. Włodzimierz Siwiński
  • ppor. Tadeusz Protejko – Leszczyc
  • ppor. Jan Koryl
  • ppor. Marian Jankowski
  • D-ca 2 kompanii – kpt. Wacław Szewczyk
  • dowódcy plutonu – por. Witold Wierzchowski
  • ppor. Wacław Rospondek
  • ppor. Marian Ptasiński

Działania zbrojne i internowanie

W drugiej połowie maja nastąpiło przegrupowanie transportem kolejowymi w rejon Colombey les Belles, gdzie batalion kontynuował szkolenie, które zostało niespodziewanie przerwane. Około 13 czerwca ponownie batalion został przegrupowany transportem kolejowym do rejonu Belfort, tam też 2 DSP została podporządkowana dowódcy francuskiego 45 Korpusu. Otrzymała zadanie obrony kotliny Belfortu. Przez cztery dni miano prowadzić rozbudowę fortyfikacyjną terenu, natomiast pozostałe dni miały być wykorzystywane do szkolenia wojsk. 13 czerwca o godz. 15.00 nadeszła instrukcja dla 2 DSP, w której sprecyzowano jej udział w rozbudowie pozycji obronnej. Dowódca dywizji otrzymał dowództwo części południowej tzw. „odcinka centrum” obrony. Następnego dnia z dywizji odszedł 5 pułk z oddziałem rozpoznawczym dla wzmocnienia oddziału wydzielonego płk Duluca, co nie wpłynęło na zmianę zadań dla 2 DSP, ale ją poważnie i jak się okazało bezpowrotnie osłabiło. W konsekwencji 5 pułk z oddziałem został stracony. W dniu 14 czerwca, po rozpoznaniu terenu, przystąpiono do rozbudowy fortyfikacyjnej planowanego rejonu obrony (m. Belfort). Saperzy byli przydzieleni kompaniami do dyspozycji dowódców odcinków, gdzie pod kierunkiem swoich d-ców kompań wykonywali zapory p.panc., oczyszczali przedpole, wykonywali zawały leśne itp. Prace trwały przez cały dzień 15 czerwca, niestety zmiana sytuacji na froncie spowodowała, że cały trud 2 DSP, w tym i 2 kbsap., okazał się daremny. Francuzi zdecydowali się porzucić Belfort, gdyż oddziały niemieckie podeszły pod Vesoul i Gray, co spowodowało zagrożenie 8 Armii, a tym samym od strony zachodniej 2 DSP. Niemcy znaleźli się w odległości ok. 60 km. Zaczęły napływać często niewykonalne rozkazy od dowódcy armii gen. Laure. Ze względu na zachowanie bojowej wartości sił dywizyjnych i z powodu zmieniającej się sytuacji taktycznej gen. Prugar – Ketling część rozkazów nie mógł zrealizować. Natomiast jego propozycje wykonania zwrotu zaczepnego nie zostały przez dowództwo armii, a później i korpusu, zaakceptowane. W godzinach wieczornych 8 Armia francuska znalazła się w niemieckich kleszczach, od czoła stała 7 Armia niemiecka a od tyłu z zachodu oddziały Guderiana. Nocą 2 DSP przegrupowała swoje siły. Zagrożona z trzech stron, manewrowała w kierunku południowym.

Batalion zabezpieczał marsz 2 DSP. Wysiłek saperów był bardzo duży, ubezpieczano w ciężkich warunkach przegrupowanie poszczególnych kolumn dywizyjnych. Na postojach natomiast budowano wszelkiego rodzaju zapory przeciwpancerne. Ponieważ zagony Guderiana odcięły siłom 45 Korpusu drogę odwrotu, dowódca korpusu nakazał przerwać marsz w kierunku Pontarlier. Polecił w nocy 17/18 czerwca zorganizować obronę na wzgórzach Clos du Doubs i stoczyć tam bitwę. W zależności od jej wyników miano albo przebijać się w kierunku południowej Francji lub przejść granicę Szwajcarii.

kan4Dywizja zorganizowała dwa odcinki obrony; północny i południowy. Pierwszy kontakt z nieprzyjacielem nastąpił 18 czerwca o godz. 13.30. Rozgorzała bitwa obronna, która trwała dwa dni, mimo przewagi ogniowej wroga i wielkiej ruchliwości sił niemieckich, nie udało się im przełamać polskiej obrony ani otoczyć broniących się jednostek. Trzeba wspomnieć, że dywizja broniła się na odcinku 18 km. Nie pozwolono także na jej odcięcie od granicy ze Szwajcarią. W ferworze walki batalion rozbudowywał rejon obrony 2 DSP, następnie jako odwód dowódcy dywizji, batalion obsadził drugą linię obrony w rejonie La Mine- Girode-Courtefontaine. W międzyczasie 18 czerwca 1940 r. o godz. 17.00 dowódca batalionu uczestniczył w odprawie z dowódcą dywizji, gdzie w czasie głosowania opowiedział się za przejściem do Szwajcarii – jedynie dowódca artylerii dywizyjnej był za przebijaniem się na południe Francji. Odprawy jednak nie skończono ponieważ dowódca dywizji został pilnie wezwany do dowódcy korpusu, gdzie zapadły decyzje o obronie wzgórz Clos du Doubs. Po powrocie gen. Prugar – Ketling wydał rozkazy zgodnie z zaleceniami dowódcy korpusu. Decyzja gen. Daille podyktowana była wytworzoną sytuacja militarną, niekorzystną dla 45 Korpusu. Ostateczną decyzję przejścia granicy szwajcarskiej gen. Prugar- Ketling podjął w godzinach popołudniowych 19 czerwca 1940 r. Za podjęciem tej decyzji przemawiały argumenty w postaci braku amunicji, wyczerpanie fizyczne żołnierzy, ograniczenie strat ludzkich do minimalnych oraz postawa posła polskiego w Bernie, który wręcz nalegał na podjęcie tej decyzji. O godz. 19.30 na odcinku północnym i o godz. 20.00 na odcinku południowym nastąpiło opuszczenie stanowisk bojowych.

W nocy z 19 na 20 czerwca batalion stanowił straż tylną głównych sił 2 DSP, zajmując stanowiska obronne w Trévillers i Chauvillers. Po wykonaniu zadania osłony odwrotu 2 DSP 20 czerwca batalion przekroczył granicę szwajcarską w m. Epiguerez, przekroczenie nastąpiło w szyku zwartym z bronią w ręku. Za batalionem przeszli oficerowie 45 Korpusu i dowództwo 2 DSP w honorowej asyście spahisów. Rozlokowali się oni w miejscowości Saignelegier. Tu batalion uczestniczył w podniosłej uroczystości. Na zbiórce przy dźwiękach orkiestry dywizyjnej odśpiewano hymn Polski. Odbyła się także defilada pododdziałów dywizyjnych, którą przyjął dowódca 45 Korpusu francuskiego i dowódca 2 DSP w obecności pułkownika armii szwajcarskiej. Postawa i zdyscyplinowanie Polaków spotkało się z uznaniem obserwujących operację przejścia granicy dziennikarzy z różnych państw. Ogółem z saperów zostało internowanych 18 oficerów i 667 szeregowych. Batalion złożył 3 rkm, 445 kb i 13 pistoletów.

W Szwajcarii saperzy batalionu wspólnie z pozostałymi żołnierzami 2 DSP znosili trudy internowania. Zatrudniani byli do wszelkiego rodzaju prostych i ciężkich prac. Wielu z nich mogło skorzystać z form różnorodnego wielopłaszczyznowego kształcenia. Wśród żołnierzy rozwijała się szeroka działalność kulturalna, sportowa i religijna. W kaplicy Dominikanów w Ilanz, 3 kompania saperów zgrupowana w m. Graubünden, umieściła ufundowany przez siebie ryngraf Matki Bożej.

kan5 kan6

Internowanie skończyło się wraz z klęską Niemiec. Część żołnierzy powróciła do Polski, część wybrała tułaczą dolę.

Wyróżnienia i odznaczenia

W uznaniu zasług dla wysiłku zbrojnego dowódca korpusu gen. Daille wyróżnił batalion w swoim rozkazie w dniu 06.08.1940 r.

Rozkaz Ogólny No 10
generała korpusu Daille
dowódcy 45 Korpusu Armii

Batalion saperów – minerów No 186 2 –ej Dywizji Polskiej – pod dowództwem majora Rzewuskiego opóźnił znacznie posuwanie się nieprzyjaciela w dniach 17-18-19 czerwca w St. Hippolyte- Trévillers- Damprichard przez budowę umocnień, przeszkód przeciwpancernych i niszczeń dokonanych w obliczu nieprzyjaciela. W nocy z 19 na 20 czerwca, stanowiąc straż tylną najważniejszej części dywizji, umożliwił tej wielkiej jednostce wykonać manewr bezpiecznie i w porządku. Niniejsza „cytacja” nadaje „Croix de Guerre”

Daille
(pieczęć okrągła 45 Corps d’ Armée
Le General Commandant)

kan7Croix de Guerre jest odznaczeniem sięgającym rodowodem pierwszej wojny światowej. Ustanowiony został w 1915 roku jako wyróżnienie wszystkich bez względu na stopień żołnierzy, których czyny bojowe uhonorowane zostały pochwałą w rozkazie. W zależności od rangi rozkazu na wstążce odznaczenia nakłada się odpowiednie oznaki i tak:

  • za pochwałę w rozkazie armii przysługuje palma brązowa
  • wyróżniony pięciokrotnie w rozkazach tego szczebla otrzymuje palmę srebrną (pięć palm brązowych zastępuje palmę srebrną)
  • za pochwałę w rozkazie korpusu – gwiazdka złocona
  • za pochwałę w rozkazie dywizji – gwiazdka srebrna
  • za pochwałę w rozkazie brygady bądź pułku – gwiazdka brązowa

W 1939 r. wstążkę zieloną z pięcioma czerwonymi paskami zmieniono na czerwoną z czterema paskami zielonymi. W armii francuskiej nie praktykowano odznaczania typu krzyżem związków taktycznych (krzyżem mogą być odznaczane oddziały).

Zrobił to wspomniany już gen. Daille, który wyróżnił w swoim rozkazie całą 2 DSP oraz jej poszczególne jednostki.

Z 2 kaniowskiego batalionu saperów indywidualnie Groix de Guerre z gwiazdką brązową zostali wyróżnieni:

  • mjr Teodor Rzewuski
  • st.sierż. Józef Kurylcio
  • sierż. Jan Gotfryd
  • plut. Marozalski
  • kpr. Emil Adamski
  • kpr. Kazimierz Spancerski
  • sap. Stefan Hejna

Z polskich odznaczeń Krzyż Walecznych otrzymali saperzy:

  •  por. Włodzimierz Siwinski
  •  por. Jan Szewczyk
  •  ppor. Apolinary Trębski
  •  kpr. Józef Zubek
  •  kpr. Władysław Markocki
  •  kpr. Witold Sokołowski
  •  st. sap. Marian Baran
  •  sap. Proszałowicz

Sztandar Batalionu

Sztandar BatalionuTak jak dziwne i złożone są losy ludzkie, tak dziwne i złożone są losy symboli, które ludziom w ich życiowej drodze towarzyszą. W 1918 roku w ogarniętej wojną i rewolucją Rosji trwała walka o zachowanie polskich formacji wojskowych. II Korpus Polski wykonywał marsz z Sorok pod Kaniów. Zabezpieczający to przemieszczenie jego 2 pułk inżynieryjny wykonał najtrudniejsze zadanie tej operacji, przeprawił cały Korpus przez rzekę Dniestr. Wyróżniający się wyszkoleniem i dyscyplina pułk zasługiwał na specjalne wyróżnienie. 26 marca 1918 roku wiceprezes Związku Wojskowych Polaków 4 Armii rosyjskiej por. Rząśniecki w obecności gen. Józefa Hallera wręczył pułkowi sztandar. 11 –go maja 1918 r. II Korpus stoczył z Niemcami słynny bój pod Kaniowem. W bitwie tej dowodzony przez kpt. inż. Artura Górskiego 2 pułk inżynieryjny odparł wdzierające się do miejscowości Stepańce oddziały niemieckie i obsadził prawe skrzydło stanowisk obronnych pod wsią Jamczycha. Niestety w godzinach popołudniowych gen. Haller przyjął propozycje warunków honorowej kapitulacji. Około godziny 16.00 walka na głównych kierunkach została przerwana. Nazajutrz dowódca pułku zebrał pułk na zbiórce i po oddaniu honorów nastąpiło oddzielenie sztandaru od drzewca. Płat sztandaru został podzielony na 960 kawałków, które rozdano na przechowanie żołnierzom pułku. Środek sztandaru z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej zabrał dowódca- mjr Górski. Orzeł i drzewce zostały spalone….

Po złożeniu broni pułk został internowany. Oficerowie trafili do obozu w Brześciu nad Bugiem, a szeregowi do Güstrow, gdzie przebywali do 15.11.1918 roku. Po zwolnieniu większość z nich wróciła do służby w Wojsku Polskim zasilając 2 a później 3, 9 i 13 b.sap.

W maju 1921 r. mjr Artur Górski przystąpił do formowania 2 pułku saperów. 8 listopada 1921 r. w kaplicy osobistej Naczelnego Wodza w warszawskich Łazienkach, w obecności dowództwa pułku, kompanii honorowej i prawie całego korpusu oficerskiego, Naczelnik Państwa marszałek Józef Piłsudski wręczył 2 pułkowi saperów jako pierwszemu wśród pułków saperskich nowy sztandar. Był to sztandar zupełnie nietypowy. Dowódca pułku nie zapomniał o owych 960 częściach spod Kaniowa, które prawie wszystkie udało mu się zebrać. Zostały one wszyte w środek nowego sztandaru. Na te okoliczność sporządzono na pergaminie odpowiedni akt, który zakuto w drzewcu. Dekretem Naczelnego Wodza nr 3528/21  Dz. Rozk. tajne ne 12 pkt. 115) pułk otrzymał miano – „2 pułku saperów kaniowskich”.

kan9W 1929 roku pułk został przeformowany na 2 bsap. by ponownie w sierpniu 1939 r. stać się baza dla nowo formowanego 2 pułku saperów. W obliczu klęski wrześniowej sztandar został przewieziony do Węgier, gdzie nastąpiło jego przekazanie ówczesnemu attache wojskowemu przy poselstwie RP w Budapeszcie ppłk Emisarskiemu. Oficerem, który dokonał tego wyczynu był Emil Tokarz. Uprzednio okucia i akta wręczenia sztandaru zostały przez niego ukryte w Tarnopolu. 30 marca 1940 r., właśnie na ten uratowany sztandar złożył przysięgę batalion saperów 2 Dywizji Strzelców Pieszych gen. Prugara – Ketlinga. Ponieważ sztandar 2 batalionu saperów był jedynym w 2 DSP dlatego był też przez pewien czas również znakiem bojowym całej dywizji. Przeszedł z batalionem chlubny szlak bojowy kampanii francuskiej aż do internowania w Szwajcarii. Po internowaniu sztandar został zdeponowany w Muzeum Polskim w Rapperwil. W 1953 r. powrócił do Polski. 7 maja 1957 roku został wyeksponowany w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

Andrzej SZUTOWICZ

Literatura:

  • Mieczysław Borchólski „Z saperami generała Maczka” wyd. MON 1990 r. str. 41,42,43
  • Józef Smolinski „2 Dywizja Strzelców Pieszych” (Francja – Szwajcaria) W-wa 1992 r. str. 72,75,227,238,243
  • Józef Smolinski „Wojsko Polskie we Francji” Wyd. „Egros” W-wa 1995 str 37-46
  • Adam Szugajew „Saperzy w służbie Polsce” Londyn 1985 r. str. 326,327,328.
  • Henryk Bagiński „Wojsko Polskie na Wschodzie 1914 –1920” Wyd. Gryf Wyd.II W-wa 1990 r. str. 373, 376
  • Kazimierz Santor „Opowieści wrześniowych sztandarów” Instytut PAX W –wa 1990 r. str. 348. 349
  • Jerzy Pająk „Saperzy II Rzeczypospolitej” Skrypt W-wa 1991 r. str. 28, 179-183.
K. Granzow, „Letzte Tage in Pommeren” Munchen 1985.

O pewnym czołgu

Studiując materiały dotyczące walk na Ziemi Choszczeńskiej w lutym 1945 roku natrafiłem w kilku publikacjach na zdjęcie przedstawiające czołg na tle choszczeńskiego kościoła.

Już krótkie spojrzenie pozwala stwierdzić, iż na zdjęciu znajduje się niemiecki ciężki czołg Pz.Kpfw. VI Tiger Ausf.B, uważany przez wielu wówczas, jak również przez wielu dzisiaj, za jeden z najskuteczniejszych czołgów tamtej wojny. Wyrazem tych opinii była nazwa, która przylgnęła do tego czołgu – Tygrys Królewski.

W jaki sposób ten czołg znalazł się w tym miejscu? Z jakiej jednostki pochodził? Kto był jego dowódcą? Jakie były jego dalsze losy? Te pytania nie dawały mi spokoju przez dłuższy czas.
Okazało się, że można w literaturze przedmiotu znaleźć odpowiedzi na wszystkie.

Tygrys Królewski

Był to ostatni z dużych niemieckich czołgów wprowadzonych do użytku w czasie trwania wojny. Jego produkcję rozpoczęto pod koniec 1943, a pierwszą walkę stoczył na terenie ZSRR w maju 1944. Ogółem do końca wojny wyprodukowano maksymalnie 487 maszyn / źródła podają liczby od 478 sztuk/. Tygrys Królewski był ulepszoną wersją czołgu Tygrys, przedni pancerz został pochylony – podobnie jak w Panterach i w rosyjskich T-34. Spośród wszystkich czołgów biorących udział w wojnie Tygrys Królewski miał najcięższy pancerz: przedni 150 mm, nachylony pod kątem 40 stopni; przód wieży – 180 mm; boki i tył 80 mm. Dzięki tak silnemu opancerzeniu przedniej części czołgu był on odporny na atak od czoła każdej alianckiej broni. Dwie główne wersje tego czołgu różniły się nieznacznie wyglądem wieży. Bardziej zaokrąglona z przodu, wcześniejsza, nieznacznie mniejsza z powodu cieńszego pancerza była wieża typu: popularna nazywana „Porsche”. Natomiast wersja cięższa, o grubszym pancerzu i trochę szersza nosiła popularną nazwę „Henschel”. Czołg na naszym zdjęciu należał niewątpliwie do tego drugiego typu Tygrysa Królewskiego i uzbrojony był w potężną jak na ówczesne czasy armatę kal.88 mm. Mimo swoich niewątpliwych zalet czołg ten miał również wady. Był konstrukcją bardzo zaawansowaną jak na ówczesne czasy a jednocześnie nie do końca dopracowaną. Mały zasięg operacyjny, ciężar, znaczne rozmiary, częste usterki oraz znikoma ilość, w porównaniu do tysięcy radzieckich T 34, IS 2, czy też amerykańskich Shermanów nie pozwoliło odegrać tym czołgom znaczącej roli w końcowej fazie wojny.

503 Batalion Czołgów Ciężkich Waffen SS

Analiza materiałów źródłowych nie pozostawia żadnych wątpliwości, iż czołg przedstawiony na zdjęciu należał do 503 Batalionu Czołgów Ciężkich Waffen SS /nie należy go mylić z 503 Batalionem Czołgów Ciężkich/.

Batalion ten, powstał ze 103 Batalionu Czołgów Ciężkich Waffen SS, który po utworzeniu w listopadzie 1943 roku walczył wyposażony w Tygrysy I na terenie Jugosławii a następnie od stycznia do września 1944 przebywał w Holandii. Jesienią 1944 roku sprowadzony został do Niemiec i przezbrojony w Tygrysy Królewskie. Prawie w pełnym ukompletowaniu /39 na 45 czołgów/, 25 stycznia 1945 roku, batalion transportem kolejowym udał się na front wschodni, na którym od dziesięciu dni Rosjanie z powodzeniem rozwijali swoją ofensywę. W trakcie transportu batalion rozdzielono na dwie grupy. Pierwsza z nich w składzie 12 czołgów została skierowana w rejon Choszczna, druga zaś w rejon linii obrony Kostrzyń – Gorzów. Interesująca nas grupa 12 Tygrysów Królewskich 28 stycznia wyładowała się na dworcu kolejowym w Reczu z zadaniem wsparcia rubieży obrony Kalisz – Drawno. 31 stycznia w walkach pod Radęcinem Niemcy stracili jednego Tygrysa. Z 3 na 4 lutego w nocy, jako pierwsza do Choszczna trafiła grupa 4 Tygrysów z Drawna, które tam były naprawiane po walkach o Radęcin. Od rana, czołgi te, powstrzymywały na wysokości Koplina natarcie Rosjan z kierunku Zamęcin – Gleźno. Po przybyciu pozostałych 7 czołgów pod dowództwem samego dowódcy 503. Schwere SS-Panzer Abteilung, SS-Sturmbannführera Herziga, w drugim uderzeniu udało się zatrzymać Rosjan na tej linii. Jeden z czołgów jednak, w wyniku ostrzału dział przeciwpancernych, został uszkodzony /układ przeniesienia napędu/ i na holu przyciągnięto go pod kościół w Choszcznie.

I to najprawdopodobniej ten czołg, dowodzony przez SS-Untersturmführera Karla Brommana znajduje się na naszym zdjęciu.

6 lutego miasto zostało ostatecznie okrążone. W pętli znalazło się 11 Tygrysów Królewskich. Dzięki operacji „Sonnenwende”, która wymaga oddzielnego opracowania, 8 Tygrysów wyprowadziło kolumnę cywilnej ludności i część walczących oddziałów z okrążonego miasta w nocy z 17 na 18 lutego. Trzy brakujące Tygrysy zostały zniszczone w trakcie walk 9 lutego w okolicy Suliborka. Jednak niestety, mimo, iż ledwo zdolny do jazdy również czołg dowodzony przez Karla Brommana był tym, który opuścił okrążone miasto.

SS-Untersturmführer Karl Bromman

Karl BrommanPo walkach na terenie Ziemi Choszczeńskiej Karl Bromman wraz ze swoim czołgiem walczył do 27 marca na terenie Trójmiasta. To w trakcie tych walk Bromman zniszczył 65 czołgów i pojazdów opancerzonych i to niestety głównie należących do polskiej I Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte, która w trakcie tych walk straciła 69 z 73 czołgów. Za swoje wyczyny Bromman został odznaczony 29.04.1945 Krzyżem Rycerskim, którego, jak wspomina /w 1999 roku/, nigdy nie otrzymał, gdyż przebywał wtedy w szpitalu polowym. W trakcie walk o Gdynię i Sopot stracił oko.

Jego osiągnięcia bojowe, 66 zniszczonych czołgów i dział pancernych, niestety głównie kosztem polskich pancerniaków, postawiły Brommana na 20 – 22 miejscu na liście najskuteczniejszych niemieckich dowódców czołgów w II Wojnie Światowej. Po wojnie, do emerytury pracował jako technik dentystyczny w Kilonii.

Sławomir Giziński

M. Bryja, J. Ledwoch, Jednostki Waffen SS 1939-1945, Warszawa 1996 r.,
K. Granzow, Letzte Tage in Pommeren, Munchen 1985.
F. Morke, Der Kampf um der Kreis Arnswalde im Jahre 1945, Getynga 1973.
G. Gramlow, H. Voigt, Als Arnswalde brannte, Berlin 1968.

Na wrześniowiej wojnie w 3 batalionie saperów wileńskich

Wprowadzenie*** 

20, 21 września 1939 r. doszło pod Kamionką Strumiłową (w II RP; woj. Tarnopol, 6,5 tyś mieszkańców) do zapomnianej dziś bitwy. Było to 3 dni po wejściu Armii Czerwonej na teren polskich Kresów Wschodnich. Siły radzieckie podchodziły już pod Kamionkę. Znajdujący się w tym rejonie polska Grupa Operacyjna Dubno (d-ca płk Stefan Hanka – Kulesza) zamierzała przejść w kierunku granicy rumuńskiej. Ponieważ uznano, że Polska nie jest w stanie wojny z ZSRR postanowiono uderzyć na blokujące Polaków siły niemieckie (44 niem. DP, inne źródła podają 4 Dyw. Lekka). Wola przebicia się była ogromna. Jednak pierwsze uderzenie nie powiodło się, ponowiono natarcie,które tym razem było skuteczne. Linie niemieckie zostały rozerwane, droga na południe otwarta. W zasadzie typowy dla Kampanii Wrześniowej przypadek, który może dlatego trudny jest do uchwycenia. Tymczasem wydaje się, że w bój pod Kamionką Strumiłową znacznie zaangażowani byli saperzy, co oznaczać może konieczność wprowadzenia pewnych korekt w dzieje tej bitwy. Na pewno pod Kamionką znalazł się batalion radiotechniczny, który gdzieś po drodze wszedł w skład improwizowanego Oddziału Zmotoryzowanego. Drugim pododdziałem saperów był 3 batalion saperów wileńskich lub jego kompanie. Jednak o tym fakcie źródła milczą. Tak się złożyło, że o udziale batalionu w bitwie napisał w swoich wspomnieniach były mieszkaniec Stargardu Szcz. śp Andrzej Kiewlicz. Przytoczone epizody oraz osoba autora bezspornie potwierdzają autentyczność relacji. Andrzej Kiewlicz był miłośnikiem polskich kresów z których pochodził. Współzałożycielem koła Towarzystwa Miłośników Grodna i Wilna w Stargardzie Szcz. Nestorem turystyki polskiej, na stałe związanym z kołem PTTK węzła PKP Stargard Szcz. Lubił poezję, nie tylko wspaniale recytował ale także pisał wiersze. Był głęboko wierzącym i temu także dał świadectwo w wspomnianych wspomnieniach. Co najważniejsze, czuł się przede wszystkim saperem. Niestety nieszczęśliwym saperem. Mimo, że brał udział jako saper w kampanii 1939 roku, forsował Nysę Łużycką w 1945 r. nie został dostrzeżony przez jednostki saperskie do których wytrwale, wielokrotnie, osobiście i listownie zwracał się z prośba o kontakt. Bez rezultatu. Nie był zapraszany na spotkania, akademie, rozprowadzenia. Niniejsze wspomnienie, które spisał i przekazał w 1996 r. „młodym saperom” omal nie wylądowało w koszu. Wyciągnięto je z pliku papierów przeznaczonych do zniszczenia w jednostce saperskiej odznaczonej za forsowanie Odry Orderem Virtuti Militari. Co świadczy, że do niej też swego czasu „zapukał”.

Wspomnienia kpr. Andrzeja Kiewlicza z wojny 1939 r.

Pierwsze dni wojny 1939 r. w Wilnie

Alarm poderwał wszystkich na nogi. Śpieszę się, pakuję do plecaka wszystko co żołnierz ma i dopinając guziki z kolegami biegnę na plac koszarowy, ustawiamy się dwójkami – na zbiórce.

W trzecim batalionie saperów wileńskich wstawał jasny, pogodny dzień 1-go września 1939 roku. Na placu z całym „naczalstwem” czekał dowódca naszej kompanii kpt. Wacław Głowacki. Padły krótkie komendy: „BACZNOŚĆ, KOLEJNO ODLICZ” i wsłuchaliśmy się w słowa dowódcy: „Żołnierze dziś o godz. 4.45 rozpoczęła się wojna! Niemcy napadli na Polskę„. Wielu mechanicznie spojrzało na zegarki, dochodziła 5.30.Od tej pory czas biegł szybko.

Jako kapral d-ca drużyny kompanii szkolnej zostałem włączony w tok przyjmowania i mundurowania napływającej rezerwy. W trakcie tych czynności zostałem wezwany do dowódcy batalionu ppłk. Wacława Damrosz, który oświadczył iż wie, że jestem ze wsi i znam się na koniach dlatego kieruje mnie z paroma saperami do miasteczka po zakup niezbędnych koni do taboru. Otrzymałem kilka tysięcy złotych i po niemałych kłopotach kupując 16 koni rozkaz wykonałem.

Mimo wielkiego chaosu cała akcja przyjęcia żołnierzy przebiegła dość sprawnie. Z dniem 15 września mieliśmy odchodzić do cywila, a tu okazało się, że nie wiadomo kiedy to nastąpi. Oficjalnie przedłużono nam służbę wojskową do niewiadomego okresu.. Nastrój panował dobry bo myśleliśmy, że wojna długo nie potrwa.

W eszelonie

Po załadunku batalionu na pociąg (trzy kompanie), 7 września wieczorem wyjechaliśmy z Wilna. Pierwszym docelowym punktem miał być Brześć. Ponieważ odkryły nas samoloty niemieckie i istniała obawa nalotów bombowych, na noc zatrzymaliśmy się w lesie gdzieś w okolicach Czeremchy. Do ataku samolotów nie doszło. Na drugi dzień około południa, gdy zbliżaliśmy się do Brześcia, nadleciało ich kilka. Rzucali bomby i ostrzeliwali nas z karabinów maszynowych. Wszyscy żołnierze opuszczali wagony i kładli się na nasypach torowisk.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem charakterystyczny gwizd spadających bomb i huk ich wybuchów. Większość z nas położyła się na plecach i obserwowała krążące samoloty. Widać było jak bomby błyszcząc w promieniach słońca z gwizdem spadały w naszym kierunku i wtedy przewracaliśmy się brzuchem do ziemi. Z trwogą oczekiwaliśmy na ich detonacje. Na szczęście spadały niecelne i nie wyrządzały nam szkód. Rannych zostało jednak paru żołnierzy i to tych którzy odbiegli dalej od torów. Na przedmieściu Brześcia staliśmy cały dzień i mieliśmy możliwość wejścia do zbombardowanego miasta. Tego rodzaju obrazy zobaczyliśmy po raz pierwszy. Zwalone i palące się domy przedstawiały straszny widok. Zapamiętałem jeden niesamowity. Na podwórku między domami przygotowano prowizoryczny schron. Niestety trafiła w niego bomba. Porozrywana konstrukcja zmieszała się z ciałami ludzi, a na dachu przybudówki rzucone było rozszarpane dziecko. Widok ten dał nam obraz rzeczywistości wojny. Tam też zobaczyłem i inny obrazek: na wewnętrznej stronie stojącej jeszcze ścianie zbombardowanego domu, wisiał cały dość dużych rozmiarów obraz J. Piłsudskiego. Patrzył na nas swym posępnym wzrokiem.

Naloty w Dubnie

Pojechaliśmy dalej na południe, pod Lwów do Dubna W Dubnie rozładowaliśmy się. Byliśmy tu parę dni, zapoznając się z budową i walorami twierdzy, z której w zasadzie nie korzystaliśmy. Obozowaliśmy przy niej w parku. Tam ponownie przeżyliśmy bombardowania i ostrzał z samolotów. Straty były minimalne tj kilku rannych. W czasie jednego nalotu rozerwała się obok bomba opryskując nas ziemią i ogłuszając hukiem. Wtedy to spotkałem się z paniczną reakcją niektórych żołnierzy. Jeden saper z mej drużyny nie wytrzymał nerwowo, gdy wszyscy padali na ziemię kryjąc się nawet pod zwykłym krzakiem, on nie mógł tego wytrzymać, wstawał i biegł wystawiając się na cel. Paru żołnierzy siłą musiało go trzymać, przygniatając do ziemi.

Kierunek – Kamionka Strumiłowa

Po opuszczeniu Dubna kierowaliśmy się na wschód, gdzie miała być formowana obrona przed Niemcami lub ewakuacja tzw. szosą zaleszczycką do Rumunii. Nie byliśmy już sprzętowo klasyczną jednostką saperską, wszystko zostało w Dubnie, teraz jako piechota szliśmy szosami odpoczywając po wsiach. Dostaliśmy większy przydział amunicji do karabinów i po parę granatów. Pewnej nocy, gdy zmęczeni marszem szliśmy szosą przez las, trawiaste boczne nasypy jakby ożyły rumieniąc się ognikami. Były to robaczki świętojańskie. Utworzyły nam ten widok w momencie gdy idąc w marszu zasypialiśmy.

Świt zastał nas gdy wychodziliśmy z lasu. Podchodziliśmy Bugu, nad nim most, dalej było widać zabudowania, była to Kamionka – Strumiłowa. 

Wychodzących z lasu witał i jakby jednocześnie nas żegnał stojący obok swego sztabu dowódca pułku szwoleżerów płk. Stefan Hanka – Kulesza (w tym czasie dowódca Grupy Dubno przyp. A. Sz.). Na czele kompanii jechał konno kapitan rezerwy, który był już nam znany jako nic nie mający w sobie żołnierza. Siedział na koniu jak męczennik z odparzonymi pośladkami i chyba drzemał. Po przejściu przez most, nie zmieniając szyku doszliśmy do pojedynczych domków przedmieścia Kamionki. Na prawo od szosy było pole z kartoflami, dalej był lasek. Na obrzeżach tego lasku ukazały się samochody ciężarowe. Nie rozpoznano ich z powodu odległości. W pewnym momencie widać było przy nich ruch, ale nikt na to nie reagował. 

Bój

W jednej chwili usłyszeliśmy strzały z karabinu maszynowego i gwizd kul. Kompania zwaliła się do przydrożnych rowów, nie rozpoczynając obrony. Kule karabinów maszynowych wzbiły pył, nie dając się podnieść. Po pierwszym ochłonięciu udało się nam przejść na lewą stronę szosy, która nieco wyższa dawała pewne schronienie. Teraz widzieliśmy, że był to oddział niemiecki. Nasza bierność ośmieliła Niemców, którzy w szybkim tempie ruszyli do ataku. Sytuacja stawała się groźna. W końcu odezwały się polskie karabiny, zmusiły Niemców do położenia się na ziemi. Ja ze swoją drużyną znalazłem się za budynkiem stojącym najbliżej szosy.

Obok węgła drewnianego budynku leżała kupka siana, za którą ułożyłem się zrobiłem podpórkę i zacząłem ostrzeliwać Niemców. Zauważyłem, że pojedynczo przebiegają między dwoma kępkami drzew. Odczekiwałem moment, gdy Niemiec wyskakiwał, brałem go na muszkę i… strzał. Według mojej oceny każdy był celny. Tak powtarzałem najmniej kilka razy. W pewnej chwili obok mnie z prawej strony, zaryła się kula karabinu maszynowego, dotknąłem ją – była gorąca. Jednocześnie jakby mechanicznie przekręciłem się w lewo za węgieł budynku. 

W tym samym momencie od kul niemieckich moja kupka siana poruszyła się i rozprysła. Wtedy uświadomiłem sobie, że ta pierwsza kula była przymiarką do mego strzeleckiego stanowiska. Po odkryciu go został zlikwidowany przez ich obserwatora, ale mnie już tam nie było. Na czole wystąpiły mi kropelki potu, który otarłem z westchnieniem do Boga i Matki Boskiej Ostrobramskiej, której ryngraf (był na piersiach) dostałem od stryja w Wilnie tuż przed opuszczeniem miasta.

W tym czasie zaszły na naszą korzyść nieoczekiwane okoliczności. Otóż z tyłu za nami skryta obrzeżem lasu odezwała się polska artyleria. Strzały były celne, w kolumnie samochodów niemieckich widać było wyraźne zamieszanie. Całkowity chaos nastąpił w chwili gdy pocisk artyleryjski trafił w ich samochód amunicyjny. Olbrzymi huk i rozpryski zgromadzonych tam samochodów świadczyły o celności ognia. To pozwoliło naszej kompanii ochłonąć, padły komendy „bagnet na broń i naprzód do ataku”. Przechodziliśmy szosę i z ogromnym hurra ruszyliśmy do przodu padając od czasu w bruzdy kartofliska (gdyż trwał ostrzał od strony niemieckiej). Ich żołnierze, którzy wyrwali się do przodu, zaczęli uciekać wystawiając się na cel naszym karabinom. Tu wyszedł, nasz niedostatek np. w mojej drużynie miało bagnety tylko 3- ech, 4-ech żołnierzy. Gdy dobiegliśmy do pierwszych zabitych lub rannych Niemców, pierwszym moim odruchem było zdjęcie bagnetów i uzupełniałem nimi mych żołnierzy. W pewnej chwili zauważyłem w przysiadzie Niemca, który miał broń krótką złożoną na ziemi, a w prawej ręce trzymał chusteczkę powtarzając „ich bin oficer, ich bin oficer”. Biegnący obok z lewej strony saper z mojej drużyny wziął go na cel, podbiłem lewą ręką jego karabin i strzał padł w górę. Nakazałem dwóm żołnierzom odprowadzić go na tyły. Strzelałem do każdego Niemca w walce, do poddającego się nie mogłem strzelać tym bardziej, że wiedziałem iż był to oficer. Później widziałem go rozmawiającego z naszym dowództwem. Uciekających przed nami Niemców spotkała inna jednostka także saperska, która przeprawiła się przez Bug. Walka zakończyła się naszym zwycięstwem, gdyż reszta Niemców poddała się i została rozbrojona, do niewoli wzięliśmy 76 –ciu.

Zapamiętane epizody

Oprócz tego parę epizodów utkwiło mi mocno w pamięci.

Z chwilą gdy ruszyliśmy do ataku, z prawej strony obok mnie biegło dwóch młodych podporuczników, jeden z nich został trafiony w oko. Padając, spojrzał jednoocznym niesamowitym wzrokiem. Drugi krzycząc „Romek, Romek!!”. zatrzymał się chwilę przy nim. Zaraz potem szybko z karabinem w ręku dogonił mnie, „kapralu, nie macie trochę amunicji?” – błagalnie zapytał. Ponieważ zawsze starałem się mieć zapas, podałem mu dwa zestawy po 5 sztuk.

Drugi epizod, nastąpił przy kończącej się już bitwie. Zobaczyliśmy pod dużym drzewem leżącego żołnierza niemieckiego. Widać było, że był poważnie ranny, popatrzył na nas i odezwał się po polsku „Bracia, rodacy ja też jestem Polakiem ze Śląska”- zaraz umarł. Staliśmy chwilę oszołomieni – to było straszne. Zapoczątkowana przez naszą jednostkę bitwa o Kamionkę – Strumiłową z pomocą innych polskich jednostek została wygrana, zajęto miasto. Nocleg ze swoją drużyną mieliśmy pod stogiem siana, na przedmieściu.

Po bitwie

Pomimo wielkiego zmęczenia, nim zasnąłem odmówiłem jeszcze część różańca. Z mojej drużyny nikt nie zginął ani nie był ranny. Kolega ze szkoły podoficerskiej kpr. Wojtecki dostał sześć kul w żołądek, zabrany został do szpitala ale o jego losie już nic nie wiedziałem, wątpliwe czy przeżył. Była to nasza pierwsza prawdziwa bitwa i niestety ostatnia. Dalej losy potoczyły się już szybko. Marsze i postoje w lesie, gdzie całą noc przetrwaliśmy pod nękającym ogniem artylerii niemieckiej. Przy dość ładnej pogodzie i wielkiego skomasowania wojska polskiego w Rawie Ruskiej, nadszedł rozkaz zakończenia działań. Zgodnie z umową Mołotow – Rubentrop Rawa – Ruska miała przynależność do Związku Radzieckiego. Niemcy, którzy wcześniej weszli, musieli się wycofać wraz z rozbrojonymi jeńcami z jednostek polskich. Olbrzymi chaos, Niemcy obstawili wszystkie drogi i całą swą potęgę kierowali szosą na Jarosław, gdzie wg. ich zapewnień miała być segregacja i wydania odpowiednich zaświadczeń oraz rozpuszczana do domów. Ten dzień zapamiętałem na zawsze – był to 25 wrzesień 1939 rok. 

Na własna rękę

We trójkę tj. ja i koledzy kaprale już nie istniejącego 3 -go batalionu saperów wileńskich Żuk Jan z Wilna i Rodowicz Zygmunt z Łap postanowiliśmy nie iść w kierunku wyznaczonym przez Niemców. Przeskoczyliśmy przez płot do ogrodu obsadzonego kukurydzą i krzakami porzeczek, położyliśmy się pod ich gałęziami postanawiając czekać aż się ściemni. Do wieczora było jeszcze dość daleko. Po pewnym czasie wszedł jakiś pan, który okazał się prywatnie właścicielem ogrodu a służbowo nauczycielem w szkole. Był na tyle dobry, że dostarczył nam picie, trochę żywności i przyniósł mapę wg. której wyznaczyliśmy dalszą drogę. Wyszło. 250 km. (do Brześcia), skalkulowaliśmy; 5 dni po 50 km na dobę. Gdy się ściemniło, a na ulicach już był spokój, nauczyciel wyprowadził nas pod górkę w stronę lasu, pokazał nam drogę i tam rozstaliśmy się. Wyszliśmy na szosę zupełnie pustą i maszerowaliśmy po żołniersku. Na sobie mieliśmy umundurowanie z tym, że pasami głównymi opasaliśmy mundury pod płaszczami, do tego mały plecak i zrolowane na ramieniu koce, w tych nieznanych nam okolicach liczyliśmy się z zimnem. 

Gdzieś około godziny 24.00 usłyszeliśmy warkot czołgów. Przed nami wyjechał łazik patrolowy. Zatrzymaliśmy się – Gdzie idziemy? „Domoj” odpowiedziałem znając język rosyjski. Kapitan był wielce roztropny „No tak – tak, wsio haraszo”.

A my poszliśmy dalej. Jak liczyliśmy do Brześcia doszliśmy po pięciu dniach, tu Ruscy nas na dobre zatrzymali i wszystkich, którzy dążyli do domu wsadzili do wagonów towarowych. W nocy zaryglowano je, pociąg ruszył i skierował się na wschód w niewiadome – do domu wracałem zupełnie inną trasą i to nieprędko.

Andrzej Kiewlicz
saper 3 bat. sap. Wileńskich,
późniejszy saper 2 AWP.
Uczestnik forsowania Nysy Łużyckiej

Wprowadzenie*** 
Andrzej Szutowicz

Sawczynski - karykatura

Kuzyn Marszałka. Komendant. Olimpijczyk. Porucznik piechoty. „Nowe” postacie z Oflagu II B Arnswalde.

1. Kuzyn Marszałka

1.1. Józef Hipolit Zajkowski (urodzony w 1898 roku w Sawejkach, zmarł 10 marca 1945 r.). Prawnik, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Oficer rezerwy WP. Kapitan. Do 1939 roku kierownik Zakładu Prawa Cywilnego USB. Zmobilizowany w 1939 r. Brał udział w kampanii wrześniowej. Po klęsce w niemieckiej niewoli. W latach 1939-45 jeniec wojenny w Oflagach II B Arnswalde i II D Gross Born. Zmarł w nieznanych okolicznościach w czasie ewakuacji obozu wiosną 1945 r.. Bliski kuzyn marsz Józefa Piłsudskiego. Matki ich tj Maria z Billewiczów Piłsudska i Stanisława z Billewiczów Zajkowska były rodzonymi siostrami. Żona Aleksandra Zajkowska była asystentką na Wydziale Filozofii USB. Mieli córkę Marię.

Źródła:

2.Komendant Szkoły Podchorążych Artylerii

Sawczynski22.1. Sawczyński Adam Tymoteusz (ur. 22 VIII 1892 r. we Lwowie – zm.21 III 1975 r. w Londynie). Pułkownik artylerii Wojska Polskiego (1936) Ojciec Henryk (1861 – 1923) był znanym lwowskim historykiem. Adam Tymoteusz po ukończeniu gimnazjum we Lwowie został powołany do służby wojskowej w armii austriackiej, gdzie ukończył szkołę oficerską artylerii. W I wojnie światowej 1914-1918. walczył na froncie rosyjskim i włoskim. Porucznik. Od XI 1918 w WP. W wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 dowodził baterią potem dywizjonem 12 pap. Za wykazane męstwo odznaczony został VM kl. V. Awansowany na kapitana artylerii po wojnie zweryfikowany do stopnia majora ze starszeństwem od 1 VI 1919. Nadal służył na stanowisku d-cy 1-go dywizjonu 12 pap w Tarnopolu. Po 1926 został przeniesiony do Centrum Wyszkolenia Artylerii na stanowisko wykładowcy. 1 I 1928. został podpułkownikiem. W latach 1928-1929 był d-cą baterii szkolnej, potem d-cą dywizjonu szkolnego w Szkole Podchorążych Artylerii w Toruniu (1929-1931). W 1931 został dowódcą 2 dak w Dubnie, a w latach 1934-1935 był wykładowcą taktyki artylerii w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. Następnie od 1 VIII 1935 do 16 VI 1936 dowodził 18 pal w Ostrowi Maz. 1 I 1936 r. pułkownik. Z dniem 23 VI 1936 mianowano go komendantem Szkoły Podchorążych Artylerii w Toruniu. W wojnie obronnej 1939 był d-cą artylerii dywizyjnej 41 DP Rez. Walczył nad Narwią i Bugiem oraz na Lubelszczyźnie. Po kapitulacji dostał się do niewoli niemieckiej. Przebywał w oflagach II B Arnswalde i w II C w Woldenbergu, gdzie był starszym III batalionu jenieckiego. 

W Oflagu II B w Choszcznie położył duże zasługi w rozwój działalności kulturalnej wśród jeńców. Jego pobyt w Oflagu zauważyli również Niemcy. Twórca „Teatru Symbolów” ppor. Witold Korzeniowski zapamiętał taką scenę związaną z Pułkownikiem; „Pułkownikowi Adamowi Sawczyńskiemu z okazji święta artylerii niemieccy artylerzyści (obok obozu były koszary niem. dywizjonu art.) przysłali owoce, biszkopty i dwie butelki wina. Ordynans doręczył również list, w którym pozdrawiali oni pułkownika – artylerzystę. Załączając skromny upominek, pragnęli w ten sposób podkreślić istniejące braterstwo broni.

Pułkownik Sawczyński na odwrocie tego listu – innego papieru nie miał – podziękował za list, zaznaczając jednocześnie, że daru w istniejącej sytuacji przyjąć nie może. Wtedy zjawili się reprezentanci artylerzystów z zamiarem przekonania pułkownika, że Niemcy nie prowadzą już wojny z Polską, że załatwienie konfliktu należy teraz do polityków i dyplomatów. Nie widzą więc powodu, by odmawiał uczczenia wspólnego święta artylerzystów, zwłaszcza on, jak im wiadomo, wybitny artylerzysta. Pułkownik grzecznie, ale stanowczo wyjaśnił, że wojna nie jest skończona, że Niemcy w chwili obecnej są wrogami Polski i Polaków, że docenia intencje artylerzystów, ale na tym i na jego wdzięczności sprawa się kończy. Niemcy nie spodziewali się takiej reakcji, byli speszeni, trzasnęli obcasami i wycofali się”. Ponieważ w Oflagu brakowało jedzenia a jeńcy chodzili wiecznie głodni czyn płk Kawczyńskiego urósł do rangi bohaterstwa.

W niewoli należał do grona najbardziej czynnych wykładowców i animatorów życia naukowego. Prowadził i inspirował badania nad dziejami kampanii wrześniowej 1939. Po ewakuacji jeńców 25 I 1945 Oflagu II C znalazł się na terenie Niemiec. Po oswobodzeniu pozostał na Zachodzie. Osiadł w Londynie.Pracował w Instytucie im. gen. W. Sikorskiego. Był wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Historycznego, redaktorem wydawnictwa Polskie Siły Zbrojne w II wojnie światowej, t. 1, Kampania wrześniowa 1939. W latach przedwojennych cieszył się opinią doskonałego oficera z racji swej znajomości rzemiosła artyleryjskiego. Choć nie był oficerem dypl. był wykładowcą w WSWoj. Był też znakomitym wychowawcą młodzieży szczególnie w okresie kierowania Szkołą Podchorążych Artylerii w Toruniu. Zmarł w wyniku obrażeń poniesionych w wypadku drogowym. Jego prochy sprowadzono do Polski i złożono na cmentarzu Salwadorskim w Krakowie. Odznaczony Krzyżem orderu Virtuti Militari kl. IV i kl. V, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia polski, Krzyżem Walecznych, Złotym Krzyżem Zasługi.

Źródła:

  • Roczniki oficerskie 1924,1928,1932; R. Rybka – K. Stepan. Rocznik oficerski 1939. Kraków 2006; J. Łukasiak. Szkoła Podchorążych Artylerii w Toruniu 1923-1939. Pruszków 2000; J. Kuropieska. J. Wspomnienia oficera sztabu 1934-1939.Kraków 1984; Zb. Moszumański. Centra Wyszkolenia Obrony Przeciwlotniczej /1921-1939/. Pruszków 2003; J. Żuralski. 18 Pułk Artylerii Lekkiej. Pruszków 1994; J. Olesik. Oflag II C Woldenberg. W-wa 1988; H. Tomiczek – M. S. Zarudzki. Jeniecka konspiracja wojskowa w oflagu II C Woldenberg. Poznań 1989.
  • (inf. Tadeusz Łaszczewski)
  • http://www.stankiewicz.e.pl/index.php?kat=31


3. Olimpijczyk

3.1. Szempliński Kazimierz Włodzimierz (ur. 07 I 1899 r. – zm.31 III 1971 r.) mjr Wojska Polskiego, reprezentacyjny szpadzista warszawskiej Legii, olimpijczyk z Berlina (1936). W Wojsku Polskim od listopada 1919. Ukończył kurs szkoły podchorążych piechoty. W w wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 w 21 pułku piechoty „Dzieci Warszawy”. Po wojnie zweryfikowany w stopniu por. z starszeństwem od 1 VI 1919. Nadal służył w 21 pp w Warszawie. Awans na stopnia otrzymał 1 I 1928. Około 1929 roku został przeniesiony do 30 pp „Strzelców Kaniowskich” w warszawskiej Cytadeli, do 1935 był d-cą 1 kompanii w 1 batalionie, potem komendantem obwodowym Przysposobienia Wojskowego przy 30 pp. W okresie międzywojennym był znanym szermierzem. Uczestniczył w turniejach w Belgii i Francji. W 1930 zdobył na turnieju w Legie w Belgii brązowy medal w turnieju drużynowym. Olimpijczyk, był członkiem drużyny szermierczej na olimpiadzie w Berlinie w 1936. W mistrzostwach Europy w szermierce w Paryżu w 1937 zajął 4 miejsce. 

W wojnie 1939 był adiutantem d-cy 30 pp 10 DP Armia Łódź. Walczył na szlaku bojowym 30 pp. 14 IX 1939 z grupą żołnierzy i oficerów przebił się do Warszawy. Brał udział w obronie Warszawy. Po kapitulacji stolicy od 30 IX 1939 w niemieckiej niewoli. Jeniec Oflagu II B Arnswalde, potem od IX 1940 Oflagu II C Woldenberg, gdzie był aktywnym organizatorem życia sportowego. Po uwolnieniu z niewoli wrócił do kraju. Mieszkał w Warszawie. Był działaczem sportowym. Zmarł w Warszawie.

Odznaczony: Krzyżem Walecznych, Srebrnym Krzyżem Zasługi, Medalem Niepodległości 

Źródła:

4. Porucznik piechoty

4.1. Albiński Tadeusz Julian (ur. 13 II 1910 r. – zmarł 5.02.1989 r. w Warszawie). Porucznik Wojska Polskiego. W 1930 r. ukończył szkołę średnią. Następnie od X 1930 r. do VIII 1931r. w Szkole Podchorążych Piechoty w Różanie a od X 1931r. do VIII 1933 r. w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Maz. – Komorowie. Promowany na stopień podporucznoka 15 VIII 1933 r. z przydziałem do 22 pp w Siedlcach na stanowisko d-cy plutonu. W 1936 r. przeniesiony został do 30 pp w Warszawie, gdzie pełnił funkcję d-cy plutonu w 6 kompanii 2 baonu. 19 III 1939 awansowany do stopnia porucznika. W wojnie obronnej 1939 r. początkowo d-ca plutonu, potem d-ca 201 kompanii 4 baonu 30 pp. Walczył w obronie Warszawy. Po kapitulacji w niewoli niemieckiej. Przebywał w Oflagach XIA Osterode, IIA Prenzlau, IIB Arnswalde, IID Gross Born. Haliną z Fijałkowskich, mieli trzech synów: Andrzeja (ur. 1934), Tadeusza (ur. 1935) i Romana (ur. 1940r.). Pochowany na cmentarzu Wawrzyszewskim. Za męstwo wykazane w kampanii wrześniowej odznaczony Krzyżem Walecznych.

Źródła:

Zebrał: Andrzej Szutowicz

Olimpiada '40 Arnswalde

Olimpiada ’40. Czy była w Choszcznie?

1. Ruch sportowy w Oflagu II B 

W 1941 r. sport w Oflagu II B stał już na wysokim poziomie. Kluby sportowe liczyły blisko 700 członków. Ponadto 300 oficerów uprawiało sport indywidualnie poza klubami. Istniała poradnia sportowo – lekarska, którą prowadził były lekarz AWF a także lekarz polskich ekip olimpijskich mjr dr Roman Kazimierz Rettinger. Lekarze poradni, doktorzy: Gosiewski, Jezierski, Luetz, Narbutt mieli zawsze pełne ręce roboty.

Początkowo nie było z obozowym sportem tak optymistycznie. Aby osiągnąć odpowiednie wskaźniki masowości potrzebny był mały wstrząs przełożonego. Zrobił to płk Wojciech Tyczyński. Uprzednio jednak Oflag zorganizował w 1940 r. dużą imprezę sportową, która ze względu na rozmach do dnia dzisiejszego prowokuje pytanie: Czy w roku olimpijskim 1940 odbyła się w Choszcznie obozowa olimpiada.? Są osoby które twierdzą, że tak. Niestety jak na razie brak jest jednoznacznego potwierdzenia tego faktu.

1.2. Działalność ppor. Weissa

Głównym propagatorem sportu był dwukrotny olimpijczyk dziennikarz sportowy ppor. Zygmunt Weiss. Za jego sprawą ukazywał się w Choszcznie „Przegląd Sportowy”, który przez to zachował ciągłość wydawniczą i w skali kraju okazał się gazetą ukazującą się bez wojennej przerwy. To Weiss swoimi artykułami spowodował istną reformę sportu masowego Oflagu. W legendarnej gazecie obozowej „ Za drutami” (nr 3) napisał:

„Dwustu uprawia sport w obozie, dwa tysiące czeka wiosny ” m.in.: „Przeciętna uczestników w poszczególnych ćwiczeniach fizycznych w styczniu 1941 r.: boks – 24 osoby, gimnastyka – 40, siatkówka – 150, razem – 214. Z liczby tej przynajmniej kilkunastu brało udział jednocześnie w boksie, gimnastyce lub siatkówce, a więc interesowało się ćwiczeniami fizycznymi ledwie 200 oficerów, tzn. co 10-ty mieszkaniec obozu w Choszcznie”.

W numerze 4-tym „Za drutami” Weiss donosił: „Z chwilą objęcia funkcji starszego obozu w Choszcznie przez płk. Tyczyńskiego dokonano reorganizacji wf. Wychowanie fizyczne- powiedział pułkownik – będzie miało odtąd charakter służbowy, a za stan wf. odpowiedzialni będą komendanci bloków”…

1.3. Rozwój sportu w Oflagu

Koordynatorem zajęć sportowych w obozie został b. kierownik wychowania fizycznego i Przysposobienia Wojskowego w Łodzi, znany pięcioboista i szermierz kpt. Stanisław Kuźnicki. Był on inicjatorem przedsięwzięcia polegającego na przeprowadzeniu prób sprawności fizycznej pod hasłem „Sprawdźcie swój fizyczny stan po półtora roku niewoli”. Impreza ta zyskała nawet sporą popularność.

Działał w Choszcznie również reprezentant Polski na olimpiadzie w Amsterdamie ppor. Henryk Niezabitowski (wioślarz). Dzięki hali sportowej i dużemu placowi apelowemu były tu dogodne warunki do uprawiania różnych dyscyplin. Oprócz gier zespołowych uprawiano zapasy, lekkoatletykę, boks, grano w tenisa. W okresie pobytu Francuzów w 1940 r. rozgrywano nawet mecze międzypaństwowe w piłkę nożną jeden zakończył się zwycięstwem Polaków 9 : 1. Na terenie Oflagu funkcjonowały kluby sportowe: „Warta”, „Wisła”, „Pogoń”, ŁKS. Prowadzono rozgrywki ligowe, funkcjonował totalizator piłkarski (płacono papierosami rekord wygrania wynosi 5000 papierosów co w warunkach obozowych było bogactwem). Z klubem „Wisła” wiąże się pewne humorystyczne zdarzenie, otóż niemiecka komenda obozu „wsparła list jeńców do krakowskiej firmy „Iskra Karmański” z prośbą o przysłanie barwników (chodziło o farbę do odróżnienia koszulek różnych klubów). Po ich otrzymaniu, pewnego dnia piłkarze Wisły zjawili się na boisku w czerwonych koszulkach i białych spodenkach. Co więcej, z emblematami gwiazdy autentycznej krakowskiej Wisły. Nie uszło to uwadze Niemców. Szaleli wręcz mówiąc, że barwy biało-czerwone, to przecież barwy narodowe, a gwiazda w emblemacie, to gwiazda….. Syjonu! Barwniki zlikwidowano”. U źródeł osiągnięć sportowych Oflagu II B leżały zawody z 1940 r.

2. Olimpiada ‘40. 

2.1 Olimpiada czy zawody?

O przeprowadzonych w 1940 r. wielodniowych zawodach sportowych wspomina późniejszy propagator  Oflagu II B ppor. Jan Bohatkiewicz., który w swoim prowadzonym w niewoli pamiętniku zanotował pod datą 29.VIII.: „… Dziś rozpoczęły się zawody WF. Odbyły się konkurencje w biegu 100 m, rzutu dyskiem i kulą, skoku wzwyż, siatkówce i piłce nożnej…Po południu próbowałem biegu długodystansowego. Nieźle się udał, kto wie, może jutro stanę do zawodów”. Następnego dnia była klapa. „Zawody nie przyniosły mi sukcesu, za długa była trasa dla mnie, po dwu kilometrach zszedłem z boiska rezygnując z pozostałych 520 m i pozostałych za mną 4 zawodników. Przede mną było 12, z których najwyżej mogłem wyminąć paru, ale to nie ratowało sytuacji„.

Niestety zawodnik nie wykazał zbyt dużo sportowych ambicji. Ale dla usprawiedliwienia można dodać, że było to przed „reformami” płk Tyczyńskiego. Kolejny dzień i kolejne zawody „31. VIII. Dzień słoneczny o niewielkim zachmurzeniu, dość chłodno. Dziś odbywały się w dalszym ciągu zawody: sztafeta olimpijska, skoki, 100 m, piłka nożna, piłka siatkowa i ciągnienie liny. Blok nasz wyszedł w ogólnej punktacji nieźle’. 
Opisy z pamiętnika świadczą, że zawody były przeprowadzone z dużym rozmachem, literatura podaje, że rozegrano jeszcze koszykówkę i pojedynki bokserskie. Obsada była prawie dwunarodowa gdyż do imprezy dołączyli jeńcy francuscy. Także prasa obozowa zamieściła relacje z imprezy: „Kierownictwo zawodów, spoczywające w wytrawnych rękach mjr Bilewskiego i kpt. Maciejewskiego, wywiązało się z trudnego zadania bez zarzutu. Przy sprzyjającej na ogół pogodzie i licznym udziale widzów zawody trzydniowe (29,30 i 31) przeprowadzono sprawnie i sprężyście (…)”.

W biegu na 100 m zwyciężył ppor. Bordziłowski – 12,4 s. przed ppor. Tuziakiem – 12,5 s. i ppor. Ośmiałkiem (ten sam czas). W skoku wzwyż finał rozegrało siedmiu skoczków: Kubik, Bordziłowski, Kluszewski, Domański, Mongu, Sadowski, Ośmielak. Przy wysokości 155 odpadli ppor. Domański i Sadowski. Wygrał ppor. Kubik –155 cm, który osiągnął ten wynik za pierwszym razem. W biegu na przełaj (2520 m) startowało 13 Polaków i 2 Francuzów. Zaraz po starcie na czoło wysunął się doskonały długodystansowiec poznańskiego AZS Benkowski i on wygrał z czasem 8,42 min”. 

Czas drugiego zawodnika 9.12 min, trzeciego 9.20 min. Czy zawody w Choszcznie można uznać za olimpiadę obozową ? Wydaje się, że nie. Raczej za mityng lub spartakiadę w roku olimpijskim. Zabrakło nazewnictwa, symboliki i atmosfery olimpiady gdyż mimo kilkuset Francuzów obóz był raczej zdominowany przez Polaków. Gdy na obozowy ruch olimpijski spojrzy się poprzez pryzmat innych obozów to okaże się, że Oflag II B był bardzo bliski pierwszeństwa tym bardziej że choszczeńskie zawody były w tamtym roku olimpijskim 1940 największymi z zorganizowanych przez jeńców w niewoli. 

2.2. Szeregowcy byli odważniejsi

W 1940 r. Stalagu XIII A Langwasser który znajdował się na przedmieściach Norymbergii zawiązał się Międzynarodowy Komitet Jenieckich Igrzysk Olimpijskich (w jego skład wchodzili Anglik, Francuz i Polak).Na czele Komitetu stał Brytyjczyk podoficer marynarki George O’Brien. Komitet zdecydował o zorganizowaniu na terenie obozu igrzysk. Pomysłodawcą igrzysk był Polak plut. Słomczyński. Plan igrzysk miał obejmować: strzelanie z łuku, skok z miejsca, pchnięcie kulą, kolarstwo, siatkówkę i bieg na 50 m „karną żabką”. Zawody rozegrano w dniach 31.08 – 08.09. Wzięli w nich udział jeńcy różnych narodowości: Anglicy, Belgowie, Francuzi, Holendrzy, Jugosłowianie (?) i Polacy. Igrzyska te udało się zrealizować dzięki niemieckiemu sanitariuszowi obozowego lazaretu Rogerowi Virion. Był Alzatczykiem lecz jego matka była Polką stąd sympatyzował z polskimi jeńcami. Udostępnił na potrzeby zawodów salkę swego szpitala, zgodził się także być sędzią, trenerem i masażystą.. Największym fenomenem tych zawodów był ceremoniał olimpijski (flaga, znicz, hymn i przysięga). Otwarcie igrzysk nastąpiło w izolatce chorych na tyfus. Flagę zrobiono z jenieckiej koszulki, znicz płonął w puszce po konserwie. Przysięgę olimpijską złożył strz. Jan Cioch. Uroczystego otwarcia igrzysk jako symbolu XII Igrzysk Olimpijskich dokonał Przewodniczący Komitetu G. O’Brien. Odśpiewano hymn olimpijski autorstwa plut. Wacława Gąsiorowskiego. Konkurencje odbywały się w warunkach pełnej konspiracji Wszystkie nagrody były wykonane przez jeńców z materiałów dostępnych w obozie. Medalami były proporczyki z tektury obramowane drutem kolczastym. Zwycięzcy stawali na podium z taboretu. Wiadomo że w kolarstwie (stacjonarny rower) wygrał Belg, w skoku w dal – Norweg Rolf Olsen, w piłce siatkowej zawodów nie zakończono gdyż uległy dekonspiracji, w łucznictwie triumfował Francuz, Antonie Struś. Jedyną konkurencją którą rozegrano bez zachowania zasad konspiracji była „karna żabka” na dystansie 50 m., przeprowadzono ją na placu apelowym obozu. Wygrał współorganizator igrzysk Polak Teodor Niewiadomski. Zagadką jest uczestnictwo w zawodach Jugosławii gdyż Jugosławia padła dopiero w następnym roku po zawodach. Podaje się, że Jugosłowianin Jaśko Cvetkowic wygrał pchnięcie kulą z wynikiem 11.2 m. Możliwe, że był to jakiś ochotnik lub przypadkowy jeniec. Wzorem olimpiad rozegrano konkurencję artystyczną triumfował za opracowany plakat Edmund Turbaczewski. Wykonano też karnet sześciu znaczków symbolizujących sześć konkurencji. Karnet ten nie zachował się.

2.3. Komu prym?

Zawody w Choszcznie wyprzedziły te spod Norymbergii o dosłownie dwa dni jednak nie przetrwały w tradycji jako, olimpijskie. Zawody zorganizowane w Stalagu XIII A były wielonarodowe stosowano w nich symbolikę olimpijską i w nazwie zawody te były olimpiadą. Zorganizowanie ich w Stalagu było bardziej ryzykowne jak w Oflagu wpadka mogła dla szeregowców skończyć się poważnymi konsekwencjami. Stąd bez cienia wątpliwości trzeba oddać prym szeregowcom (podoficerom) z Langwasser. Trudno dziś powiedzieć dlaczego oficerowie w Choszcznie nie zdecydowali się w 1940 r na olimpiadę. Może ze względu na osobę niemieckiego komendanta któremu raczej Polacy nie chcieli sprawiać problemów. Zresztą to on płk Löbbecke ufundował dla zwycięzców dość cenne nagrody, co różnie przyjęto. Gdyby choszczeńskie zawody z 1940 r były jak chcą tego inni olimpiadą, wówczas po wojnie red. Weiss nadał by temu duży rozgłos a tego nie zrobił. W maju 1942 r. Polaków przeniesiono do Oflagu II D Gross Born, tam w 1944 r. zdobyte w Oflagu II B w Choszcznie doświadczenie zaowocowało wspaniałą jak na warunki obozowe organizacją igrzysk. Olimpiady w Oflagach z 1944 r. zdominowały w pamięci narodowej tę pierwszą olimpiadę szeregowców, którą czasem z niewiedzy, przypisywano oficerom. Cóż środowisko oficerów było bardziej medialne jak żołnierzy –jeńców. Sprawiedliwości stało się zadość, w 1973 r. ukazała się książka Teodora Niewiadomskiego „Olimpiada, której nie było” a w 1980 r. reż. Andrzej Kotkowski nakręcił film „Olimpiada 40″.

Opracował: Andrzej Szutowicz

Źródła:

Fot. Gimnastyka stanu osobowego Oflagu II B Arnswalde. Własność Juliusz Pollack