kanonik Jan Jodłowski

Kolejny proboszcz

W kronice parafialnej w Drawnie jest mała wzmianka: „Następcą ks. Galasa był ks. kanonik Jan Jodłowski. Molestowany przez parafian zraził się do Drawna i po krótkim pobycie przeniósł się do Chłopowa”. Wpis ten niestety nie wystawia dobrego świadectwa ówczesnym parafianom. Zachodzi pytanie czy jest obiektywny, czy wynika raczej z uprzedzenia osoby prowadzącej kronikę ? Tak się złożyło, że trzeci w kolejności proboszcz drawieński jest w Drawnie zupełnie nieznany i do tej pory jego życiorys ograniczał się do krótkiego stwierdzenia, że swego czasu był grekokatolikiem. Niestety, w kronice pomylono imię księdza, gdyż nie był Janem, a Stefanem. Na nieprzeciętność tej postaci zwróciła mi uwagę red. Elżbieta Lipińska, której rodzicom ks. Jodłowski udzielił ślubu. Korekta imienia i wskazówki red. Lipńskiej spowodowały, że z dostępnych źródeł wyłoniła się postać niezwykle ciekawego duchownego.

Życiorys do 1939 r.

Stefan Jodłowski ( Stepan Jadłowśkyj, Степан Ядловський) urodził się 22.05.1901 r. w Szklarach (powiat sanocki, dekanat rymanowski ) w rodzinie Teodora i Anastazji. Miał brata Michała, nauczyciela sanockiego sprzed 1939 r. Po ukończeniu Greckokatolickiego Seminarium Duchownego w Przemyślu został wyświęcony na kapłana 26.06. lub 27.06.) 1926 r. Miejscem jego posługi stała się Łemkowszczyna. Do 1929 r. był też wykładowcą Nowego Testamentu na macierzystym seminarium. Następnie w 1930 r. został zarządcą w Tylawie w pow. krośnieńskim (dekanat dukielski) i w 1932 r. był proboszczem w Puławach w powiecie sanockim (dek. bukowski). 01.05.1934 r. został proboszczem (paroch) parafii w Polanach Surowicznych (pow. Sanock, dek. rymanowski). W tym samym czasie objął funkcję członka Rady (kapituły) Administracji Apostolskiej Łemkowszczyzny. W 1936 r. obok niego Kapitułę stanowili księża: Wołodymyr Ardan, Maksym Durkot, Wołodymyr Mochnackij, Joan Polańskij, Kostiantyn Polańskij, Ołeksandr Prysłupskij i Iwan Tytnar. Kanclerzem Administracji był w tym czasie Joan Polańskij. Ks. Jodłowski pełnił także funkcje egzaminatora prosynodalnego, członka Rady ds. Ochrony Wiary i Obyczajów, cenzora ksiąg religijnych oraz obrońcy związków małżeńskich, sędziego prosynodalnego, Był redaktorem jedynego (wyd.1936 r.) schematyzmu Apostolskiej Administracji Łemkowszczyzny.

Parafia Polany Surowiczne

Według danych z 1931 r. wieś liczyła 103 gospodarstwa i 679 mieszkańców. Kościołem parafialnym była tu cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Początek powstania parafii datowany jest na 1690 r. Pierwsze zapisy o budowie cerkwi pochodzą z 1728 roku. Cerkiew, wg opisu z 1761 r., była drewniana, z trzema kopułami, pokryta gontem. W nawie miała dwa okrągłe okna, w prezbiterium cztery. Na ścianach wisiało 15 obrazów. Wewnątrz był wspaniały, rzeźbiony chór i carskie wrota. W czasie wojny mieszkańcy wsi wspomagali ruch UPA i byli źle nastawieni do Polaków.


Apostolska Administracja Łemkowszczyzny

W 1934 r. w wyniku sprzeciwu wobec ukrainizacji Łemków powstała na terenie greckokatolickiej diecezji przemyskiej Apostolska Administracja Łemkowszczyzny. Była to samodzielna jednostka organizacyjna, podległa bezpośrednio Stolicy Apostolskiej, miała swego administratora, który choć niezależny, biskupem nie był. Jego siedzibą był Rymanów Zdrój, a później z przerwami Sanok. Obawiając się wzrostu wpływów ukraińskich, co poczytywano jako ryzyko wynarodowienia, dwaj przedwojenni administratorzy AAŁ podjęli działania typowo antyukraińskie i tak: administrator ks. Wasyl Maściuch zakazał liturgicznych śpiewów po ukraińsku, a administrator ks. Jakiw Medwecki zakazał duchownym prenumerowania i czytania czasopism ukraińskich. Nic dziwnego, że taka postawa spowodowała poparcie władz II Rzeczypospolitej dla Łemków. 12.03.1936 r. zmarł nagle ks. dr. W. Masciuch, co poczytywano jako ziemską ingerencję środowiska ukraińskiego. Podczas jego pogrzebu 15.03.1936 r. ks. Jodłowski wygłosił pożegnalną mowę. Ukrainizacji jednak po wybuchu wojny nie zapobieżono. Stało się to za sprawą kolejnego administratora ks. Aleksandra Malinowskiego, który opowiedział się po stronie ukraińskich nacjonalistów. Pod jego „rządami” zaczęto posługiwać się językiem ukraińskim, odnowiono ścisłe kontakty z cerkwią ukraińską. Na obszarze AAŁ działalności mieszkało w 1943 r. około 127 tysięcy greckokatolickich Łemków, oraz 18 tys. prawosławnych. W dniu 24.07. 1944 r., by wobec zbliżania się frontu zachować ciągłość kierowania Administracją, ks. Malinowski powołał trzech wikariuszy generalnych. Sam przeniósł się do Krynicy, która w tym czasie była ważnym ośrodkiem ukraińskiego życia narodowego. Powołani wikariusze mieli zarządzać ternem AAŁ tam, gdzie nie mógł tego robić ks. Malinowski. Wśród powołanych był ks. Stefan Jodłowski, pozostali dwaj to ks. Iwana (Jana) Pidharbija z Olchowca, ks. Andrija (Andrzeja) Złupko z Gładyszowa. Ksiądz Jodłowski, według danych archiwalnych AAŁ, objął tereny po wschodniej stronie frontu. Utworzył kancelarię wikariatu generalnego, która posiadała oryginalne pieczęcie, wydawał przepisywany ręcznie biuletyn informacyjny „Wisti Heneralnoho Wikariatu AAŁ w Polanach Surowicznych”. Podczas operacji dukielsko-preszowskiej na terenie parafii stacjonowała niemiecka 68 Dywizja Piechoty, która atakowana była przez wojska trzech radzieckich korpusów. Zmagania wojenne doprowadziły do zniszczenia wielu budynków należących do Kościoła unickiego Łemkowszczyzny. Zginęli także kapłani ks. Damian Dziama i ks. Mychaił (Michał) Semel. 26 lutego 1945 roku ks. Aleksander Malinowski (ks. O. Małynowśki) przeniósł się z Krynicy do Wróblika Szlacheckiego i zwołał na 20.03.1945 r. kongregację duchowieństwa wschodnich dekanatów AAŁ, w której jako wikariusz generalny wziął udział ks. Jodłowski. Na tym spotkaniu powołano członków nowej kapituły AAŁ, wśród których znalazł się także ksiądz Jodłowki. Miesiąc później ks. Malinowski przeniósł się do Sanoka, przedwojennej siedziby AA.

Wysiedlenia

Dnia 09.09.1944 r. został zawarty Układ pomiędzy Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a Rządem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad, dotyczący ewakuacji obywateli polskich z terytorium USRR i ludności ukraińskiej z terytorium Polski. Układ podpisali Edward Osóbka-Morawski i Nikita Chruszczow. Postanowienia wówczas zawarte dały podstawę do wysiedlenia osób narodowości ukraińskiej, białoruskiej, rosyjskiej i rusińskiej z Polski do USRR, oraz przesiedlenia w nowe granice Polski Polaków i Żydów, którzy do 17 września 1939 r. byli obywatelami polskimi. Po zajęciu przez Armię Czerwoną całej Łemkowszczyzny zaczęto w tym regionie realizować ustalenia układu. Mimo że w swej większości Łemkowie byli lojalni wobec władz polskich i nie współdziałali z UPA, to również ich przesiedlenia objęły, co stało się początkiem rozpadu Łemkowszczyzny. Trwał także terror rodzimy np. 20.05.1945 r. UPA za nieposłuszeństwo powiesiło we wsi ks. Jodłowskiego Ukraińca – Wasyla Homyka. Łemkowie na zawsze opuszczali swoje ziemie, niestety – jak się okazało – był to największy exodus tej ludności. Tereny zarządzane przez ks. Jodłowskiego stały się także widownią działalności represyjnej i czysto bandyckiej; w 1945 roku zostali zabici: ks. Petro (Piotr) Andrejczuk z Załuża, ks. Mychajło (Michał) Hajduk z Łubnej, ks. Orest Kałużnjacki z Izdebek, ks. Josyf (Józef) Krysa z Końskiego. Administrator ks. Aleksander Malinowski, obawiając się aresztowania przez NKWD, uciekł przez Czechosłowację do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Po jego ucieczce przestała we wrześniu 1945 r. działać kuria AAŁ. W 1946 roku w czasie starć Wojska Polskiego z UPA zginęli: ks. Ołeksander (Aleksander) Malarczyk z Karlikowa, proboszcz z Sieniawy ks. Orest Wenhrynowicz, który został zabity w Komańczy, ks. Wołodymyr (Włodzimierz) Kostyszyn z Woli Niżnej. 24.01. 1946 r. 34 pułk piechoty WP zaatakował oddział UPA w czasie tego starcia zabity został ks. Ołeksander (Aleksander) Malarczyk wraz z żoną, córką i 6-letnią wnuczką.. Żyjący w ciągłym zagrożeniu życia, wikariusz generalny ks. S. Jadłowski wiosną 1946 roku opuścił Łemkowszczyznę i uciekł do Czechosłowacji’ znalazł schronienie na terenie greckokatolickiego biskupstwa w Preszowie, gdzie przez jakiś czas pomagał miejscowym duszpasterzom greckokatolickim. W 1947 r. rozpoczęła się na Łemkowszczyźnie druga faza przesiedleń, tym razem w ramach akcji „Wisła” między 24.04. a 31.06.1947 r. wysiedlono około 35 tys. Łemków. Był to definitywny koniec AAŁ, która formalnie nigdy nie została rozwiązana. Po prostu zabrakło wiernych. Łemkowie walczący o pozostanie na swojej ziemi najczęściej zmieniali obrządek na łaciński.

Proboszcz parafii katolickich

Po 1947 r. powrócił (prawdopodobnie nielegalnie) do Polski i pracował w obrządku łacińskim. W 1948 r. objął parafię w Drawnie. Niestety, nie został tu zaakceptowany i przeniesiono go do parafii w Choszcznie, w której został wikariuszem. Oddelegowano go do Chłopowa (gmina Krzęcin, powiat Choszczno), gdzie stworzył zręby nowej erygowanej w 1951 r. parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, której został proboszczem. Od 01.10. 1948 r. posługiwał także w Zieleniewie. Często błędnie podawany jest jako pierwszy proboszcz Zieleniewa. Tymczasem został nim dziewięć lat później ks. Feliks Kurczewski. Ks. Jodłowski do Zieleniewa często przychodził z Chłopowa pieszo. Spośród wiernych wsi Pławno i Zieleniewo powołał tu komitet kościelny, którego zadaniem była troska o kościół w Zieleniewie, a także podjęto starania o utworzenie osobnej parafii. Przystąpiono wówczas do adaptacji na plebanię dawnej pastorówki. Dzięki staraniom jego i komitetu powstał tu samodzielny wikariat, a następnie w dniu 24.10.1957 r. parafia. Dał się poznać jako ofiarny kapłan, wiele od siebie wymagający i wspierający innych ludzi. W latach pięćdziesiątych rozpracowywany był przez funkcjonariuszy PUBP. Wspomniana parafia była wówczas bardzo rozległa, więc ksiądz Stefan Jodłowski duże odległości dzielące np. kościoły w Objezierzu, Chłopowie czy Zieleniewie przemierzał pieszo. Do dziś jest serdecznie wspominany przez swoich dawnych parafian, którzy wyraz temu dają np. podczas wypominków związanych ze Świętem Zmarłych. Według wspomnień najstarszych mieszkańców ksiądz Jodłowski w czasie drugiej wojny światowej cudem uniknął śmierci. Był kilkakrotnie wieszany, za każdym razem sznur pękał. Podobno z tego powodu proboszcz z Chłopowa miał kłopoty z głosem. Zmarł w 47. roku kapłaństwa w Państwowym Domu Specjalnym dla Przewlekle Chorych w Trzcińsku-Zdroju. Jego życzeniem było spocząć na cmentarzu w Chłopowie, wśród swoich parafian. W jego dawnej parafii w Polanach Surowicznych zachowały się tylko zdziczałe sady ślady po budynkach (kamienne piwnice), 2 kapliczki i ruiny dzwonnic. Stoją tu dwa drewniane budynki – pozostałości po gospodarującym tu od 1952 r. gospodarstwie PGR w Moszczańcu.

Literatura

  • http://www.odrzechowa.izoo.krakow.pl/lemkowie/polany.html
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/Apostolska_Administracja_%C5%81emkowszczyzny
  • http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/lemkowie/religia/aal http://lemko.org/polish/sprz/04.html
  • http://www.rymanow-zdroj.pl/materialy/tom01_8.pdf
  • http://pl.wikipedia.org/wiki/Stepan_Jad%C5%82ow%C5%9Bkyj http://edu.gazeta.pl/edu/h/Stepan+Jad%C5%82ow%C5%9Bkyj
  • http://www.bajki.reklik.com/S3ZffidFdVx6VWh4ZmN9emd9cktZc3h-fH9nYmF1e310SDdVITMrJX16fnhlZW51aW1ieWw
kaszuby16

Byłem na Gogach – wspomnienie

W marcu ubiegłego roku uczestniczyłem w świetnym polsko-niemieckim sympozjum „Wspólnota historyczna pogranicza”. Odbyło się ono w Policach. W ramach prezentowanego dorobku lokalnych muzeów przedstawiłem prezentację „Izby historycznej” z Drawna, która jest pod moją merytoryczną opieką. Przedtem jednak odbyła się prelekcja historyczna nt. Pomorza Zachodniego. Prelegent bardzo ostrożnie podszedł do tematów drażliwych, trochę w moim odczuciu w tej ostrożności , „zagalopował się” gdyż użył sformułowania którego sens zrozumiałem następująco: „dla rodzimej ludności Pomorza kultura niemiecka była bardziej atrakcyjna, dlatego ją tak łatwo przyjęła”. Nie mogąc zgodzić się z tym poglądem postanowiłem na zakończenie mego wystąpienia wtrącić swoje uwagi. Ostrożnie spytałem: „Czy ktoś z Państwa słyszał coś o ks. Domańskim”? – zapanował cisza. – Nie słyszał nikt.

Tak samo było (co w tym przypadku jest zrozumiałe) przy następnym pytaniu. „Czy Państwo słyszeli takie nazwisko jak Werra, Styp-Rekowski? Zagadnąłem krótko o ks. Domańskim, Związku Polaków w Niemczech, o „Prawdach Polaków” (nic o nich nie wiedziano) i o tym, że jest taka kraina gdzie „widać kultura niemiecka nie była aż tak atrakcyjna. Wiecie Państwo jaka to kraina? – TO KASZUBY” – podkreśliłem.

Niemieccy goście tym razem ożywili się. A ja kontynuowałem, powiedziałem, że cierpień nie można przemilczać. Spytałem o Piaśnicę – nikt o tej miejscowości nie słyszał. „A o Katyniu Państwo słyszeli?” – „Ja, ja, tak, tak” – słychać było z sali. „Widzicie Państwo w Katyniu zginęło ok. 4 000 oficerów, okrutna zbrodnia, cały świat o niej wie. A w Piaśnicy zamordowano 11 000 może 12 000 ludzi, głównie przedstawicieli pomorskiej, polskiej, inteligencji. Bo Piaśnica proszę Państwa, to „Katyń Pomorza”. I w takich kategoriach powinien być rozpatrywany. Niestety o Piaśnicy się milczy, śmiem twierdzić, że koniunkturalnie… Katyń i Piaśnica to tragiczne pamiątki „kultury zbrodni” totalitarnych systemów.

Przepraszam – kontynuowałem – ale uważam, że nasze sympozjum nie tu powinno się odbyć. Uważam, że najlepszym miejscem na spotkania o kulturze i historii pogranicza są właśnie Kaszuby. Tam w Płotowie (pow. Bytów) małej kaszubskiej wiosce jest szkoła. Polska szkoła z 1932 r. i jest cmentarz gdzie spoczywa Bernard Werra i rodzina Styp – Rekowskich. Nie ma lepszego od Płotowa. Miejsca by rozmawiać i dyskutować o historii pogranicza. Tak się złożyło, że niemal w Święto Niepodległości przypadł mi zaszczyt uczestniczenia w „I Spotkaniach Publicystyczno – Literackich na Gochach”. Przyjechałem na nie pełen obaw. Okazały się niepotrzebne. „Lodów” nie musiałem topić, zaufania nie musiałem zdobywać. Niemal z marszu odczułem, że jestem w przyjacielskim gronie.

Wydarzeniem nie tylko artystycznym był zaprezentowany pierwszego dnia przez dzieci z Dretynia i Miasteczka Krajeńskiego spektakl: „Elementarz, czyli jak przed laty dziateczki na Pomorzu uczono” (premiera odbyła się 6 października 2000 r. w Muzeum Szkoły Polskiej w Płotowie). Te wspaniałe widowisko powstało dzięki współpracy dwóch przyjaciółek Joanny Gil–Śleboda i Ewy Stachowskiej. Od razu nasunęło mi się skojarzenie do tego co powiedziałem podczas sympozjum w Policach. Kolejne dni utwierdziły mnie jedynie w słuszności zaprezentowanych wówczas poglądów. Tempo spotkań nie pozwalało zebrać myśli, historia, współczesność, piękno krajobrazów, martyrologia, kultura. Wszystko to przewijało się jak w kalejdoskopie, którego główną oprawą jest tradycja.

Wszędzie gdzie byłem można było znaleźć do niej odniesienie. Nawet Góra Lemana w Piasznie to nie tylko widoki ale także prahistoria, czyli tradycja. Tu na Gochach obok wspaniałych obiektów kultury sakralnej znajdują się groby ludzi, którzy tworzyli historię tej ziemi, trwali w jej kulturze, a gdy trzeba było walczyli o wolność i godność. Zaskoczyło mnie małe Łąkie które, nie tylko przepięknym pomnikiem ku czci wojennych ofiar ale także świątecznym oflagowaniem narodowym zaświadczyło o trwaniu przy biało – czerwonej. Borzyszkowy to kościół i tragiczny Józef Gierszewski, dziś (przez niektórych) opluwany „major Ryś”. Z wnukiem mjr Gierszewskiego, Grześkiem chodziłem do jednej klasy bytowskiego ogólniaka. Składając kwiaty na mogile „Rysia” pomyślałem o innym niesłusznie szkalowanym majorze, co ciekawe, jego nazwisko jest obecne w miejscowej tradycji w osobie historycznej postaci tutejszego proboszcza ks. Sucharskiego. Na chwilę odłączyłem się od grupy uczestników Spotkań. Poszedłem obejrzeć właz od czołgu, który swego czasu przykrywał studzienkę odpływową. Widziałem go w lutym 2006 r podczas objazdu terenów przy dawnej granicy polsko – niemieckiej. Miał pochodzić od amerykańskiego czołgu których sporo było w Armii Czerwonej. Kto wie może był z któregoś tanka zniszczonego przez Niemców w 1945 r. pod Upiłką lub gdzieś pod Borzyszkowami? Niestety okazało się, że włazu już nie było, ktoś go ukradł. Studzienkę przykryto klapą z desek. Tak oto kolejna pamiątka historyczna zniknęła. Pewnie stało się to za przyczyną pazernych złomiarzy lub egoistycznych hobbystów. Szkoda, że włazu nie upilnowano, wystarczyło tylko lepiej go przytwierdzić do podłoża.

Borzyszkowy to także pomnik – krzyż na Piaszczatej przypomina o męczeństwie Gochów. To tu zwróciłem uwagę, że młodzież z powagą i zrozumieniem odnosi się do miejscowej i narodowej tradycji. Nie było ironicznych uśmiechów, znużenia, lekceważenia, typowych objawów obojętności tak często spotykanych wśród młodych. Czuło się już ich pełne zaangażowanie w wcześniej prezentowanym przedstawieniu o dawnej szkole, podczas koncertu skrzypcowego w kościele w Tuchomiu, tak było też w Borzyszkowach na Piaszczatej i później w szkole w Brzeźnie Szlacheckim. Występy dzieci w gimnazjum w Brzeźnie Szlacheckim to nie było tylko piękno mowy kaszubskiej, wspaniale odśpiewany „Kaszubski hymn”, stroje, i poezja, był tam też Jan III Sobieski, który patrzył na wszystkich z rozwiniętego sztandaru szkoły. Jan III Sobieski, król Polski, zwycięzca. Czyż może być lepszy patron na Gochach? Roman Drzeżdżon w broszurce „ Klëka albo kaszubskie ABC” (wyd. Region Gdynia 2007) na str. 20 napisał: „… Przez lata „Kaszëbsczi marsz” był oficjalnie popierany przez władze i do dziś starsze pokolenie Kaszubów uznaje go za kaszubski hymn. Działacze akcentujący odrębność Kaszubów uznają, za hymn pieśń Jana Trepczyka „Zemia rodnô”. Natomiast odrzucają tekst Derdowskiego, któremu zarzucają brak kaszubskiego ducha. Uważają, że takie wersy jak np. „Pòlskô wiara, pòlskô mòwa, nigdë nie zadżinie” nie przystają do współczesności ponieważ wiara Kaszubów ma wymiar uniwersalny (katolicki), a ich mową ojczystą jest język kaszubski”. Kaszubi z Brzeźna Szlacheckiego w 1683 r. pomogli Sobieskiemu rozgromić turecką nawałę.

W 2007 r. podczas „I Spotkań…” pan Tadeusz Lipski w Brzeźnie Szlacheckim przeprowadził wspaniałą analizę, podkreślając nadrzędne wartości utworu „ Kaszëbsczi marsz” i zwycięsko udowodnił, że utwór ten jest pełnowartościowym hymnem. Niestety książeczkę Romana Drzeżdżon czytają i czytać będą osoby postronne nie znające tematu i na pewno uwierzą, że tekst Derdowskiego jest bez (jak wspomniano) „kaszubskiego ducha”.

Osobiście uważam, że argumenty przytoczone w książeczce mówiące, że pewne wersy nie przystają do współczesności są niedorzeczne. Dąbrowski nie maszeruje już z Włoch, nie trzeba nam przechodzić Wisły, Warty, pływać przez morze, odbierać wolność szablą. To wszystko historia. Ale żaden Polak nie zakwestionuje „Mazurka Dąbrowskiego” jako hymnu polskiego. Brak tolerancji wśród zaborców oraz ogromna patriotyczna rola kościoła katolickiego spowodowała, że wiarę katolicką utożsamiano z polskością. Tak było na wschodzie gdzie „ każdy katolik to Polak” i taki trend był w zdominowanym przez ewangelików zaborze pruskim. Katolicyzm jako „ polska wiara” był i jest elementem nie tylko tradycji ale i pamiątką narodowego cierpienia. Poprzez wierny lud, kościoły i liczne kapliczki jest widoczny i utożsamiany z polskością, dlatego idealnie pasuje do słów hymnu jako „Pòlskô wiara”. Wypada przypominać, że to nie inna tylko katolicka procesja spod Borowego Młyna rozpoczęła walkę o prawo powrotu Gochów do Polski. Negujących hymn Derdowskiego razi określenie „pòlskô mòwa”. No cóż, Polak jak się dobrze wsłucha zrozumie kaszubski, Niemiec nie. Nic więc dziwnego, że już w XIX w. Derdowski utożsamiał mowę kaszubską z polskością. Natomiast trudno zrozumieć dlaczego kwestionujący jego hymn jednocześnie przyznają, że jest on uznawany za takowy przez starsze pokolenie Kaszubów. Czyżby odczucia tego pokolenia się nie liczyły? Jeśli tak, to swoista to demokracja.

Kaszuby to klejnot który świeci w polskiej koronie, jak się go z niej wyrwie przestanie świecić, a i korona stanie się uboższa. Młodzież Gochów jest gwarantem, że klejnot w koronie pozostanie.
To zrozumiałem na Gochach. Czas spędzony na Gochach utwierdził mnie w przekonaniu, iż to tu najlepiej poznawać prawdę o polsko-niemieckim pograniczu. Bo czyż nie pięknie dla polskiego ucha brzmi przewijające się niemal w każdym zakątku nazwisko Żmuda – Trzebiatowski. O czym można było się przekonać z wystąpienia Zdzisława Żmuda- Trzebiatowskiego.

Duchem „I Spotkań…” był ich główny organizator Zbigniew Talewski z Fundacji „Naji Gòchё”, tak jak Trzebiatowskich tak i Jego na Gochach wszędzie pełno. To dzięki niemu wrażeń było moc. Nic więc dziwnego, że końcowy wieczorny program artystyczny stał się dla wszystkich doskonałą zabawą, której apogeum przypadł na występ ukraińskiego zespołu (rodowitych bytowianek) sióstr Bułka, gdy przy ukraińskiej muzyce bawić zaczęła się kaszubska brać. I chyba to jest największe przesłanie „I Spotkań…”.

Gochy są nasze, wspólne. Z tym przekonaniem wróciłem do Drawna i już myślę jak i gdzie tu na zachodnich kresach wkomponować tablicę z rodłem i „Prawdami Polaków” bo:
„Tam gdze Wisła òd Krakòwa
W pòlsczé mòrze płënie,
Pòlskô wiara, pòlsko mòwa
Nigdë nie zadżinie”.

Wspominał: Andrzej Szutowicz

Pastor Julius Rohr

Pastor z Drawna – szukający znalazł dom?

Julius Rohr (ur. 05.09.1904 r. w Berlinie, poległ w Rosji 18.08 .1941 r.) W latach 1932 – 1941 był pastorem w Drawnie. Zamieszczona fotografia pochodzi z kroniki dzisiejszej parafii katolickiej w Drawnie . Sądząc po wspomnieniach pastor dobrze zapisał się w pamięci aryjskich Neuwedellczyków. Natomiast z relacji przedstawiającej dzieje żydowskiej rodziny Steinbach (prof. dr Klaus Hermann) wyłania się postać nazistowskiego antysemity:

„Po dojściu Hitlera do władzy w Drawnie zaczęły się prześladowania ludności pochodzenia żydowskiego. W tym początkowym okresie prym wiódł ówczesny burmistrz, członek NSDAP Conrad Muller. Jednak w 1935 r. opuścił on miasto. Niesławę po sobie zostawili: miejscowy policjant Fritz Kaltenbach, rzeźnik Otto Weber, jak również sąsiad Steinbachów Willi Staege i Walter Kopplin. Duchowo byli oni wspierani przez miejscowego pastora i SA – Sturmführera Rohra (odgrywał on znaczną role w mieście do puczu Röhma w 1934 r.). Steinbachom zniszczono ogrodzenie, zdewastowano ogród i powybijano szyby w oknach. Louisa Steinbacha aresztowano. W areszcie przesiedział blisko osiem dni, był tam tak bity, że nie potrafił usiąść. Po zapłacie 600 RM kaucji, został wypuszczony…” 

Anneliese Hohensee zapamiętała pastora jako życzliwego ludziom duchownego. Każdy Drawnianin przypomina sobie, tego duchownego, wykonującego swoją posługę w Drawnie przez stosunkowo krótki czas od 1932 r. do 1941 r.
Mam jeszcze w pamięci ten okres kiedy dość często spotykaliśmy się. Nasza znajomość rozpoczęła się podczas mszy pogrzebowej za mojego ojca w Święciechowie w drugą niedzielę adwentu 1932 r. Po pogrzebie moja matka i ja zostaliśmy zabrani przez pastora Rohr i superintendenta Gramlow samochodem do Drawna na plebanię, gdzie czekała na niego żona z młodszą córką Nikt nie przeczuwał, że ten młody proboszcz osiem lat później także ofiaruje swoje życie! Za nic!

Pamiętam wyraźnie pastora jak w pierwszych dniach maja 1933 modlił się nad grobem mojego młodszego brata. Także i wtedy starał się pocieszyć mnie i moją matkę.
Czasami miał odmienne zdanie na temat ówczesnej sytuacji, ale to była jego sprawa. Przypominam dobrze sobie naszą ostatnią rozmowę w moim domu. Przeczuwał, że zginie na froncie. Jego twarz promieniała gdy umierał. Poległ na polu chwały śmiercią bohatera 18.08.1941 na północnych krańcach Rosji.

Bardzo się wyróżniał, był niebieskookim blondynem. Jednak nie zawsze był tym co rzucało się w oczy. Pochłonęła go polityka, ponieważ był dowódcą grupy SA widziało się go często w mundurze. Mówiono, że czasami, w pośpiechu zapominał ściągnąć buty SA i podczas nabożeństwa miał je pod sutanną. Jednak od 1933 nie widywano go już w mundurze SA.

Znany z licznych wspomnień o starym Drawnie Winfried Dell napisał nawet artykuł o pastorze w którym stara się wyjaśnić jego postępowanie.

„I przyszedł dzień, gdy mi się zwierzył, dlaczego nie należy już do czynnego aktywu SA.Po dojściu Hitlera do władzy zapytano go czy nie porzuciłby sutanny i nie zostałby wyższym urzędnikiem SA. Poprosił o czas do namysłu.

Następnie odpowiedział, że jako Niemiec ma obowiązek wspierać Hitlera i jest przekonany, że tylko on zdoła odbudować gospodarczo, politycznie i socjalnie Niemcy. Wielu ludzi będzie chciało być we władzach SA a na pewno Niemcy będą potrzebowały również dobrego proboszcza i dlatego chciałby poświęcić się służbie Bożej jako kapłan, rezygnując jednocześnie z członkostwa w SA.W ciągu roku przekonał się, że narodowy socjalizm ma inne pojęcie na temat kościoła niemieckiego. Sam byłem tego świadkiem, gdy podczas mszy Gestapo aresztowało Martina Niemöllera i tylko dzięki temu, że był członkiem partii i starym weteranem nie poniósł większych konsekwencji.

Jeszcze w kwietniu tego samego roku opuściłem Drawno, aby rozpocząć dalszą naukę w Winsen. Nie miałem tam dostępu do kościoła; brakowało mi osobowości proboszcza Rohra. Podczas mojego urlopu w lecie 1940 widziałem go na drawieńskiej plaży ostatni raz, pomagał przy przeprowadzeniu egzaminów pływackich. Był do końca w szczególny sposób autorytetem dla miejscowej młodzieży, a i innych ludzi duchowo wzmacniał.”

Niemiecka pocztówka sprzed 1939 roku przedstawiająca wnętrze drawieńskiego kościoła.

Niemiecka pocztówka sprzed 1939 roku przedstawiająca wnętrze drawieńskiego kościoła.

Opracował: Marian Twardowski

Zatom

Krótka historia Zatomia wg Waltera Schumachera

Tak jak Konotop (Friedenau) wtula się we wnętrze łuku Drawy, tak po zewnętrznej jej stronie, niczym cieniutki półksiężyc, przytula się do niej teren Zatomia (Zatten). Kręta dolina Drawy tworzy jego północną i wschodnią granicę. Wzdłuż zachodniej granicy przebiega stara rynna roztopowa, w której leżą kolejno konotopskie moczary, jezioro Konotop i jezioro Rokiet. Na wieś napiera rzadko zadrzewiony las sosnowy i wkrótce rozpoznać możemy, że znajdujemy się na terenie piaszczystych łąk, co potwierdza również niewysoka stawka podatkowa – jedyne 1,67 marki za hektar.

Zatom należy do grupy nowych wsi, które powstały na naszym obszarze Drawy w okolicach roku 1600 w następstwie karczunku. Jako data założenia wsi podawany jest rok 1601. Podczas klasyfikacji wiosek z 1718 roku Zatom zaliczono do okręgu Bierzwnik (niem. Marienwalde) i oprócz sołtysa mieszkało w nim sześciu chłopów, czterech półchłopów i ośmiu najemców.

„Pola są piaszczyste, miejscami tak bardzo, że przepędza je wiatr. Ludzie muszą kupować ziarno na chleb, dlatego zwolnieni są z jednej trzeciej podatku za ziemię. Łąki i hodowla bydła są słabo rozwinięte. Czterej rolnicy hodują w specjalnie po temu przygotowanych dziuplach pszczoły. Kościelny co trzeci rok wysiewa na swoim podwórzu miarę żyta.” Wszystko to nie maluje zbyt pięknego obrazka…

Gospodarze rolni z Zatomia byli zobowiązani do płacenia dziesięciny od hodowli cieląt, jagniąt i koźląt. Podatek ten został w 1832 r. przemieniony w stałą roczną rentę, która wynosiła dla każdego pełnego rolnika siedem srebrnych groszy i sześć fenigów, a dla półrolnika trzy srebrne grosze i dziewięć fenigów.

W 1840 r. prawo własności wyprodukowanej żywności przeniesione zostało na gospodarzy rolnych z Zatomia (dotychczas wszystko co wzeszło na danych włościach należało do państwa). Ustalono przy tym dokładnie, jaką sumę każdy z gospodarzy musi płacić rocznie w ramach uposażenia służby, procentu od ogrodów i łąk, dzierżaw, procentu od spadku, dziesięciny od bydła, owies od morgi i od drzewa. Wszyscy razem zobowiązani byli do odstawienia trzech miar owsa polnego. Pańskie wyposażenia gospodarstw nie były zwracane, a spłacane gotówką w przeciągu czterech lat. Gospodarze rolni odmówili prawa do bezpłatnego korzystania z drzewa użytkowego i budowlanego z radomskich lasów, w związku z tym spotkali się oni z odmową w kwestiach pomocy budowlanej i innego wsparcia ze strony skarbu państwa. Podmiotem sporu pozostały leżące przy zachodniej granicy konotopskie moczary.

W roku 1852 nastąpił podział wspólnoty. Celem było zniesienie warunków ochronnych i wspólne użytkowanie dóbr drzewnych, połączone z wymianą wszystkich terenów uprawnych i gwarancją rekompensaty ziemi w najlepiej służącym celom rolnym położeniu.

Właściciel posiadłości sołtysa w Zatomiu miał prawo, według przywileju z 25 kwietnia 1689 r., do pobrania drzewa opałowego w postaci składowego z radomskich lasów w zamian za roczną opłatę w wysokości szesnastu srebrnych groszy i jedenastu fenigów. W celu zniesienia tego uprawnienia urząd skarbu leśnictwa wyznaczył mu w 1856 r. roczną rentę w wysokości 24 talarów 24 srebrnych groszy i 4 fenigów. Zatomskie probostwo otrzymywało rocznie bezpłatnie 60 metrów drzewa sosnowego pierwszej klasy z radencińskich lasów. Prawo to zniesione zostało w 1879 r. w zamian za jednorazową rekompensatę w wysokości 2400 Marek – dwudziestokrotnej wartości rocznej (120 marek).

Również prawo dostępu do pastwisk na terenach radencińskiego polesia zostało zatomianom hodującym bydło i owce odebrane w latach siedemdziesiątych, głównie za pieniężnym odszkodowaniem, niekiedy w zamian za ziemię. Ostatecznie (w latach 1877/79) zniesiono również obowiązek oddawania probostwu i kościelnemu podatku w życie, jajach, mięsie, podatku rocznym i noworocznym, wełnie i owczym serze jednorazową spłatą w wysokości 25-krotnej rocznej wartości tego podatku.

Do roku 1878 r. zatomski kościół pozostaje kościołem matczynym z kościołem-córką w Radencinie. Od tego roku stosunek ten ulega zmianie.

Kościół mieści się w skromnej, ale odpowiedniej budowli z wysuniętą, odeskowaną, ukośnie nabijaną drewnianą wieżą. Jego budowa sięga czasów założenia wsi – kręta drewniana kolumna podtrzymująca balkon organisty nosi datę 1615. Wyryte obok nazwisko Hans Hadermann nosił artysta, który wykonał wyposażenie wnętrza, a które na przestrzeni trzech stuleci uległo znacznemu odkształceniu na skutek grubej warstwy farby (ponawianej przez ponad trzy stulecia). Od czasu odbudowy w 1930 roku cały kościół prezentuje przyjemny widok. Oba dzwony odlane zostały w 1654 r. przez Dietricha Kessler z Kostrzyna. Na większym z nich figuruje nazwisko dyrektora Urzędu w Bierzwniku Bernda von Waldow jako reprezentanta państwowego patronatu, za nim przywołane jest nazwisko proboszcza i przewodniczącego wspólnoty kościoła.

Charakter wsi znacznie się zmienił w ciągu ostatniego stulecia. Potężne dotychczas gospodarstwa w dużym procencie rozbite zostały na mniejsze. Wraz ze sztuczną ulicą i tartakiem w Zatom wstąpił nowy duch.

Jako że już wcześniej była to wieś podlegająca rządowi, posiadająca dziedzicznych gospodarzy, niemała liczba rodzin związana jest z tym miejscem od stuleci – okoliczność o wielkim znaczeniu w obecnych czasach.

Przy 1312 hektarach powierzchni Zatom zamieszkuje 437 mieszkańców. Za sprawą zniesienia dzielnic wokół posiadłości wzrósł obszar wsi oraz liczba jej mieszkańców. Razem z Kolonią i leśniczówką Piaseczno (Paetznickerie), smolarnią i leśniczówką Niezimica (Nemischbusch) obszar Zatomia wynosił 1334 hektary, a zamieszkiwały go 463 osoby. (Zatten . Heimatgruß – Rundbrief Nr 156/ 1977 str. 13-14)

Tłum. Aldona Moder i Marian Twardowski

Kanonik z drawieńskiego cmentarza

Kanonik z Drawieńskiego Cmentarza 1Jerzy Oszkiel (16 stycznia 1939 – 16 lutego 2008), ksiądz katolicki, kanonik. Urodził się w Stołpach woj. Nowogródek. Był synem Piotra i Jadwigi Oszkiel z.d. Kławsiuć. W czasie wojny po zajęciu tych terenów przez wojska radzieckie (w 1939 roku) rodzina została wysłana na Syberię. Podczas transportu matce z małym dzieckiem udało się zbiec i ostatecznie zamieszkali u jej rodziny w Derewnie. Cudem przeżyli wojnę. Ojciec jednak do domu nie powrócił, trafił do armii Andersa i podczas ewakuacji z ZSRR do Persji zmarł na statku z wycieńczenia. Syn w sierpniu 1945 przyjechał z matką do Drawna, które stało się jego rodzinnym miastem. 1.09.1945 rozpoczął naukę w Szkole Podstawowej w Drawnie. 20.06.1946 przystąpił do I Komunii Świętej, jesienią tego roku został bierzmowany. Po ukończeniu podstawówki rozpoczął w 1952 r. naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Choszcznie. Początkowo mieszkał w internacie, a po roku nauki zaczął dojeżdżać do Choszczna pociągiem. Z dniem 10.10.1956 r. został przyjęty do Seminarium Duchownego Ordynariatu Gorzowskiego w Gościkowie – Paradyżu. W 1959 musiał przerwać studia z powodu powołania do zasadniczej służby wojskowej. „Po wojsku” powrócił do seminarium. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk bp. Pluty 21.06.1964 w kościele pw. Świętej Rodziny w Pile. Mszę św. prymicyjną odprawił w niedzielę 05.07.1964 w Latowiczu. Od 22.06.1964 do 20.06.1966 pracował w parafii pw. św. Jadwigi w Zielonej Górze, po czym do 20.08.1968 pracował w parafii p.w. św. Andrzeja Boboli w Gościnie. Na tej placówce ciężko zachorował, zdiagnozowano u niego wyczerpanie nerwowe. Po urlopie zdrowotnym i rekonwalescencji pracował od.20.08.1968 do 14.09.1968 w parafii p.w. św. Michała Archanioła w Łebuni. Następnie do 07.07.1969 był notariuszem i kapelanem bp. Ignacego Jeża. Później pełnił kolejno posługę kapłańską w Kłodawie – parafia Matki Bożej Różańcowej (29.01.1969 – 30.12.1970), w Krajniku – parafia p.w. św. Andrzeja Apostoła (01.01.1971 – 27.07.1971), w Moryniu – parafia p.w. Świętego Ducha (27.07.1971 – 19.06.1972), w Witnicy (01.07.1972 – 24.03.1973), w Gorzowie Wlkp. – rezydent parafii p.w. Trójcy Świętej (24.03.1973 – 03.10.1973), w Krośnie Odrzańskim – parafia p.w. św. Jadwigi Śląskiej (03.10.1973 – 01.08.1975), w Toporowie (01.08.1975 – 01.07.1976), w Ośnie Lubuskim (01.07.1976 – 26.07.1977), w Kowalowie (26.07.1977 – 13.11.1979). Będąc wikarym w Kowalowie, ukończył 22.01.1979 studia magisterskie na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Od 13.11.1979 rozpoczął posługę kapłańską w parafii pw. Matki Bożej Różańcowej w Żarkach Wielkich w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, był tam  samodzielnym wikariuszem, a od 30 czerwca 1981 pracował  już jako proboszcz. W 1987 roku jego staraniem wybudowano ołtarz główny z płytek marmurowych – obramowanie obrazu Matki Bożej Różańcowej. Organizował grupy modlitewne, wspólnoty Akcji Katolickiej i Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Z okazji 50-lecia ustanowienia administracji apostolskiej z siedzibą w Gorzowie otrzymał 15 sierpnia 1995 z rąk ks. bp. Adama Dyczkowskiego tytuł kanonika honorowego. W dniu 09.05.1997 zmarła w Drawnie jego matka Jadwiga Oszkiel, po stracie męża nigdy nie wyszła za mąż. Na jej pogrzeb przyjechało wielu kapłanów. Mszę świętą prowadził były drawieński wikariusz ks. bp. Jan Gałecki. Pochowana została na cmentarzu w Drawnie. Jerzy Oszkiel był jej jedynym dzieckiem.

Kanonik z Drawieńskiego Cmentarza 2W 1997 rozpoczął remont kościoła, podczas którego odnowiono jego wnętrze (położono panele i płyty kartonowo-gipsowe) i odmalowano ambonę oraz dokonano renowacji stacji drogi krzyżowej. W 2000 roku na miejscu starego krzyża znajdującego się przed kościołem postawiono nowy, wykonany z drewna, na którym widnieje napis „ratuj duszę swoją”. Pod koniec 2003 roku rodzina Mukoidów  z Żarek Wielkich ufundowała świątyni witraż przedstawiający Matkę Bożą. Ksiądz Oszkiel ciągle chorował, w listopadzie 2007 nastąpiło znaczne pogorszenie jego zdrowia, trafił do szpitala, z którego wypisał się na własną prośbę. 25.11.2007r., argumentując złym stanem zdrowia, złożył rezygnację z administrowania parafią. Przeszedł na emeryturę i 18 grudnia 2007 przeniósł się do Domu Księży Emerytów w Zielonej Górze. Ksiądz Kanonik Jerzy Oszkiel zmarł 16 lutego 2008 w Zielonej Górze. Uroczystościom żałobnym 20 lutego w Żarkach Wielkich przewodniczył bp Stefan  Regmunt. Pogrzeb z udziałem ks. bp. Pawła Sochy odbył się 21 lutego w Drawnie. Był człowiekiem niezwykle skromnym, całe mienie, jakie pozostawił, mieściło się w walizce, którą przed śmiercią spakował. Do końca życia pozostawał w wielkiej przyjaźni z proboszczem drawieńskim ks. kan. Stanisławem Gulczyńskim.

Andrzej Szutowicz

Literatura

  • Fot.1. Jerzy Oszkiel syn Piotra i Jadwigi. http://www.laliny.mazowsze.pl/albumy/alb_oszk-bien/slides/oszk_jerzy.html
  • Fot.2. Piotr Oszkiel (1900) syn Jana i Marianny Brauła z żoną Jadwigą. http://www.laliny.mazowsze.pl/albumy/alb_oszk-bien/slides/oszk_piotr-jadwiga.html
  • ks. dr hab. Robert Romuald Kufel, Materiały archiwalne w tym wspomnienie ks.bp.Pawła scha o ks.kan. Jerzym Oszkiel. Archiwum Diecezjalne w Zielonej Górze.