Komisariat Graniczny Konarzyny w sk-ad którego wchodzi-a  Placówka SG Kie-pin Szosa

Kilka słów o książce „Chojnice 1939″*

W księgarniach nakładem Wydawnictwa Bellona ukazała się książka, która – sądząc po tytule „Chojnice 1939” – powinna nie tylko podsumować i uzupełnić wiedzę, ale i sprostować niektóre informacje o walkach w rejonie Chojnic. Autorzy – Andrzej Lorbiecki i Marcin Wałdoch poświęcili w niej dużo miejsca Straży Granicznej. Niestety, po zapoznaniu się z treścią tej pozycji nadzieja, że w końcu ktoś w miarę rzetelnie przedstawił udział w walkach 1-go września 1939 r. komisariatów Komendy Obwodu (Inspektoratu Okręgowego) SG Chojnice znajdujących się na kaszubskich Gochach okazała się złudna. Już po przeanalizowaniu trzech stron dotyczących tego terenu, okazuje się, że takiej próby nie podjęto i niemal wszystko, co dotąd budziło wątpliwości w działaniach strażników granicznych, nie zostało wyjaśnione, a jedynie niemal bezkrytycznie powtórzone na podstawie znanych już źródeł. Wiadomym jest, że ten drobny wycinek ówczesnych zmagań nie miał decydującego znaczenia dla opisanych działań i, gdyby został jedynie wspomniany, nie wpłynęłoby to poważnie na stronę merytoryczną pracy. Oczywiście pominąć go nie można, gdyż Komisariat SG Konarzyny był organicznym elementem Zgrupowania „Chojnice”. Ale jeśli już podjęto się przedstawić tę tematykę szerzej, to należało to zrobić rzetelnie, tym bardziej, że dokumentów opisujących te wydarzenia jest mało. Książka nie wyjaśnia pewnych wątpliwości nazewniczych, gdyż brak jest w niej definitywnej odpowiedzi na to, czy GO „Czersk” to Grupa Operacyjna, Grupa Osłony czy Grupa Osłonowa. Wydaje się, że stosowane określenie Grupa Operacyjna jest raczej zwyczajowe. Podobnie autorzy użyli nazwy Komisariat Lipnica, a w 1939 r. dzisiejsza Lipnica nazywała się Lipienice, stąd był to Komisariat SG Lipienice. Nie wyjaśniono przekonywująco również kwestii stopni strażników granicznych; gdyby tak było, że wszyscy mieli już wprowadzone stopnie wojskowe, to prezydent Kaczyński zamordowanych strażników granicznych na Wschodzie awansowałby na wyższe stopnie wojskowe lub na wojskowo brzmiące SG, tymczasem awanse dla niektórych zamordowanych wiązały się z nadaniem stopni wojskowych, a dla innych – z nadaniem stopni Straży Granicznej. Mimo że przed wojną nastąpiły regulacje prawne odnośnie stopni, galimatias w tym zakresie jest duży, także w dokumentach, co widać w wielu innych publikacjach dotyczących Straży Granicznej. Sprawy te wymagają jaśniejszego i konkretnego przedstawienia, gdyż wielu strażników posiadało niskie stopnie SG, a wysokie wojskowe – w tym oficerskie, stąd nie mogli z chwilą wojny nosić niższych rang wojskowych przypisanych do aktualnego stopnia w SG. Co ciekawe, dowódca Zgrupowania „Chojnice” pułkownik Tadeusz Majewski podporządkowanego sobie komendanta Komisariatu SG Konarzyny – Piotra Marciniaka, tytułował według jego stopnia w SG, czyli komisarzem, a był on porucznikiem rezerwy Wojska Polskiego. Mimo że tyle lat minęło od zakończenia wojny, problemy nazewnicze są nadal bolączką naszej historiografii i nie dotyczą tylko interpretacji skrótów typu GO. Bardzo często korzystający ze źródeł, chcąc rzetelnie je przestudiować, tracą wiele czasu na sprawdzanie tego, co już sprawdzane być nie powinno. Na przykład (nie dotyczy książki), czy w odniesieniu do SG prawidłowa jest nazwa „pluton wsparcia” czy „pluton wzmocnienia”? Tu nasuwa się ogólny wniosek, że przydałaby się porządkująca ten problem „ errata nazewnictwa”, która na pewno pomocna byłaby dla miłośników historii i hobbystów…

Komisariat StraÄ-Ä-y Granicznej Konarzyny. WÄ-â  .Jacek PLAKNiestety obecna wiedza o działaniach Straży Granicznej w rejonie Konarzyn jest bardziej legendarna niż merytoryczna i omawiana tu książka tej wiedzy ani nie poszerza, ani nie porządkuje. W „Chojnicach 1939” powielany jest pogląd, że walki w rejonie Konarzyn trwały do godziny 10-tej, tymczasem autorzy przedstawiają jedynie samotny ostrzał strażnika Tomasza Musiała i chaotyczny obudzonego strażnika Rozmarynowskiego. Patrząc na dzisiejsze Konarzyny, nie widzimy w nich śladów tamtych walk. Nie można jedynie wykluczyć wspomnianych pojedynczych strzałów strażnika Musiała, który być może spowodował, że Niemcy wstrzymali się od czołowego wejścia do wsi i ją obeszli, co też nie jest pewne, gdyż manewr obejścia mógł być uprzednio zaplanowany i obok osaczenia Komisariatu Konarzyny miał na celu szybkie zneutralizowanie Placówki SG I Linii Babilon. Ponadto wspomniany strażnik Rozmarynowski jako emeryt nie był już w służbie czynnej; w Konarzynach nie było kompanii wzmocnienia, a jedynie przydzielony do komisariatu pluton wzmocnienia rekrutujący się z pododdziałów Obrony Narodowej. Całość sił porównywalna była z kompanią (stąd stosowana nazwa kompania „Konarzyny”). Stan osobowy Komisariatu SG Konarzyny i pluton wzmocnienia nie wycofał się do Swornegaci rano 01.09.1939 r. Zrobiono to znacznie wcześniej, gdyż komendant komisariatu kom./por. Piotr Marciniak musiał wykonać rozkaz dowódcy płk. Majewskiego, który otrzymał w dn. 28.08.1939 r. Co ciekawe, w rozkazie tym płk Tadeusz Majewski używa nazwy Grupa Osłony Czersk. Ponieważ komisarz Piotr Marciniak przyszedł do Konarzyn tuż przed wybuchem wojny ok. 18.08.1939 r., to nie zdołał poznać podległego sobie terenu. Z drugiej strony dziwi wyznaczenie nowego komendanta w sytuacji bezpośredniego zagrożenia państwa, tym bardziej, że poprzedni wieloletni komendant kom./kpt. rez. Kazimierz Kociatkiewicz znał rejon Konarzyn doskonale, a i wojskowo należał do najbardziej intensywnie szkolonych komisarzy SG. Por. rez. Marciniak w Wielkiej Wojnie służył w armii niemieckiej, był odznaczonym Krzyżem Żelaznym II kl., frontowcem, działał w Polskiej Organizacji Wojskowej, od stycznia 1919 r. – 12.03.1921 r. służył w WP, walczył o granice. W Straży Granicznej przeszedł kurs wywiadu i solidne przeszkolenie sportowe. Po analizie jego drogi życiowej sądzić można, że był bardziej oficerem wywiadu, niż dowódcą. Mając mało czasu, skupił się na zasadniczym celu zadania, który było mu najłatwiej wykonać, czyli na przygotowaniu obrony w rejonie przepraw Swornegacie i Małe Swornegacie, w tym na zaminowaniu mostu w Swornegaciach. Reasumując, zasadnicze siły Komisariatu Konarzyny w dniu 01.09.1939 r. były w Swornegaciach, natomiast na placówkach pozostali tylko wyznaczeni do pełnienia służby na punktach obserwacyjnych (najczęściej jeden strażnik plus dwóch żołnierzy ON). Taki system ochrony granicy wprowadzono z chwilą zagrożenia wojennego, tj. zrezygnowano z patrolowania granicy i ograniczono się do jej obserwacji z punktów. Potwierdzenie tezy o wcześniejszym opuszczeniu posterunków komisariatu uzyskamy po przeanalizowaniu podanych przez autorów przedziałów czasowych i pominiętym przez nich epizodzie związanym z poranną mszą świętą w Swornegaciach, która według W. Stanisłąwskiego, była odprawiana tuż przed albo w trakcie wysadzenia mostu. Autorzy nie wyjaśniają przebiegu walk przy tej przeprawie, nie opisują chaotycznego i pośpiesznego wysadzenia mostu, co kosztowało życie jednej osoby cywilnej (ciężko ranna zmarła po kilku dniach), a strażnikom uciekającym z posterunków (którzy pełnili służbę) odcięło drogę odwrotu. Nie opisują obrony w tym rejonie, gdzie (co autorzy przyznają) z całą pewnością po obu stronach byli polegli. Przemilczano kwestię porzuconej dokumentacji wywiadowczej, która dostała się w ręce niemieckie. Potem na jej podstawie wszczęto poszukiwania współpracowników Straży Granicznej z rejonu Konarzyn, co dla wielu z nich skończyło się śmiercią. Autorzy poszerzyli zakres przekazywanej wiedzy i wyszli niejako poza Zgrupowanie „Chojnice”, gdyż poświęcili nieco miejsca pozostałym dwóm komisariatom SG na Gochach, które miały inną podległość służbową. Niestety, czy zgodnie z przyjętą koncepcją książki, czy celowo bądź z braku wiedzy na ten temat, zbagatelizowano ich działania, w tym ewakuację m. Lipnice. Nie wspomniano nic o wysadzeniu mostu w Upiłce i potyczce nad rzeką Zbrzyca, gdzie zginął na polu chwały starszy strażnik Antoni Mikołajczak, dowódca Placówki II Linii Lipienice, który w tabeli na str. 24. jako jedyny dowódca palcówki Komisariatu SG Lipienice nie został z nazwiska wymieniony. Autorzy nie wspominają też o tragicznej obronie strażników w Skoszewie, którą dwóch z nich przypłaciło życiem (wg W. Stanisławskiego byli to strażnicy graniczni Leszczułowski i Koziarski, jednak nazwiska te wymagają sprawdzenia). Ponadto wymieniony jako komendant Komisariatu SG Lipienice kom. Ludwik Weigel nie był nim 01.09.1939 r. Od czerwca 1939 r. był nim aspirant Kazimierz Bielecki; wymieniony w książce komendant Komisariatu SG Brzeźno Szlacheckie, Czesław Chludziński, też nie był na Gochach, tylko na Węgierskiej Górce jako dowódca schronu „Wąwóz”. Strażnik Tomasz Musiał (ur. 20.11.1897 r.) z Komisariatu SG Konarzyny nie zginął, jak napisali autorzy, w 1939 r. Musiał i inni rozproszeni strażnicy z żołnierzami ON przeszli przez Brdę. Potem było Świecie i dramatyczna przeprawa przez Wisłę. Gdy będąc w łódce przewoźnika, pokonywał Wisłę, nadleciały nieprzyjacielskie samoloty. Atak był celny, trafiona została łódź, Tomasz Musiał został ranny w głowę i rękę, na szczęście w porę wyciągnięto go z wody. Rannego strażnika opatrzono w Chełmnie, okazało się, że może iść dalej. W Kutnie trafił do szpitala. Do niewoli dostał się na trasie Toruń – Warszawa. (Według jednej z wersji po przeprawie trafił do szpitala w Toruniu, tam opatrzono mu rany i podobno brał udział w obronie Warszawy). Osadzono go w Stalagu II B Hammerstein (Czarne). Potem przewieziony został do aresztu śledczego w Chojnicach, a stąd do fortów toruńskich. W końcu września jego żona z trójką dzieci powróciła do Konarzyn. By przeżyć, ciężko pracowała. Zły stan zdrowia spowodował, że Tomasz Musiał w 1942 r. został zwolniony do domu, a faktycznie trafił na roboty przymusowe do bauera, codziennie wielokrotnie musiał się zgłaszać na posterunek policji. Ponownie aresztowany przepadł bez wieści. Po walkach w Swornegaciach siły ON i strażników granicznych uległy rozproszeniu. Komendant Piotr Marciniak przedostał się z małą grupką swoich podoficerów do ośrodka w Rawie Ruskiej, został dowódcą 3 kompanii w batalionie cyklistów ppłk. Karola Bacza (dzisiejszy patron Morskiego Oddziału Straży Granicznej w Gdańsku). Walczył pod Kamionką Strumiłową i Rawą Ruską. I tu ciekawostka – w tej samej bitwie brał udział urodzony w Prądzonie, a pochowany na przykościelnym cmentarzu w Borzyszkowach por. Józef Gierszewski ps. „mjr Ryś”, późniejszy „komendant wojskowy TOW Gryf Pomorski”. Marciniak do niewoli dostał się 25.09.1939 r. w okolicy stacji kolejowej Zielona koło Buska (w rej. Lwowa). Zginął najprawdopodobniej w obozie zagłady, inne źródła podają, że na Wschodzie, lecz na znanych listach rozstrzelanych nie widnieje. Ogólnie spośród strażników związanych z Konarzynami wojny także nie przeżyli: zastępca komendanta, starszy przodownik SG Ignacy Markowski (zamordowany został 15.12.1944 w Mauthausen), przodownik SG Nikodem Janiak z Placówki I Linii Konarzyny (29.08.1898 – 18.04.1941 KL Mauthausen), przodownik SG Leon Przybysz z Babilonu, Stanisław Poprawa (zamordowany 18 stycznia 1945 w Radogoszczy) również z Placówki I Linii Babilon. Zaginęli bez wieści w 1939 r. strażnicy SG i podchorążowie rezerwy WP Tadeusz Cieślak i Władysław Wersztajn – najprawdopodobniej zginęli na polu chwały. Jeden z nich mógł zginąć w Swornegaciach lub przy siedzibie placówki w Babilonie. Ponadto wspomniany były komendant Kazimierz Kociatkiewicz zamordowany został w Katyniu (pośmiertnie awansowany przez Pana Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na stopień majora WP), a emerytowany przodownik SG Ludwik Urbaniak zginął w marszu śmierci KL Stutthof w 1945 r. W marszu tym uczestniczył także więzień tego obozu Franciszek Golis, który nie był – jak napisano – przodownikiem i dowódcą Placówki I Linii SG Kiełpin Szosa. Posiadał on stopień strażnika lub starszego strażnika i był przewodnikiem psa, dowódcą tej placówki był najprawdopodobniej pochodzący z miejscowości Rytel st. str. Kosiedowski Bolesław (ur.01.11.1899 r.), który zajmował to stanowisko od 1938 r. Odnośnie Straży Granicznej na Gochach, przyczyną wystąpienia w książce tylu błędów jest bezkrytyczne oparcie się jej autorów na zamieszczonych w „Zbliżeniach” artykułach z lat 1982/ 1983 Władysława Stanisławskiego pt. „Historia płonącego pogranicza”. Cykl ten w sposób ciekawy przedstawił atmosferę panującą na ówczesnym pograniczu, niestety oparty był głównie na relacjach uczestników tych zdarzeń i świadków, a że spisany był ponad 40 lat od wybuchu wojny, stąd wiele w nim sprzeczności, niedomówień i przeinaczeń. Tak więc praca W. Stanisławskiego wymaga weryfikacji i porównań z dokumentami, a tych nawiązujących do 1939 r. jest mało. Niepozbawione błędów jest także będące źródłem opracowanie kpt. Stanisława Rosta „Straż Graniczna w walkach o Chojnice w 1939 r.” (WPH nr 3/1989). Jesienią 2012 r. w miejscowości Swornegacie odbyły się organizowane przez Fundację Naji Gochë z Borowego Młyna kolejne „Spotkania na Gochach”, które tradycyjnie miały formę konferencji regionalnej. Poświęcone były Straży Granicznej na tym „cyplu” Kaszub. Podczas spotkania zwiedzano nie tylko miejsca, gdzie znajdowały się placówki komisariatów Konarzyny, Lipienice i Brzeźno Szlacheckie, ale także dzielono się wiedzą na temat walk obronnych i tragedii z nimi związanych. Wypracowane wówczas wnioski sprostowały pewne niedomówienia i fałszywe przekazy dotyczące tego tematu i na ich bazie powstały publikacje w Dzienniku Bałtyckim, Merkuriuszu Człuchowskim i Biuletynie CSSG. Inne czekają na wydrukowanie. Należy żałować, że autorzy książki nie natrafili na dorobek tych „Spotkań”. Argument, że była to mało znacząca konferencja nie wchodzi w rachubę, gdyż uczestniczył w niej wicestarosta powiatu chojnickiego Przemysław Biesek-Talewski, były poseł PIS Piotr Stanke i historycy tej rangi co dr Marian Fryda, Wiktor Zybajło czy ppłk SG dr Wojciech Grobelski. Autorzy książki najprawdopodobniej nie natrafili na źródła niemieckie, stąd brak jest w niej niemieckiego spojrzenia na walki na Gochach. Otóż takie źródło istnieje, jest to relacja działań jedynej jednostki niemieckiej, która wtargnęła na Gochy we wrześniu 1939 r.; był to 32 Grenzwache Regiment von Bothmer. Pozycja ta nosi tytuł „Das verstärkte Grenzwacht-Regiment Freiherr von Bothmer im Polen-Feldzug 1939 von einem Mitkämpfer. Verlag Bütower Anzeiger, Bütow in Pommern o.J. Bütower Anzeiger, 1940”. Najprawdopodobniej jej autorem był sam dowódca pułku ppłk Karl baron von Bothmer (całkowicie w książce pominięty). Odnotowano w niej, że: „…1 września o 4:45 z uprzednio zajętych pozycji bataliony przekroczyły granice Polski. Celem ataku był Cypel Brzeźniowski (niem. Briesener Zipfel), który jako część ówczesnej Polski, głęboko wcisnął się w okolicy Miastka w niemieckie terytorium. Zadaniem pierwszego dnia wojny było odcięcie na linii jezior i rzeki znajdujących się tam sił polskich. Linia ta biegła od Jeziora Somińskiego, a kończyła na południu na Jeziorze Charzykowskim. Na północy zamierzone cele zostały osiągnięte bez walki do godzin południowych. Okazało się później, że przez błędny wywiad nie wiedzieliśmy, iż siły polskie były skoncentrowane na południe od Bytowa, gdzie rozmyślnie rozmieszczono je w kilku granicznych punktach. Dla Polaków ich ostatnie położenie było ryzykowne i w konsekwencji „Cypel” został opuszczony. Tylko batalion „Schleyer” (batalion nazwany od nazwiska dowódcy nadszedł z kierunku Korne – Konarzyny”) w godzinach południowych na zachód od Swornegaci stoczył walkę z kontratakującymi oddziałami, które atakowały tam, gdzie jest przejście przez Brdę. To pierwsze zwycięstwo zostało Pododdzia- Strazy Gricznej IG Chojnice na Gochach.W-asno--.Jacek Plakwywalczone bez znacznych strat po stronnie batalionu. Na zdobytym obszarze i po naprawieniu mostów przez saperów pułk w ciągu 3 dni parł naprzód, przełamując w walce linie obrony. Potem rozpoczął się jednodniowy marsz na północny-zachód w kierunku Kościerzyny …”. Jak widać, autor wolał się nie skupiać na szczegółach, bo w przypadku von Bothmera nie zawsze mogły one być pozytywne dla jego wizerunku. Ten agresor na Gochy z 1939 r. został w 1947 r. rozstrzelany w Jugosławii jako zbrodniarz wojenny. Przedstawiona relacja (tłum. Marian Twardowski) obala także utrwalony pogląd jakoby 16 pułk ułanów przez swą aktywność zatrzymać miał jeden z batalionów tego niemieckiego pułku i zmusić go do powrotu na pozycje wyjściowe. Tymczasem 16 p.uł. nikogo nie zatrzymał, tylko zwinął obronę przeprawy na rz. Zbrzyca w m. Laska, czym naraził na śmiertelne niebezpieczeństwo maszerujące w jej kierunku pododdziały komisariatów Lipienice i Brzeźno. Nic dziwnego, że pasjonaci historii ułanów 16- tki ten epizod całkowicie ignorują, bo świadczy on bardziej o tchórzostwie niż nierozwadze. Strat będących wynikiem tego czynu, jak dotąd, nie zbilansowano, na pewno był to główny powód rozproszenia nie tylko strażników granicznych. Dla wielu z nich skończyło się to niewolą, dla innych cierpieniem, a dla dowódcy Placówki II Linii Lipienice – utratą życia. Są przesłanki ku temu, by twierdzić, że ofiar śmiertelnych było więcej. Wniosek ten jest efektem rekonesansu w terenie z 2013 r. Jednym z jego uczestników był pochodzący ze Skoszewa emerytowany nauczyciel z Lipnicy Czesław Cyra, dzięki któremu zrewidowany został obraz pierwszych godzin wojny w Skoszewie. Na pewno pozytywnym walorem książki jest wielowątkowe przedstawienie działania 18 pułku ułanów pomorskich. Zaprezentowano wiele relacji, lecz brak jest do nich komentarza i własnych interpretacji. Czytając rozdział o 18 pułku ułanów, ma się wrażenie, że autorzy wiedząc, iż tylko trzech lub czterech (inne źródła podają jedenastu) żołnierzy niemieckich zostało rannych, jakby obawiają się powiedzieć czytelnikowi jasno: pod Krojantami nikt z Niemców nie zginął. Przy stratach własnych 25 ułanów tragizmu tej szarży nawet legenda nie obroni. Książka nie wystawia też oceny negatywnej dowódcy pułku płk. Mastalerzowi za wręcz karygodne pozostawienie na głównych pozycjach walczącego pułku i udanie się ku śmierci z grupą manewrową. Do tej pory badacze tej szarży zastanawiają się, dlaczego to zrobił. Broniący Mastalerza wspierają się regulaminami, inni nawet podają argument, że ze względu na pogmatwane życie osobiste chciał zginąć. Przyczyna może być inna, płk Mastalerz pułk objął ceremonialnie 20.08.1939 r. i, podobnie jak komisarz Piotr Marciniak Komisariatu SG Konarzyny, nie zdążył go poznać. Stąd najprawdopodobniej nie miał pełnego zaufania do podwładnych, co spowodowało potrzebę nadzorowania wykonywanego przez nich zadania. Zamiana dowódcy pułku była działaniem kumoterskim gen. Grzmot- Skotnickiego, który by ściągnąć pod swoje rozkazy dawnego towarzysza broni, wykorzystał kłopoty zdrowotne aktualnego dowódcy płk. Tadeusza Kurnatowskiego, osoby szanowanej, znającej pułk i teren, na którym miał działać. Do tej pory odczytywane jest to jako poniżenie tego zasłużonego oficera. Los ze wszystkimi obszedł się okrutnie. Gen. Grzmot-Skotnicki zostawił znajdujących się w beznadziejnej sytuacji swoich żołnierzy i udał się do dowódcy armii po nowe stanowisko. Walczył w bitwie nad Bzurą, śmiertelnie ranny, zmarł w niemieckim lazarecie. Śmierć płk. Mastalerza pośrednio uśmierciła także pułk. Pułkownik Kurnatowski zmarł 28.09.1939 r. po tym, jak w ciągłym zagrożeniu przez wschodniego agresora doprowadził na Węgry dowodzony przez siebie Ośrodek Zapasowy Podolskiej Brygady Kawalerii, dzięki czemu ocalił życie wielu oficerom. Niestety nie uwypuklono w tym rozdziale genezy przyszłej tragedii 18 pułku ułanów, którą była słabość znajdującej się z lewej strony pozycji pułku kompanii SG, to ona – szybko ulegając naporowi nieprzyjaciela (przeciwnika), przedwcześnie zmusiła płk. Mastalerza do stopniowego wycofywania się na następne pozycje. Ostatecznie skończyło się to dla pułku fatalnie. W tym świetle defilada w Tucholi pododdziału SG kpt. Kraffta ma inny wymiar. Dlatego nie ma sensu delektować się opinią Guderiana, bo Polacy przeżyli tragedię, a Niemcy tylko stres. Atak polskich ułanów spowolnił działania niemieckie, lecz ich nie zatrzymał, na pewno nie zatrzymał 76 pp (zmot.), na który szarżował, gdyż ten po zajęciu m. Krojanty najprawdopodobniej wykonał swoje zadanie dnia. Natomiast, co autorzy potwierdzają, jeszcze po godz. 21-ej (szarża była ok. 19.00) inne niemieckie pododdziały 2 batalionu 69 pp (zmot.) skutecznie natarły na pozycje 3 szwadronu 18 pułku ułanów, praktycznie go rozbijając. Niefortunny jest też cytat niemiecki ze stron 201. – 202., w którym stwierdza się, że „2 DPZmot na prawym skrzydle nie posunęła się dalej poza pozycje wyjściowe”. Ten bezruch dywizji nie był konsekwencją szarży 18 pułku, tylko twardej obrony wspaniałego 35 pułku piechoty z Brześcia nad Bugiem ppłk dypl. Jana Maliszewskiego. Ciekawostką jest to, że pułk ten był macierzystą jednostką mjr Henryka Sucharskiego. Najważniejszym wnioskiem jest ten, że zasadnicze zadanie zostało wykonane, Niemcy nie osaczyli batalionu ON „Czersk”. Na pewno czytając ten rozdział, regionaliści z kręgu Naji Gochë czują satysfakcję, gdyż zyskali w niej wiele argumentów na poparcie lub zweryfikowanie poglądów zawartych w zaprezentowanym w „Naji Gochë” nr 42 opracowaniu „Płk Kazimierz Mastalerz (1894 – 1939) – życiorys z szarżą w tle”. (http://www.najigoche.kaszuby.pl/artykul/artykul=976,plk-kazimierz-mastalerz-1894-1939-zyciorys-z-szarza-w-tle/). Nie ulega wątpliwości, że książkę „Chojnice 1939” warto polecać i zachęcać do czytania, u każdego interesującego się tematem walk we wrześniu 1939 r. GO Czersk wywoła ona pozytywne emocje i dostarczy niezbędnej wiedzy na ukształtowanie swoich poglądów.

Andrzej Szutowicz Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie Oddział Konarzyny

*Andrzej Lorbiecki, Marcin Wałdoch „Chojnice 1939”. Wyd. Bellona. Warszawa 2014 r.


Na recenzję odpowiedzieli autorzy książki: odp autorów.

Tutaj też kolejna odpowiedź pana Szutowicza: odp recenzenta.

Barnimie na szlaku wielkiej historii

Nie tak dawno w luźnej rozmowie z zacnym mieszkańcem Barnimia mój rozmówca stwierdził; „no wie pan w naszym kościele był król Szwecji Karol X Gustaw i gorliwie się modlił, może warto to wydarzenie upamiętnić jakąś tablicą?”
„A Czarniecki?”- spytałem.
„Ależ, to był zbrodniarz palił, niszczył okolicę! Nie wie pan o tym?”
Popatrzyłem na uśmiechniętą dobrotliwą twarz wypowiadającego te słowa i do tej pory zastanawiam się czy to swoisty proniemiecki sposób ukazywania historii, czy zwykły kosmopolityzm powodują, że ludzie, którzy powinni dbać i przekazywać narodowe tradycje uprawiają swoistą dywersję w polskich mózgach.
Niemal w każdej publikacji nt. kościołów, które swym zasięgiem objęła reformacja wymienia się nazwiska ewangelickich kapłanów. O ich poprzednikach księżach katolickich panuje prawie cisza. Podobnie postępuje się w przypadku księży, którzy w morzu wiary ewangelickiej trwali w swoich katolickich parafiach. Dlaczego? Czyżby brak dokumentów czy też świadome działanie? Od ręki można przytoczyć w postaci pytania dowód. Kto znajdzie lub wie jak miał na imię ks. Jordan, w czasie wojny proboszcz katolickiego kościoła w Choszcznie? Postać wielce zasłużona dla podtrzymania wiary wśród Polaków, jeńców wojennych i robotników przymusowych…

W przypadku wojewody Stefana Czarnieckiego zbruzgał mu opinię ewangelicki diakon z Stargardu Szcz. Nazywał się Wilhelm Engelken i wiadomo o nim, że w latach 1652 – 1658 był diakonem, następnie 1658-1660 archidiakonem, a 1660 – 1683 pastorem w kościele mariackim w Stargardzie Szcz.

Potop

Feldmarszałek Arvid Wittenberg21 lipca 1655 r. feldmarszałek Arvid Wittenberg na czele liczącej 14 tysięcy żołnierzy z 72 działami armii wkroczył z Pomorza do Wielkopolski.. Tak rozpoczął się słynny „szwedzki potop”. Armia ta od początku odnosiła same sukcesy wręcz kompromitując Wielkopolan, którym brakowało woli walki, panował duch zdrady i kolaboracji. 25 lipca pod Ujściem skapitulowało szlacheckie pospolite ruszenie a szlachta rozjechała się do domów. 31 lipca Szwedzi bez walki zajęli Poznań. Na wieści z Polski czekała na Pomorzu druga szwedzka armia dowodzona przez samego króla Karola X Gustawa.
Gdy obejmował rządy po królowej Katarzynie. Zastał kraj w ruinie gospodarczej z pustym skarbcem. Wówczas miał wypowiedzieć myśl której sens był taki „Szwecja nie ma złota ale ma rudy żelaza a to oznacza że może mieć oręż. Mając oręż zdobędziemy bogactwa”. Wynika stąd, że już u zarania panowania tego władcy wkalkulowana została wojna i grabież. a co za tym idzie śmierć i zniszczenie. Śniła mu się Szwecja z Bałtykiem jako morzem wewnętrznym. Wojna ta mimo, że miała wymusić zrzeczenia się przez polskiego króla Jana Kazimierza (prawowitego dziedzica Wazów) praw do tronu szwedzkiego, z samego założenia miała być wojną zaborcza i łupieżczą. A problem korony Wazów był tylko zwykłym pretekstem. Wiadomo, że 12 tysięczna armia króla Szwecji jeszcze 4 sierpnia była rozłożona pod Choszcznem i czekała rozkazu wymarszu. Minęło kilka dni i na czele z Karolem X Gustawem ruszyła w kierunku przeprawy na Drawie.

14 sierpnia 1655 r. przekroczyła tę rzekę w Barnimiu. Czy wtedy król szwedzki modlił się w miejscowym kościele? Jeśli tak to była to modlitwa obłudnika. Minął jakiś czas i losy wojny odwróciły się przeciwko Szwedom, latem 1657 r. król opuścił Polskę, wiedział już, że Rzeczpospolitej nie pokona. Wracając ze swoją armią (możliwe, że tą samą drogą) 1 lipca 1657 r. wjechał do Stargardu. Wspomniany stargardzki diakon Wilhelm Engelken opisał tak to wydarzenie „przybył tu z Polski król szwedzki Carolus Gustawus i przeciągnął przez Stargard na czele pokaźnej armii konnej i pieszej w ślad za kilku oddziałami, które przemaszerowały już w dniach poprzednich”. Po czym Diakon niemal wykrzyknął „ Boże! Ten prawy wojownik niech będzie naszą opieką”
Armia „tego prawego wojownika” dokonała strasznych zniszczeń mimo, że większość polskich zamków i twierdz poddawała się bez walki, to zostały one złupione i obrócone w ruinę. Wiele wspaniałych rezydencji nigdy nie zostało odbudowanych. Szwedzi rozgrabili biblioteki i skarbce, wywożono nawet detale architektoniczne i relikwie świętych (np. św. Stanisława). Jednak najważniejsi są ludzie i tu skutki zachcianki Karola X Gustawa były tragiczne. Zniszczenia jakich w wyniku szwedzkiego najazdu doznała Polska były procentowo większe od zniszczeń II wojny światowej. Profanacja miejsc świętych była na początku dziennym. Straty w ludziach liczone są w setkach tysięcy. Blisko sto lat trzeba było Polsce by osiągnąć zaludnienie sprzed „Potopu”. W swoich czasach Karol X Gustaw uchodził za rozbójnika Europy a w kategoriach dzisiejszych był arcyzbrodniarzem. Widać to nie przeszkadza by w głowie zacnej osoby zrodziła się myśl uczczenia jego pobytu i modlitwy w Barnimiu.

Elektor, zdrajca w imię potęgi Prus.

Elektor brandenburski Fryderyk Wilhelm HohenzollernElektor brandenburski Fryderyk Wilhelm Hohenzollern był polskim lennikiem, zamiast jako książę Prus przyjść z pomocą Rzeczypospolitej, zdradził Jana Kazimierza i 17.01.1656 r. uznał się wasalem króla Szwecji, następnie wspomógł jego 9,5 tyś. armię i podporządkował mu swoją 8,5 tysięczną, czym przyczynił się do zdobycia Warszawy. Zdobycie Warszawy jest symboliczne gdyż od tej pory nie było polskiego pokolenie które nie przeżyłoby wejścia i pobytu obcych żołdaków w stolicy. Natomiast współudział Prusaków w zdobyciu Warszawy jest pierwszym zbrojnym wystąpieniem Prus Książęcych przeciw innemu państwu. Po pewnym czasie zdając sobie sprawę z możliwości klęski Szwecji elektor zmienił front. W 1657 r. z będącym nadal w trudnym położeniu Janem Kazimierzem zawarł tzw. traktaty welawsko-bydgoskie, na mocy których Hohenzollern i jego męscy potomkowie uzyskali prawa suwerenne w Prusach Książęcych. Jednocześnie Prusy uwolniły się od zależności od Polski i uzyskały pełną samodzielność aż do wymarcia rodu. Elektor dostał jako zastaw Drahim, przyjął w lenno Bytów i Lębork, otrzymał na własność Elbląg z zastrzeżeniem prawa wykupu (ostatecznie Elbląg nigdy nie został wykupiony).
Tak oto na nieszczęściu Rzeczypospolitej wykluwać zaczęła się potęga Prus która ostatecznie zniknęła dopiero w wyniku klęski 1945 r.

Przejście Drawy

We wrześniu za odchodzącymi Szwedami ruszyła z wielkopolskich Pyzdr na Pomorze ekspedycja pod wodzą Stefana Czarnieckiego. Teoretycznie wyprawa ta miała spowodować zamieszanie na tyłach wojsk Karola X Gustawa który zmagał się z Danią. Jednak z zachowanych źródeł wynika, że już od samego początku wyprawa ta była łupieżcza i obok manewrów na tyłach szwedzkich, została wymierzona przeciw „zdrajcy – sojusznikowi” elektorowi. Czarniecki, udał że nic nie wie o zawartym traktacie bydgoskim i ruszając za Drawę miał zwrócić do swoich oficerów: „Niech wie lis zdradziecki (elektor), czego się może po nas spodziewać. Mamy wciąż własnych chłopów z bydła i kur obdzierać? Lepiej elektorskich krów posmakujmy. Tak, panowie, na koń, I do Marchii! Tam należną zapłatę z elektora ściągniemy. Będzie on krzyczeć, to pewne, ale się tym zasłonimy, żeśmy o traktacie nie wiedzieli.” Dla Czarnieckiego elektor był takim samym zdrajcą jak rodzimi magnaci, którzy już bezkarnie zaczęli powracać w Polsce do łask. Więc możliwe, że polski wojewoda wymierzył elektorowi swoją sprawiedliwość.

Stargardzki diakon Wilhelm Engelke zanotował: „W roku pańskim 1657 dnia 17 (27 według nowego kalendarza) września przekroczył tereny Nowej Marchii w okolicach Barnimia polski wojewoda Czarniecki z wojskiem w sile 4000. 18 (28) września o godz. 8 stanął pod miastem Stargardem i usadowił się pod Klempinem.
Tymczasem jego żołnierze w grupkach po 10, 20, 30 i 40 chodzili po okolicznych wioskach, plądrowali mieszkańców, odbierali siłą konie, woły i inny inwentarz, zachowywali się wielce zuchwale, pozbawiali wolności szlachtę, duchownych i innych, żądając od nich okupu, gwałcili kobiety i dziewczęta”
Czy podana przez Wilhelma Engelke data przejścia Drawy jest prawdziwa?
Uznać ją należy za wątpliwą. Natomiast data jego podejścia pod Stargard czyli 18 (28) września nie powinna budzić zastrzeżeń. Czarniecki dysponował jedynie polsko – tatarską jazdą, dlatego należy odrzucić sugestie by próbował szturmować Drawno. Natomiast jest możliwe a z punku widzenia wojskowego zasadne by, patrole wojewody w czasie marszu pod i przez Barnimie zapuszczały się pod Drawno. O przejściu przez Polaków Drawy król Szwecji Karol X Gustaw dowiedział się 17 (27) września czyli w dniu w którym wg stargardzkiego pastora przeprawa przez rzekę nastąpiła. Stargard od Barnimia dzieli ponad 60 km, nawet dziś przy nowoczesnym systemie telekomunikacji oba miasta mało o sobie wiedzą a jeśli już coś ważnego w jednym z nich nastąpi to wieść o tym do drugiego dociera z pewnym opóźnieniem. Przy ówczesnym systemie łączności było raczej niemożliwe by wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy i gdy Czarniecki przechodził Drawę dotarła ona do szwedzkiego władcy. Zasadnym jest za datę przekroczenia Drawy przez Polaków przyjąć, tak jak to uczynił Adam Kerstern, przedział czasowy 12-17 (22–17) września 1657 r. kolejnym pokutującym w Barnimiu i w Drawnie mitem jest wiązanie przeprawy Czarnieckiego z fragmentem polskiego hymnu narodowego odnoszącym się do pływania w morzu. Otóż nie była to ta wyprawa. Jednak pewien związek między hymnem a wydarzeniami w Barnimie istnieje.

Zemsta czy grabież?

Najprawdopodobniej Czarniecki od Barnimia szedł na Stargard przez Recz i Suchań. Do tej pory miejsce jego postoju pod Stargardem nie jest jednoznacznie określone dr G.J. Brzustowicz twierdzi że było to Klępino (niem. Klempin) a Adam Kersten wskazuje na Kłęby (niem. Klemmem). W każdym bądź razie w swoim nowym miejscu postoju był tylko dzień i na drugi dzień 19 (29) września stanął w Chlebówku. Już spod Stargardu rozpoczęły się łupieżcze wyprawy po okolicy jeden z podjazdów podszedł nawet pod Dąbie i spalił tam młyny. Na drugi dzień po ulokowaniu się Czarnieckiego w Chlebówku zapłonęła okolica. 20 (30) września podpalono Łobez, Węgorzyno, Ińsko także wieś Poźrzadło Dwór. Palono i łupiono aż po Drawsko Pom. i Złocieniec od którego miano przyjąć okup. Ruchliwość Czarnieckiego była zdumiewająca, gdyż nim jeszcze pożary nie wygasły znalazł się 21 września (1 października) w Reczu. Wg źródeł Polacy mieli znaleźć się w Pomieniu, Stradzewie i Raduniu. Trudno jest jednoznacznie orzec czy 22 września (2 października) Czarniecki w celu przejścia Drawy po moście podjął próbę zbrojnego najścia na Drawno. Jeśli taki miał być powód zajęcia Drawna to na pewno żadnej dzielnej obrony Drawna nie było. Czarniecki znał drogę z Recza na Barnimie i spokojnie powróciłby do Wielkopolski. Jedynym powodem mogło być ograbienie miasta. Ale nie poprzez szturm, bo do tego nie miano stosownych sił. Polacy poszli jednak w kierunku Drawska Pom. Podczas marszu spotkali przedstawicieli mieszczan z okupem i wozami. Okup przyjęli, wozy zatrzymali a woźniców rozebrali do naga i puścili wolno. Wyprawa Czarnieckiego trwała ok. 10 dni. Szlak jego pochodu znaczyły popioły spalonych wsi i złupionych miast. Zostawił po sobie w skali mikro to, co nie tak dawny sprzymierzeniec elektora Karol X Gustaw, przy elektorskiej zdradzieckiej wybitnej pomocy zostawił w skali makro w Polsce. Obładowane łupami wojska wróciły do Polski zostały rozmieszczone nad Notecią k. Ujścia, Wielenia, w okolicy Wałcza a jeden oddział nawet pod Lęborkiem (Żegockiego).

Jak Czarniecki do Poznania

Stefan Czarniecki23 października Czarniecki ruszył z wojskiem po raz drugi na Pomorze, tym razem zaodrzańskie. 26 października przekroczył granicę Marchii. Ziemie elektorskie przeszedł w cztery dni. Tym razem przemarsz utrzymywany był w rygorach dyscypliny. Za jej naruszenie bezwzględnie karano. „Karanie zaś było za ekscesy już nie ścinać ani rozstrzeliwać, ale za nogi u konia uwiązawszy włóczyć po majdanie tak we wszystkim, jak kogo na ekscesie złapano, według dekretu lub dwa, albo trzy razy naokoło. I zdało się to zraz, że to nie tylko suknie, ale i ciało tak opada, że same tylko zostaną kości.” (Pasek) Granicę Pomorza Szwedzkiego Czarniecki przekroczył 30 października. Na Pomorzu Szwedzkim jako podległym Karolowi X Gustawowi rygory dyscypliny zelżały. ograbiono i spalono Gartz, podobnie jak ponad 100 wsi w okolicach Szczecina, Anklam, Pasewalku, Penkun. 9 listopada Czarnecki rozpoczął powrót do Polski. 11 listopada przekroczył Odrę. Historiografia niezbyt pozytywnie ocenia obie wyprawy na Pomorze a w pamięci miejscowej ludności bardzo długo pozostały wspomnienia rabunków, gwałtów, pożarów i zwykłych mordów.

12 listopada Jan Kazimierz wraz z królową przybył do Poznania. 25 listopada 1657 r. odbyła się w Poznaniu rada wojenna, na którą przybył Czarniecki. To wydarzenie 140 lat później natchnęło Józefa Wybickiego do napisania w hymnie narodowym słów, które uwieczniły Czarnieckiego w hymnie narodowym ; Jak Czarniecki do Poznania … Po szwedzkim rozbiorze.
Czarniecki następnie udał się na Pomorze, gdzie staczając potyczki ze Szwedami przebywał do lata następnego roku. Jesienią 1658 r. podjął słynną wyprawę do Danii. Podczas której do legendy przeszedł 14 grudnia 1658 r. rozpoczęto wtedy przeprawę na wyspę Als. Wzięły w niej udział siły polsko-brandenburskie pod komendą Czarnieckiego, wspierane przez duńskie okręty wojenne. Przeprawa przez cieśninę Mały Bełt odbyła się na łodziach, obok których płynęły konie. Po wylądowaniu siły Czarnieckiego rozbiły piechotę i jazdę szwedzką, a następnie zmusiły Szwedów do wycofania się i zamknięcia się w zamkach Sonderborg i w pobliskim Nordborg. Król Dani wystosował do Czarnieckiego kurtuazyjny list:

„Fryderyk III etc., świadcząc osobliwą łaskę i wdzięczność naszą królewską. Jaśnie Wielmożny uprzejmie Nam miły! Z najwyższym uznaniem doniesiono Nam, jako Wasza Miłość w wielu potyczkach, a ostatnimi czasy przy zajęciu wyspy Alsen i leżących na niej zamków, między innymi pokonała w trójnasób liczniejszego nieprzyjaciela, sama przewodząc hufcom swoim na przodzie, czem okazała bohaterskie męstwo swoje ku podziwieniu wszech ludzi. Winszowaliśmy sobie zawsze z powodu wysłania Nam Wasza Miłość jako znakomitego wodza i wielce obowiązani jesteśmy królowi polskiemu za afekt braterski udowodniony wysłaniem Nam na pomoc Wasza Miłość. Chcemy przeto oświadczyć Wam wdzięczność Naszą królewską zjednaną tylu zasługami, życząc w duszy, aby wciąż szczęśliwem powodzeniem sława Waszej Miłości nie tylko ojczyźnie, ale całemu światu coraz bardziej znana, szczególniej na tej północy coraz świetniej jaśniała. Nich będzie WM przekonana, że za wszystkie wyświadczone Nam usługi przy pomocy Bożej z czasem okażemy dostojnie wdzięczność Naszą królewską. W Kopenhadze 24/XII 1658. Waszej Miłość Życzliwy Fryderyk król.” (Wojny duńskie i Pokój Oliwski, Lwów 1922 s.168-169)

Ostatecznie w wyniku działań Czarnieckiego Szwedzi zrezygnowali z dalszej obrony i opuścili Jutlandię ewakuując się na Fionię, która została przez Duńczyków zdobyta jesienią 1959 r. Wojska polskie udając się w drogę powrotną do ojczyzny, opuściły Danię w sierpniu 1659 r.

Powrót przez Choszczno

Koło Gryfina wojska polskie przeszły Odrę. Stąd przez Pyrzyce Czarniecki poszedł na Dolice które osiągnął 10 października. Datę tę niejako potwierdza list Czarnieckiego napisany tego dnia w Dolicach do elektora Fryderyka Wilhelma. Następnie udał się przez Choszczno w kierunku Drawna Drawę przekroczył w jego okolicy 12 października. Trasę tę określił w Abteilung Militärgeschichtliche Studien herausgegeben vom Militärgeschichtliche Forschungsamt 10, Eckardt Opitz „Österreich und Brandenburg im Schwedisch-Polnischen Krieg 1655-1660 Vorbereitung und Durchführung der Feldzüge nach Dänemark und Pommern.“ Harald Boldt Verlag. Boppard am Rhein 1969 s. 360 (Austria i Brandenburgia w wojnach polsko–szwedzkich 1655–1660.Przygotowanie i prowadzenie wyprawy na Danię i Pomorzu. Wydawnictwo Herald Bolt. Boppard nad Renem 1969 r. stron 360). Autor na stronie 256 napisał: „Am 29. September nahm Czarnecki unter großem militärischem Zeremoniell Abschied. Er führte sein Korp an Demmin vorbei und über Klempenow, Treptow, Friedland, Pasewalk nach Löcknitz. Während seine Truppen bei Greifenhagen die Oder überschritten, besuchte der General das österreichische Lager vor Stettin. Die Polen zogen über Pyritz nach Arnswalde, passierten am 12. Oktober bei Neuwedell die Drage und bezogen Quartiere nördlich der Netze.”; Ponieważ znana jest tylko jedna przeprawa w okolicy Drawna nie uniknie się błędu jeśli Barnimie wskarze się jako na miejsce w którym zamknął się ciąg wypraw Czarnieckiego za Szwedami poza zachodnią granicę Polski.

Barnimie, elektor i jego następca.

Dla Polaków Fryderyk Wilhelm Hohenzollern był zdrajcą zaś dla Prus był władcą wielkim. Nie dość, że za jego rządów stały się suwerenne również i jego armia zaczęła odnosić sukcesy zmieniające bieg historii. A jego potomkowie wpływali na losy świata. Dlatego godne odnotowania jest to, że elektor kilkakrotnie przebywał na ziemi choszczeńskiej. Jego wizyty opisał w Kurierze Ziemi Choszczeńskiej dr Grzegorz Jacek Brzustowicz w artykule „Wielki elektor i pierwszy król pruski”. Pierwszy raz w Choszcznie elektor pojawił się 21 lutego 1643 r. i w mieście tym przenocował. Następnego dnia udał się przez Barlinek do Kostrzynia. Pewnie przejeżdżał wtedy przez Pełczyce. Historia odnotowała jeszcze kilka wizyt w okolicy Choszczna. Elektor bywał w Bierzwniku który był domeną państwową. W 1668 r. konkretnie 18 sierpnia t.r. wraz ze swoją żoną Dorotą von Holstein–Glücksburg byli w Drawnie gdzie na miejscowym zamku ugościli ich Wedlowie. Na szlaku elektorskich wędrówek znalazło się Barnimie. 24 marca 1679 roku z żoną i z synem Fryderykiem przejechał przez wieś i udał się w kierunku Bierzwnika. Tak oto przejazdem na ziemi drawieńskiej znalazł się pierwszy król pruski. Gdyż syn elektora w 1701 r. koronował się na pierwszego króla Prus i zasiadł na pruskim tronie jako Fryderyk I. Sytuacja z Barnimia z 1679 roku była podobna do tej z Drawna z 1806 r. kiedy to w mieście znalazła się królowa Luisa z synem Wilhelmem, który choć nie był wtedy następcą tronu, do historii przeszedł jako cesarz Niemiec Wilhelm I.

Tablice, płyty, pomniki

Jak na jedną wieś historii w niej wiele. Barnimie zawdzięcza to swemu położeniu na szlaku komunikacyjnym i dogodnej przeprawie mostowej (bród) przez Drawę. Na pewno nieprzeciętne postacie które znalazły się w Barnimiu zasługują na przypomnienie. Jednak Barnimie znajduje się w Polsce i należy pamiętać jaką rolę barnimscy przejezdni odegrali w naszej historii. W przypadku Karola X Gustawa i Wielkiego Elektora była to rola negatywna. Zrodzone na nieszczęściu Polski państwo pruskie przez cały okres swego istnienia skupiało się na złamaniu polskiego ducha. Przyczyniło się do unicestwienia niepodległości Polski ale narodu nie złamało. Duch pozostał, choć nieraz podnosił się z ogarniającego zwątpienia, między innymi poprzez hymn narodowy którego jedna strofa odnosi się do wydarzeń na których szlaku znalazło się Barnimie. Ducha Prus nie ma, zniknął. Zmiażdżył go inny równie dla Polski niebezpieczny. To taka homeopatia historii. Można mieć nadzieję, że w Barnimiu nigdy nie nastąpi odsłonięcie tablic upamiętniających króla zbrodniarza i elektora zdrajcy. Byli jednak postaciami które odegrały znaczącą rolę w ówczesnej Europie. Dlatego o ich bytność można wspomnieć poprzez tablice informacyjne. Przejście Drawy przez Czarnieckiego utrwalone jest w historii Polski jest ono symbolem podnoszenia się Rzeczypospolitej z lat upadku, zdrady i cierpienia. Wejście za Szwedami do Nowej Marchii nie tylko zwiastowało pokonanie śmiertelnego wroga, ale było też ostrzeżeniem dla tych królewskich poddanych, którym zdrada tliła się jeszcze w głowach. Dlatego nie pokutny wierszyk z przeprosinami który ktoś kiedyś napisał, lecz pamiątkowa tablica usytuowana przy barlińskim moście powinna przypominać, że: „W tym miejscu we wrześniu 1657 roku, wojewoda ruski Stefan Czarniecki na czele 4000 polsko-tatarskiej jazdy przekroczył Drawę by mścić i karać za hańbę i krzywdy Rzeczypospolitej”.

Opracował: Andrzej Szutowicz

Literatura

  • Fot.1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Karol_X_Gustaw,
  • Fot.2. http://pl.wikipedia.org,/wiki/Fryderyk_Wilhelm_I_(Wielki_Elektor)
  • Fot.3. http://pl.wikipedia.org/wiki/Stefan_Czarniecki,
  • Marek Jaszczyński O hetmanie, co bił Szwedów i łupił Pomorze,
  • http://sedina.pl/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=2324,
  • Dorota Matyaszczyk A Boże igrzysko czyli potop szwedzki,
  • http://www.poznan.pl/mim/public/iks/dzial.html?dz_id_dzialu=2430,
  • www.gryfino.info/printview.php?t=2749&start=200&sid=119cdca3a41bbd0e49f4ad87650721a0 – 261k,
  • Władysław Czapliński, „Polska a Dania XVI-XX w.” Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1976,
  • Profesor wyprawie poświęca opracowanie na stronach 201-321. s.313 W przypisie 267 s. 313 jest taka informacja. „Droga powrotna określona na podstawie diariusza, za nim podaje ją Opitz, o.c., s 254-256. List Czarnieckiego do elektora z Dolic 10 X 1659 (…),
  • Adam Kersten Stefan Czarniecki 1599 -1665 Wydawnictwo UMCS Lublin 2006 s 412 -420,
  • Abteilung Militärgeschichtliche Studien herausgegeben vom Militärgeschichtliche Forschungsamt 10, Eckardt Opitz „Österreich und Brandenburg im Schwedisch-Polnischen Krieg 1655-1660 Vorbereitung und Durchführung der Feldzüge nach Dänemark und Pommern.” Harald Boldt Verlag. Boppard am Rhein 1969 s. 360,
  • Grzegorz Jacek Brzustowicz „Wielki elektor i pierwszy król pruski” Kurier Ziemi Choszczeńskiej. Wrzesień 1999 r. s.23,
  • Grzegorz Jacek Brzustowicz „Czarniecki w Reczu”,
  • Grzegorz Jacek Brzustowicz „Król szwedzki Karol X Gustaw w Barnimiu „Kurier Ziemi Choszczeńskiej”. – Zdzisław Sieradzki Stefan Czarniecki 1604 – 1665. Wyd. MON W-wa 1974 s. 214-215,
  • Leszek Podhorodecki „Stefan Czarniecki” KiW 1966.

PS. 27.02 1945 r. polska 2 Dywizja Artylerii (największa w historii Polski jednostka artyleryjska) pod dowództwem gen. bryg. Benedykta Nestorowicza po przybyciu do Człopy została podporządkowana dowódcy 3 Armii Uderzeniowej gen. Simoniaka. Następnie otrzymała zadanie ześrodkowania się w rejonie podrawieńskiego Barnimia. Zadanie to zrealizowała, o godz. 21.00 dotarła do wsi. W nocy 28.02/01.03 oddziały dywizji zajęły w okolicy Drawna ugrupowanie bojowe. Gdy wstał dzień, 1 marca 1945 r. o godz. 8.00 ogniem wszystkich dział weszła do boju. To był jej chrzest bojowy. Rozpoczęła swoją zemstę za 6 lat okupacyjnej nocy, za 6 mln wymordowanych polskich obywateli. Po 312 latach Prusy szły w rozsypkę by ostatecznie na zawsze zniknąć. Dla Barnimia ta historia zamknięta jest w kole „ Od Czarnieckiego do Nestorowicza“ i trwała tyle samo lat. A w Drawnie jak nie ma tak nie ma oznaczenia Skweru Artylerzystów Polskich. Można powiedzieć, że już mijają lata od podjęcia uchwały Rady Miasta nadającej tę nazwę znanemu w mieście miejscu.